94. minuta, 54. sekunda i... Widzew bierze rewanż na Śląsku i to z nawiązką

Niemal rok temu Widzew prowadził ze Śląskiem 2:0, ale w ostatnich sekundach dał sobie wydrzeć zwycięstwo. Rachunki wyrównał w niedzielę w bardzo podobnych okolicznościach.
Mecz z kwietnia 2011 roku w Widzewie pamiętają do dziś, bo takich wpadek się raczej nie zapomina. Wygrana ze Śląskiem wydawała się wtedy niezagrożona, a jednak widzewiacy dali sobie je wyrwać w ostatnich sekundach. To było mistrzostwo świata w psuciu wygranego meczu. Kaca leczyli długo.

Niewiele brakowało, by wczoraj też schodzili do szatni przybici ze spuszczonymi głowami, chociaż dramaturgia kolejnego meczu ze Śląskiem, przynajmniej do 95. minuty, nie była tak duża jak wtedy. Od 78. minuty Widzew przegrywał 1:2 i wydawało się, że takim wynikiem mecz się skończy. Gospodarze owszem walczyli o wyrównującą bramkę, ale nie był to zmasowany atak bramki Śląska. Goście nie musieli ratować się desperackimi wybiciami piłki ze swojego pola karnego, ich wygrana i powrót na fotel lidera wydawały się niezagrożone. Piłkarze, trenerzy i chyba także kibice Widzewa wydawali się pogodzeni z nieuniknionym.

Dobrą szansę w końcówce miał jeszcze Princewill Okachi, który już raz w tym meczu wyrównał, ale tym razem strzelił za wysoko. I gdy sędzia Robert Małek nabierał w płuca powietrze, by dmuchnąć w gwizdek po raz ostatni w niedzielne popołudnie, Mindaugas Panka zrobił coś, czego raczej nikt się po nim nie spodziewał. Do techniki i boiskowej inteligencji Litwina przyczepiać się raczej nie można, ale do jego szybkości (a raczej powolności) już tak. Było to zresztą widać aż nadto w 78. min, gdy Panka próbował dojść do podania Piotra Mrozińskiego przed własnym polem karnym. Do piłki oczywiście nie zdążył, o tym, by zrobić wślizg i zablokować szarżującego Łukasza Madeja, też nie pomyślał i zrobiło się 2:1 dla gości. Za to w 95. min, kiedy teoretycznie Litwin powinien słaniać się na nogach, on jak gdyby nigdy nic popędził prawym skrzydłem niczym Usain Bolt, rozwiał nawet te nażelowane fryzury piłkarzy Śląska, których mijał, i na koniec z chirurgiczną precyzją wyłożył piłkę w pole karne wprost na nogę Przemysława Oziębały, czyniąc z rezerwowego napastnika Widzewa bohatera meczu, a może i całej kolejki.

Oziębała zasługuje zresztą na osobny akapit. Dwa tygodnie temu grę w meczu z Podbeskidziem Bielsko-Biała niespełna 26-letni napastnik przypłacił pobytem w szpitalu. Był jednym z tych piłkarzy Widzewa, których przed inaugurację rundy wiosennej zaatakował tajemniczy wirus i osłabił jego organizm. W meczu z Podbeskidziem Oziębała grał przez godzinę, stracił 5 kg i przez kilka dni lekarze musieli stawiać go na nogi. Później była świetna wiadomość - dla faceta chyba najlepsza z możliwych - urodził mu się syn. W niedzielę uczcił to "kołyską" z kolegami. - Dedykuję ją żonie i synkowi - mówił szczęśliwy po meczu ze Śląskiem. Oziębała, chociaż wciąż jest więcej przeciwników niż zwolenników jego gry, na przekór tym drugim nie po raz pierwszy został bohaterem Widzewa. Gola, jak wskazywał stoper, zdobył w 94. minucie i 54. sekundzie gry. Do końca zostało więc sześć sekund. To się nazywa szczęście!

- Czy miałem chwilę zwątpienia, że nie damy już rady wyrównać? Wierzyłem do końca - przyznał po meczu Łukasz Broź. - Przypomniałem sobie też nasz mecz we Wrocławiu z poprzedniego sezonu, w którym straciliśmy zwycięstwo w ostatniej minucie. Liczyłem, że tym razem los uśmiechnie się do nas i tak się stało. Sprawiedliwości stało się zadość.

Wypada też przypomnieć, że jesienią Widzew wygrał na starym stadionie Śląska 2:1, więc za remis z ubiegłego sezonu zrewanżował się już z nawiązką. Drużyna z al. Piłsudskiego na razie jest jedyną w ekstraklasie, która zespołowi trenera Oresta Lenczyka w tym sezonie nie dała się ograć ani razu.