Kiedy piłkarze Widzewa w końcu się obudzą? Teraz derby i Legia!

Po dwóch trzecich sezonu drużyna z al. Piłsudskiego właściwie zapewniła sobie utrzymanie i teraz rozdaje punkty rywalom w potrzebie. Czy po Zagłębiu, Jagiellonii i Ruchu teraz podaruje je ŁKS, czy może jednak derby wyrwą piłkarzy Widzewa z marazmu?
Przed sobotnim meczem Jarosław Bieniuk, który po długiej przerwie spowodowanej kontuzją wracał do gry, nie owijał w bawełnę. Mówił o złej porze tego spotkania (godz. 13.30), fatalnej murawie i atmosferze, jaka zapewne będzie na stadionie przy al. Piłsudskiego. Kibice Widzewa i Ruchu od lat się przyjaźnią i zwykle przy okazji takich meczów skupiają się raczej na wyznawaniu sobie sympatii niż na prawdziwym dopingu. - Szczerze mówiąc, biorąc to wszystko pod uwagę, nie spodziewam się jakiegoś efektownego meczu - przyznał w piątek Bieniuk. I wykrakał.

Godzinę można pominąć, tym bardziej że Widzew zaczynał swój mecz w sobotę o godz. 13.30 dopiero po raz czwarty w sezonie na 24 rozegrane kolejki. Rzeczywiście nie jest to najlepsza pora do gry, ale bez przesady.

Na murawę piłkarze naprawdę mieli prawo narzekać, bo boisko przy al. Piłsudskiego przypomina łąkę. Deszcze, śnieg i grad, które padały przed meczem (w trakcie zresztą też), też zrobiły swoje. Tyle tylko, że warunki były takie same dla obu drużyn i ta druga - z Chorzowa - radziła w nich sobie naprawdę dobrze. I chodzi nie tylko o grę w piłkę, ale także szybkość i zaangażowanie piłkarzy Ruchu. - Przegraliśmy z najlepszym w tej chwili zespołem w lidze. Na grę Ruchu przyjemnie się patrzy - oceniał już po meczu Radosław Matusiak, jeden z nielicznych w Widzewie, który nie tylko przyglądał się, jak grają rywale, ale też próbował dotrzymać im kroku. Wielu jego kolegów skupiało się tylko na podziwianiu kunsztu chorzowian, bo i przeszkadzać im nie za bardzo chcieli. Przykład? Przykro po raz kolejny wbijać szpile Krzysztofowi Ostrowskiemu i Przemysławowi Oziębale, ale oni do zmiany nadawali się po kwadransie, najpóźniej po 30 minutach. Skrzydła Widzew miał więc połamane, ataki bocznymi sektorami boiska nie wchodziły w grę. Tak na marginesie - na szczęście temu pierwszemu kończy się w czerwcu kontrakt i przy al. Piłsudskiego nie zamierzają go przedłużać (dzięki!).

Z meczu na mecz coraz gorzej spisuje się też Marcin Kaczmarek, który jest cieniem zawodnika z jesieni, kiedy tak dobrze spisywał się w ŁKS. Nie bez znaczenia był brak Mindaugasa Panki, piłkarza może niezbyt efektownego, ale dla drużyny, zwłaszcza w środka polu, niezwykle ważnego. Litwin narzeka na ścięgno Achillesa i cały mecz przesiedział na ławce. Wchodzili inni, młodzi. I to chyba jedyny pozytyw meczu z Ruchem.

Mariusz Rybicki strzelił piękną bramkę, grał odważnie, bez żadnych kompleksów, pewnym krokiem zmierzał nawet na pomeczową konferencję, więc widać, że chłopak jest pewny siebie i Widzew jeszcze będzie miał z niego pożytek. Na plus trzeba też zapisać debiut młodego Veljko Batrovicia, który jeszcze co prawda nie popisywał się akcjami w stylu Leo Messiego, ale tylko po tym, jak prowadzi piłkę, widać, że jeszcze się popisze.

Młodzi piłkarze grają coraz więcej i chyba już czas, by wychodzili na boisko w pierwszym składzie. Widzew przegrał po raz trzeci z rzędu, więc nie ma się nad czym zastanawiać. Lepiej, by grali oni, niż na przykład Ostrowski, który miejsce w jedenastce ma od ośmiu meczów (!). Pytanie tylko, czy trener Radosław Mroczkowski na taki krok się odważy, zważywszy na to, że przed widzewiakami teraz derby i mecz z Legią Warszawa. Zresztą teraz chyba tylko terminarz może wyrwać drużynę z al. Piłsudskiego z marazmu. Po dwóch trzecich sezonu Widzew właściwie zapewnił sobie utrzymanie, z piłkarzy zeszła presja i znów zaczęli myśleć głównie o finansowych zaległościach, a piłka nie jest już na pierwszym miejscu. Prestiżowe mecze z ŁKS i Legią mogą tę sytuację zmienić, tym bardziej że jesienią przegrali oba mecze z odwiecznymi rywalami. Zaległości zaległościami, ale sportowa ambicja u sportowca tak szybko nie umiera. Kibicom Widzewa musi to na razie wystarczyć. Nadzieja umiera ostatnia.