Sport.pl

Trener Widzewa: Żadnego trenera nie staram się naśladować, ale wybieram wartościowe rzeczy

- Może to, że przykre doświadczenie przeżyłem tak szybko, pomoże mi nabrać dystansu - mówi szkoleniowiec Widzewa, który zakończył pierwszą część sezonu na siódmym miejscu w ekstraklasie
Ekskluzywne materiały i ciekawostki o Widzewie i ŁKS-ie tylko na Facebooku Łódź - Sport.pl » Jarosław Bińczyk: Czy praca w ekstraklasie jest spełnieniem pańskich marzeń?

Radosław Mroczkowski: One spełniają się od dawna, tak systematycznie. Zawsze chciałem robić to, co teraz robię. Można powiedzieć, że wciąż idę do przodu.

Jedni na taki awans czekają dłużej, inni krócej, a jeszcze innym trenerom nie udaje się awansować do ekstraklasy. Jak to wygląda z pańskiego punktu widzenia?

- Na pewno można było wybrać krótszą drogę. Ja po studiach zacząłem pracę w szkole i jednocześnie z najmłodszymi grupami w klubie. Później przeniosłem się ze szkoły podstawowej do średniej i z trampkarzy do juniorów reprezentacji Łodzi i reprezentacji Polski. Aż w końcu trafiłem do seniorów.

Pierwsze podejście do dorosłej piłki było nieudane. W Dolcanie Ząbki poniósł pan porażkę. Nie zraziła pana?

- Teoretycznie wyglądało to bardzo fajnie, ale efekt był dla mnie przykry [po siedmiu kolejkach Radosław Mroczkowski został zwolniony - przyp. red.]. Ale nie ma co narzekać, bo człowiek najlepiej uczy się na błędach. To był przykład bolesnego zderzenia z pierwszoligową piłką. Może chciałem być zbyt porządny... Nie chcę się usprawiedliwiać, ale chcę zaznaczyć: nie zmieniłem swoich metod pracy na tym poziomie. W Widzewie postępuję tak samo jak w Dolcanie.

Zabolało pana niepowodzenie?

- Teraz wiem, że nie było tam warunków do pracy. Wymagałem dużo, ale możliwości były znacznie mniejsze.

Wierzył pan wtedy, że los się jeszcze odwróci?

- Tak. Wiele osób tłumaczyło mi, że w tym zawodzie takie rzeczy się zdarzają. Ja też obserwowałem takie przypadki, ale nie spodziewałem się, że u mnie stanie się to tak szybko (śmiech ). Było trochę zniechęcenia, wątpliwości, ale na szczęście długo to nie trwało, bo przyszedłem do Widzewa. Może to, że przykre doświadczenie przeżyłem tak szybko, pomoże mi nabrać dystansu.

No właśnie, po kilku latach wrócił pan do Widzewa...

- Naprawdę się wtedy nie zastanawiałem, z jakim zespołem będę pracował. Miałem bardzo dużo chęci, żeby spróbować zrobić coś dobrego. Widzew budował zespół Młodej Ekstraklasy, co było dla mnie fajnym wyzwaniem. Zaczął się dla mnie dobry moment.

Widzew to pana pierwszy klub?

- Nie, wcześniej grałem w piłkę i pracowałem w Starcie. Moim pierwszym wychowankiem, który zadebiutował w ekstraklasie, był Michał Białek [były piłkarz ŁKS-u]. Pracowałem z nim krótko, ale satysfakcja pozostała. Pamiętam, że do pracy w Widzewie przyjmował mnie Paweł Zawadzki. Zaprowadził mnie do sali gimnastycznej, gdzie był sprawdzian chłopców z 1984 roku. Miałem ich też w klasie sportowej w zespole szkół na ul. Żeromskiego. Mam osobistą satysfakcję, bo w sumie wszyscy zdali maturę. A byłem ich wychowawcą.

Zazwyczaj w piłce jest tak, że selekcjoner reprezentacji dobiera sobie do współpracy wyróżniających się trenerów. Przy Leo Beenhakkerze pojawili się mało znani w Polsce Rafał Ulatowski i Radosław Mroczkowski. Jak do tego doszło?

- Żeby to wyjaśnić, trzeba się trochę cofnąć w czasie. Moja pierwsza przygoda z reprezentacją miała miejsce jeszcze w Widzewie. Trener Bogdan Felczak namówił mnie do pracy w kadrze województwa. Na początku odpowiedziałem, że się nie nadaję. Przekonał mnie jednak i pomagałem mu z piłkarzami z roczników 1985 i 1989. To była bardzo fajna grupa, z którą zdobywaliśmy medale mistrzostw Polski. Reprezentację Polski w tej kategorii prowadził wówczas Andrzej Zamilski. Jeździł po kraju i szukał kandydatów. Pamiętam, że na turnieju w Rypinie zwrócił uwagę na Marcina Kowalczyka [obecnie Zagłębie Lubin], Mariusza Soleckiego. Rok później z tą reprezentacją makroregionu walczyliśmy o złoto. Na końcu imprezy trener Felczak powiedział mi, że pan Zamilski szuka kogoś, kto pomoże mu w reprezentacji. Przy wręczaniu medalu zostałem zaproszony na konsultację do Żywca. I zostałem z kadrą przez 11 lat. Dzięki temu mogłem przyglądać się, jak rozwijają się talenty Łukasza Fabiańskiego, Łukasza Piszczka, Jakuba Błaszczykowskiego, Sławomira Peszki, Piotra Celebana czy w końcówce Sebastiana Madery.



POLECAMY! Przedświąteczna promocja. Piłkarzy można kupować jak... karpie




Ale przejdźmy do Beenhakkera...

- Trener Zamilski awansował do młodzieżówki, a mnie spotkało miłe zaskoczenie, ponieważ powierzono mi samodzielną pracę z rocznikiem 1988 - z Patrykiem Małeckim, Kamilem Glikiem, Kamilem Wilczkiem, Mateuszem Cetnarskim, Kamilem Grosickim czy Michałem Gliwą, który niedawno zadebiutował u trenera Smudy. Na krótko pojawił się też Robert Lewandowski. Gdy byłem na wakacjach, odebrałem telefon od pani Marty Alf [pracownica PZPN-u]. Stwierdziła, że chce ze mną porozmawiać Beenhakker. Pomyślałem, że chodzi mu o chłopaków, których prowadziłem przez dwa lata w kadrze. Nie chciałem rozmawiać przez telefon, bo to nieelegancko. Pofatygowałem się więc do Warszawy.

Z urlopu?

- Tak, wsiadłem w pociąg. Z szacunku dla selekcjonera wypadało się z nim spotkać. Była też okazja osobiście poznać słynnego trenera, porozmawiać z nim. Powiedział mi, że buduje sztab. Odpowiedziałem, że wiem. Usłyszałem, że asystentem jest osoba, którą znam. Też z Łodzi. Chodziło o Rafała Ulatowskiego. Zapytał, czy widziałbym się w roli pomagającego mu, ponieważ znam młodych zawodników. Szukał kogoś, kto łączyłby reprezentację młodzieżową i seniorską. Dał mi czas do namysłu.

Zgodził się pan od razu?

- Nie, bo byłem daleki od hurraoptymizmu. Po dwóch tygodniach znów się spotkaliśmy i wtedy zostałem zaproszony do sztabu szkoleniowego. Beenhakker stwierdził, że będę jeździł na zgrupowania z pierwszym zespołem, nie rezygnując z młodzieżówki. Tak zostałem jednym z asystentów, obok Rafała Ulatowskiego, Andrzeja Zamilskiego, Andrzeja Dawidziuka i Fransa Hoeka. Przez moją pracę z drużyną młodzieżową nie pojechałem na pierwszy mecz na Ukrainie. Wspólnie wymyśliliśmy, że kadra U-20 pojedzie na Turniej im. Łobanowskiego do Kijowa. Trzeba było ją stworzyć szybko, nie ruszając graczy z reprezentacji seniorów i młodzieżówki, która wtedy rozgrywała mecz z Kazachstanem. W efekcie byliśmy najmłodszą drużyną w Kijowie, ale wygraliśmy turniej. Pamiętam, że doszło wtedy do fajnego spotkania na lotnisku w Warszawie, bo seniorzy wracali po porażce w Lwowie, młodzieżówka też przegrała, a my szliśmy z pucharem. Zagrali wtedy Wojtek Szczęsny, Małecki czy Maciek Rybus.

Jaki był Beenhakker?

- Dla mnie bardzo konkretny, każde zadanie wytłumaczył. Nie byliśmy w sztabie ludźmi od kiwania głowami, zawsze pytaliśmy, nie baliśmy się swojego zdania. Można było z nim podyskutować. Tak też sam robię, bo uważam, że każdy ma prawo zaprezentować swoje zdanie. Ale ostatecznie decyduje głównodowodzący (śmiech ).

W swojej karierze trenerskiej najwięcej nauczył się pan od słynnego Holendra?

- Nie, od trenera Zamilskiego. Pamiętam, jak na początku byłem zdziwiony, że już po kilku minutach meczu potrafił bardzo skutecznie wskazać zawodnika, który ma szanse zostać przyszłym reprezentantem Polski. Myślałem, że coś musi być nie tak, bo mnie to zajmowało znacznie więcej czasu. Co roku jednak nasze oceny bardziej zbliżały się do siebie. Praca z trenerem Zamilskim dała mi bardzo dużo, to on nauczył mnie pracy selekcyjnej. Podobnie było u Beenhakkera, który zwracał wielką uwagę na szczegóły. A one decydują, czy ktoś może być reprezentantem na poziomie europejskim, czy tylko kandydatem.

Kto jest pana wzorem trenerskim? Beenhakker, Smuda, Guardiola, Ferguson, Mourinho...

- Zawsze najbardziej podobał mi się Rafael Benitez z czasów Liverpoolu. Jednak nikogo nie staram się naśladować, ale wybierać wartościowe rzeczy. Patrzę, jak pracują najlepsi, ale powielić tego się nie da. Ci wielcy trenerzy wyprzedzają często epokę, ale dlatego, że pracują z wybitnymi zawodnikami. Mogą więc postawić im tak trudne zadania, jakich inni nie byliby w stanie zrealizować.

Jak został pan trenerem pierwszego zespołu Widzewa? Od razu odpowiedział pan na ofertę?

- Przyszedłem tutaj pracować z Młodą Ekstraklasą. To było fajne wyzwanie, bo tego zespołu nie było. Dużo rozmawiałem z właścicielem o młodzieży, ale nie myślałem, że będę potrzebny na ekstraklasę. Sam się zastanawiałem, co robić dalej, bo miałem umowę tylko do lipca. Mimo to robiliśmy nabór, odmładzaliśmy zespół. Pojawiły się jednak pytania, co by było, gdyby...

...gdyby odszedł Czesław Michniewicz?

- Byłem trochę zaskoczony, że przeskok był tak szybki. To trochę inna praca niż w reprezentacji, gdzie jeśli jeden zawodnik nie pasuje, powołuje się drugiego. W klubie takiej możliwości nie ma. Piłkarzy znałem, bo wielu pojawiało się na treningach w Młodej Ekstraklasie.

Michniewicz jest trenerem charyzmatycznym, przebojowym i bardzo medialnym. Poza tym ma na koncie sukcesy, choćby mistrzostwo Polski. Zamiast niego do szatni wchodzi mało znany Radosław Mroczkowski. I słyszy, że sukcesy to zasługa poprzednika.

- Na początku było takie szczypanie. Zawsze zostaje jakiś ślad po poprzedniku. W Widzewie też wiele dobrych rzeczy zostało. Powiedziałem zresztą zawodnikom, że niczego nie zamierzam przewracać do góry nogami. Zmiany polegały przede wszystkim na innym doborze zawodników. Był trudny moment, bo zaczął się obóz w Pęcławiu, a kadra była niekompletna. Stąd testy młodych piłkarzy, przegrane sparingi, po których wszyscy na nas psy wieszali. To był najlepszy moment, by komuś dokopać. Przyjmowaliśmy to na klatę aż do meczu z Wisłą Kraków. Wtedy po raz pierwszy mogliśmy się z moimi współpracownikami uśmiechnąć. Warto było dać się pokopać, żeby zrealizować swój plan.

Wtedy nawet piłkarze byli niezadowoleni, bo z poprzednim trenerem walczyli o puchary.

- Jeśli chodzi o walkę o puchary, to najlepiej pamiętam ostatni mecz z Górnikiem [przegrany 0:4]. Zawodnicy mogli się czuć niepewnie, bo przyszedł trener znany z pracy z młodzieżą, bez doświadczenia z seniorami.

Bez charyzmy.

- Dla mnie słowo "charyzma" jest śmieszne. Ale na pewno trener mniej gadatliwy od poprzednika. Mówiłem piłkarzom, że czas pokaże, jak pracujemy. Z meczu na mecz było lepiej. Mam nadzieję, że później nikt już nie pytał, co my tutaj robimy.

A presja? Jak pan sobie z nią radzi?

- Znam ją, bo w kadrze U-19 graliśmy w eliminacjach do mistrzostw Europy. Później w pierwszej reprezentacji. Może nie odczuwałem jej tak jak pierwszy trener, ale to były eliminacje do MŚ! Wydaje mi się, że nie mam z tym problemu. Zawsze jest trochę ciśnienia, ale ono nie zbija mnie z nóg.

Sprawia pan wrażenie bardzo spokojnego trenera.

- Jestem zwolennikiem dialogu z zespołem. Zdarzało mi się jednak zareagować mocniej, jak ktoś nie rozumiał sensu naszej pracy. Staram się jednak tego nie nadużywać.

Drużyna prowadzona przez mało znanego trenera nie przegrała przez osiem kolejek. Popularność panu nie przeszkadza?

- Nie, była wtedy satysfakcja, pojawiła się statuetka, którą postawiłem na honorowym miejscu [za tytuł trenera sierpnia w ekstraklasie], i pracuję dalej. Na razie mało przegrywamy, więc więcej jest miłych momentów (śmiech ).

Jaki był najgorszy moment?

- W derbach. Byłem bezsilny, bo początek meczu nam się nie ułożył, a jeszcze bardziej po tym, co zrobił sędzia Piasecki przy drugiej kartce dla Grzelczaka. Można było krzyczeć, złapać kogoś, ale to tylko pogorszyłoby sytuację. Tłumaczyłem sobie, że to jest wliczone w mecz.

O co sportowego poprosił pan Świętego Mikołaja?

- Chciałbym, żeby kolejny zawodnik, który pojawi się w Widzewie, dodał nam tej jakości w ofensywie. I pomógł nam więcej niż tylko trochę.

Piękne dziewczyny i żony piłkarzy Widzewa na trybunach. Nie tylko Anna Przybylska [ZDJĘCIA]


Więcej o: