Sport.pl

Wielkie mecze wielkiego Widzewa. Oto jeden z nich, z wielkim Włodzimierzem Smolarkiem w składzie

W październiku 1980 roku Widzew grał w europejskich pucharach ze słynnym Juventusem Turyn. W łódzkiej drużynie występował m.in. zmarły w środę Włodzimierz Smolarek. "Jeżeli pamiętacie Ebiego Smolarka w meczu z Portugalią, jego supergrę i dwa supergole - wiedzcie, że ojciec był tysiąc razy lepszy" - wspominał go w 2010 roku Jacek Sarzało w reportażu opublikowanym w "Gazecie Wyborczej"
Widzew Łódź - Juventus Turyn 3:1, 22 października 1980 r. To wcale nie była pierwsza wygrana klubu polskiego z włoskim, to wcale nie było najwyższe zwycięstwo Polaków w europejskich pucharach. Nie, to był tylko kolejny wielki mecz wielkiego wówczas Widzewa

Kiedy koledzy z łódzkiego oddziału "Gazety" poprosili, bym napisał o kilku meczach starego Widzewa - od razu postanowiłem, że ucieknę od sztampy. Nie zadzwonię do bohaterów tamtych wydarzeń, nie usiądę nad zakurzonymi rocznikami gazet. Nie, ja to zrobię jak - naturalnie utrzymując proporcje? - Roberto Saviano, który w głośnej przed kilku laty, ujawniającej mechanizmy działania mafii neapolitańskiej książce "Gomorra" napisał: Io so - ja wiem. Moje dowody są nie do odparcia, bo są subiektywne, zarejestrowane przez źrenice moich oczu, opowiedziane słowami i wzmocnione emocjami. Ja wiem i mam dowody. Opowiadam więc o tym. O prawdzie.

Masz bilet, jesteś zwolniony

To już tradycja w łódzkich liceach: ponieważ jest środa pucharowa, gra Widzew - nauczyciele zwalniają z ostatnich lekcji tych, którzy pokażą bilet. Mecz z Juventusem jest późnym popołudniem, ale wiadomo, że łódzkie MPK nie da rady sprawnie dowieźć kilkudziesięciu tysięcy kibiców na stadion, a i w ogóle lepiej być wcześniej - na takich wydarzeniach spóźnialskim zostają zazwyczaj miejsca radiowe. Można tylko słuchać, co mówią ci, którzy widzą boisko.

Mamy z Markiem po 18 lat, zachłyśnięci wolnością tamtych czasów kupujemy pół litra bałtyckiej. Wódki modnej, taniej i niedobrej. Bilety są, szklanka jest, fajki też - można jechać.

Jak wszystkie w swoich pierwszych tłustych latach i ten pucharowy mecz Widzew gra na stadionie ŁKS - tam może się zmieścić 40 tysięcy ludzi. Czyli jakieś dziesięć razy mniej, niż chciałoby to spotkanie zobaczyć. Niby jest transmisja, ale przecież jasne, że prawdziwy fan siada na trybunach, nie na wersalce przed telewizorem.

Zwłaszcza że nowa siła w polskim futbolu znów mierzy się z uznaną firmą. Trzy tygodnie wcześniej konsekwentna ambicja łodzian wyrzuciła z Pucharu UEFA wielki Manchester United, teraz w 1/16 finału los postawił Widzew przed inną wielkością. Juventus Turyn to ikona calcio, dla milionów Włochów - religia. Dziesięć lat wcześniej prezesem klubu został Giampiero Boniperti i otworzył kilkunastoletni złoty okres - 9 mistrzostw, Puchar Mistrzów, Puchar Zdobywców Pucharów, Puchar UEFA. Grają w Juventusie gwiazdy, przyszli mistrzowie świata. Widzewskiego kopciuszka może taki rywal tylko onieśmielić.

Ale przecież z drugiej strony to reprezentacja Polski wyrzuciła Włochów z mundialu w 1974 r. (2:1), jak równy z równym walczyła z nimi w eliminacjach mistrzostw Europy w 1976 r. (2 razy 0:0), wreszcie pół roku przed potyczką Widzewa z Juventusem zremisowała w Turynie 2:2. Oba kluby startowały jesienią 1980 r. w pucharze UEFA z drugich miejsc w swoich ligach, oba - o czym nikt wtedy jeszcze nie wiedział - były w trakcie sezonów zakończonych zdobyciem krajowych tytułów. A więc - co tam Włosi, jesteśmy my, a naprzeciw tacy sami oni. Tak wówczas myślano w Widzewie, tego chcieli wszyscy kibice. I to była droga do zwycięstwa.

Od Młynarczyka do Smolarka

Jesteśmy już na trybunach. Niestety, miejsca mamy przeciętne, na środku łuku naprzeciw zegara, dobrze, że chociaż wysoko. Lepsze zajęli ci, którzy wzięli tego dnia urlopy - bo to też była łódzka tradycja tamtych pucharowych lat. Pierwsza lufa - i zobaczmy, kogo wystawił dziś trener Widzewa.

Józef Młynarczyk. Pierwszy bramkarz Rzeczpospolitej, reprezentant, klasa światowa. Zawsze wysoka forma.

Bogusław Plich. Niedoceniany typ solidnego antygwiazdora. Zawsze można było na niego liczyć. Skuteczny w obronie, cenny w ofensywie - do której umiał i lubił wychodzić.

Andrzej Grębosz. Jeden z tych niechcianych w ŁKS-ie, których Leszek Jezierski przyciągnął na drugą stronę Łodzi. W czasach meczów z Juventusem już stoper, ale z przeszłością napastnika. Dlatego strzelał dużo goli.

Władysław Żmuda. Człowiek skała, od której odbijali się wszyscy rywale. Nieprawdopodobnie spokojny, na boisku nie mówił nic, poza nim - jeszcze mniej. Ale nikt nie chciał przeciw niemu grać.

Andrzej Możejko. Lewy obrońca, ulubieniec kibiców. Do legendy przeszły jego metody? ożywiania meczów. Jak choćby ta, kiedy - oczywiście, by lepiej dostrzec partnera - w trakcie gry stawał na piłce, a dłonią robił daszek nad oczami. Publika szalała, sędziowie wyjmowali żółte kartki.

Mirosław Tłokiński. Już wtedy wyróżniał się elegancją. Chyba pierwszy w Polsce zakładał białe krótkie skarpety na kolorowe getry. W grze też dbał o szczegóły, potrafił niepowtarzalnie podać, potrafił zdobyć gola.

Zbigniew Boniek. Nie wiem, czy był najlepszym polskim piłkarzem w historii, nie chcę się sprzeczać ze zwolennikami Lubańskiego, Deyny lub Cieślika. Ale drugi taki futbolowy charakter do dziś się nie urodził.

Zdzisław Rozborski. Człowiek od najczarniejszej roboty. Zawsze w cieniu, niedostrzegany - lecz niezastąpiony. Gdyby nie on, nie byłoby charakteru tamtego Widzewa.

Krzysztof Surlit. Żelazna prawa noga, najmocniejszy strzał w dziejach polskiej piłki.

Marek Pięta. Przyczajony, nierzucający się w oczy, niesamowicie efektywny napastnik. Wiedział, jak wykorzystać swoją szybkość.

Włodzimierz Smolarek. Jeżeli pamiętacie Ebiego Smolarka w meczu z Portugalią, jego supergrę i dwa supergole - wiedzcie, że ojciec był tysiąc razy lepszy.

Trapattoni przyjechał po remis

Szklana nr 2, sztach klubowym na przegryzkę - i rzut oka na skład Juventusu. Najmocniejsze mają tyły, ciężko będzie im strzelić gola. W bramce, już wtedy legendarny 38-letni Dino Zoff, człowiek, który w pierwszej połowie lat 70. nie puścił gola w reprezentacji przez ponad 1000 minut. Przed nim dwa symbole włoskiego catenaccio: dostojny Gaetano Scirea i Claudio Gentile - prawdziwy artysta faulowania, im bardziej chamsko to robił, tym szerzej się uśmiechał. W środku pola są Marco Tardelli i niesamowity Irlandczyk Liam Brady. Z przodu wpada w oczy Roberto Bettega - dystyngowany napastnik z gatunku tych, co to przed każdym strzałem głową poprawiają przyprószony siwizną przedziałek, po czym z zimną krwią wbijają piłkę do siatki.

Polej, Marek - i niech wreszcie sędzia zaczyna. Widzew na biało, Juventus na ciemno-niebiesko. Włosi na co dzień grają na znacznie większym stadionie, ogląda ich niemal dwa razy więcej widzów - ale dziś w Łodzi wydają się przytłoczeni ogłuszającym dopingiem z trybun.

Słynny szkoleniowiec turyńczyków - tak, tak, ten sam Giovanni Trapattoni - mówił przed meczem, że do Polski przyjeżdżają po pewny remis, i że sprawę załatwią w rewanżu u siebie. Jeśli tak samo zmotywował swój zespół w szatni - już po pięciu minutach meczu wiadomo, że popełnił błąd. Widzewiacy napierają jak Sobieski pod Wiedniem, rozbijają szańce przeciwnika w proch i pył. A Włosi - no bo trener tak powiedział - już myślą o meczu za dwa tygodnie. W celowości minimalistycznej taktyki utwierdza ich niewątpliwie wyrównujący gol Bettegi, który daje im mentalny spokój. Wydaje im się, że już wiedzą, że niezależnie od tego, jak by się Polacy nie rozochocili - ewentualne straty i tak da się odrobić.

Ale trzy minuty wcześniej było ekstatyczne trafienie Grębosza, który niczym cesarz Franz Beckenbauer z najlepszych lat wyrwał się z objęć własnego pola karnego, przebiegł z piłką kilkadziesiąt metrów i po wymianie podań z Bońkiem dał prowadzenie Widzewowi.

Najpiękniejsze szarże polskiego futbolu

Po przerwie, którą spędziliśmy z Markiem na kolejnym porcjowaniu bałtyckiej (jak Boga kocham, nie było jak spędzić jej inaczej), Włosi wydawali się pewni siebie - i to ich zgubiło. Bo to był Widzew, któremu remis z Juventusem urągał.

Drugi i trzeci gol dla łodzian nie stały się efektem mozolnie wyćwiczonych stałych elementów albo nie padły przypadkowo, nie wiadomo właściwie w jaki sposób, "z niczego" - jak brzmi nieśmiertelny w najnowszej piłce frazes sprawozdawców. Nie, to były najpiękniejsze szarże polskiego futbolu, akcje równie zachwycające maestrią, co nieuchronnie prowadzące do bramki. Aż żal, że serwis YouTube pozwala dziś dzielić się ze wszystkimi pamięcią. Moją pamięcią.

Strasznieśmy z Markiem żałowali, że gole na 2:1 i 3:1 lepiej zobaczyli fani z drugiej strony stadionu, i że nie mieliśmy już tyle bałtyckiej, by każdą z bramek opić podwójnie. A zasługiwały.

To właśnie po tych meczach w gabinetach prezesów Juventusu zapadła decyzja, że za wszelką cenę trzeba przeprowadzić do Turynu Bońka. Uda się to dopiero ponad półtora roku później.

Nikt z nas nie wiedział jeszcze wtedy również, że dwa tygodnie później Widzew przegra w Turynie 1:3, ale dzięki genialnie strzelanym rzutom karnym i genialnym paradom Młynarczyka zdejmie pucharowy skalp z kolejnej klubowej legendy. Wtedy czuliśmy tylko, że łodzian stać na wiele. Była radość, powrót do domu rozśpiewanym tramwajem i duma.

Widzew - Juventus 3:1 (1:1)

Gole: Grębosz (30.), Pięta (69.), Smolarek (79.) - Bettega (43.)

Widzew: Młynarczyk - Plich, Grębosz, Żmuda, Możejko - Tłokiński, Boniek, Rozborski, Surlit - Pięta, Smolarek.

Juventus: Zoff - Gentile, Scirea, Cuccureddu, Storgato - Tardelli, Furino, Brady, Verza (86. Prandelli) - Bettega, Fanna.

Widzów: 40 tys.

Juventus - Widzew 3:1 (3:1, 1:0), karne 1:4)

Gole: Tardelli (40.), Furino (48.), Brady (61.) - Pięta (59.)

Juventus: Zoff - Gentile, Scirea, Cuccureddu, Cabrini - Tardelli, Brady, Furino (91. Prandelli), Causio - Bettega, Fanna (91. Verza).

Widzew: Młynarczyk - Plich (93. Jeżewski), Grębosz, Żmuda, Możejko - Tłokiński, Boniek, Rozborski, Surlit - Pięta, Smolarek.

Widzów: 50 tys.

Więcej o:
Komentarze (4)
Wielkie mecze wielkiego Widzewa. Oto jeden z nich, z wielkim Włodzimierzem Smolarkiem w składzie
Zaloguj się
  • Gość: Marek Sydney

    Oceniono 9 razy 9

    ladnie napisane

    dziekuje Bogu ze urodzilem sie Widzewiakiem

  • cucs

    Oceniono 2 razy 2

    Dziękuję Panie Włodzimierzu . łzy same cisną się do oczu
    Miałem to szczęście oglądać Pana na żywo w tym i wielu innych fantastycznych meczach . R.I.P.

  • Gość: 19teo10

    Oceniono 1 raz 1

    gdy miałem 9 lat byłem na stadionie ŁKS na pucharowym meczu Widzewa z jakimś maltańskim zespołem - Hibernian Paola, czy coś takiego. Widzew wygrał 3:1, a ja zostałem już na zawsze Widzewiakiem. Może jeszcze dożyję znowu Ligi Mistrzów na Widzewie, może będzie kiedyś nowy stadion, ale powiem wam, że Widzew przełomu lat 70/80 to była najlepsza klubowa drużyna w historii polskiej piłki nożnej. Ani Legia, ani Lech, ani Wisła, ani Górnik Zabrze nie mają na tapecie tak potężnych rywali jak Widzew, który wyeliminował z pucharów Juve, ManCity, ManUnited, Liverpool w czasach, gdy te zespoły rządziły europejską piłką.
    Widzew do 1977r. grał w niższych ligach, często w A klasie, a wcześniej był jedynie krótki epizod w extraklasie w 1948r. RTS wszedł do extraklasy i od razu wywalczył miejsce w pucharach trafiając na potężny wówczas ManCity i eliminując go.
    To tak, jakby dziś Podbeskidzie wyeliminowało AC Milan z Ligi Mistrzów!

  • nietyp

    0

    Dobrze napisane... Bez patosu i zadęcia.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX