Cracovia - Widzew 0:0. Widzew ma utrzymanie, Cracovia bliżej spadku

Trwa seria meczów Widzewa bez wygranej. W Krakowie piłkarze z al. Piłsudskiego przedłużyli ją już do sześćiu spotkań. Ale punkt zdobyty w meczu z Cracovią przypieczętował utrzymanie w lidze. Ich piątkowi rywale mogą o tym tylko pomarzyć
Przekonanie kogoś, kto wahał się, czy wybrać się na stadion Cracovii na mecz z Widzewem, by to zrobił, z pewnością nie było łatwe. Obie drużyny nie spisują się ostatnio najlepiej. W pięciu kolejnych meczach drużyna z Krakowa zdobyła tylko trzy punkty, Widzew o jeden mniej. Gorszych drużyn w nie ma.

Przy al. Piłsudskiego nie robili jednak z tego tragedii, bo na utrzymanie w lidze drużyna zapracowała wcześniej i aby przypieczętować pozostanie w ekstraklasie wystarczyło jej w Krakowie zremisować. Gdyby to się jednak nie udało, też nie byłoby tragedii. Znacznie gorsze nastroje panują w Cracovii, która zamyka ligową tabelę. Przed meczem z Widzewem strata do bezpiecznego miejsca wynosiła cztery punkty. Los pięciokrotnego mistrza Polski wydaje się przesądzony. Ale przecież nadzieja umiera ostatnia...

Przełamać serię pięciu meczów bez wygranej Widzew miał w nietypowym ustawieniu. Z powodu kartek i kontuzji w drużynie, Radosław Mroczkowski zmuszony był wystawić do gry w środku obrony Sebastiana Dudę. 19-latek z Kolbuszowej w ekstraklasie debiutował jesienią właśnie w meczu z Cracovią. Od tamtej pory uzbierał ledwie około 50 minut w najwyższej klasie rozgrywkowej. Bardziej doświadczony jest dwa lata młodszy Mariusz Stępiński, który jednak w pierwszym składzie w meczu ekstraklasy też wyszedł po raz pierwszy w życiu.

Po pierwszej połowie do Dudy i Stępińskiego nie można było mieć zastrzeżeń, obaj na pewno się starali i grali po prostu nieźle. Ten pierwszy robił co do niego należało w defensywie, drugi był aktywny w ofensywie i dawał się we znaki obrońcom rywali. O grze obu drużyn w pierwszych trzech kwadransach wiele dobrego jednak napisać nie można. Widzew wypadł lepiej, trochę dłużej utrzymywał się przy piłce, miał też dwie niezłe okazje. W 11. min obok bramki strzelił Radosław Matusiak, już w doliczonym czasie gry po błędzie bramkarza Cracovii Wojciecha Kaczmarka dobrej sytuacji nie wykorzystał Krzysztof Ostrowski. Celnego strzału przed przerwą widzewiacy jednak nie mieli, podobnie zresztą jak ich przeciwnicy.

Krakowianie wypadli gorzej od łodzian. W ogóle nie było w nich determinacji, która u piłkarzy niemal skazanych na spadek powinna być widoczna aż nadto. Gospodarze pierwszą połowę meczu z Widzewem po prostu odbyli, z pewnością nie była to walka o życie. Blisko bramki Macieja Mielcarza byli właściwie tylko raz, gdy już po regulaminowym czasie gry Saidi Ntibazonkiza strzelił z bliska wysoko nad nią.

Jeśli ktoś nie dał się namówić, by piątkowy wieczór spędził na stadionie Cracovii, po pierwszej połowie nie żałował na pewno.

Po przerwie niewiele się zmieniło, chociaż w 61. min w końcu doczekaliśmy się celnego strzału. Na bramkę Cracovii uderzał z daleka Princewill Okachi, ale bramkarz gospodarzy nie miał wielkich problemów. Niedługo później Kaczmarek musiał już się bardziej wysilić, kiedy bronił strzał Radosława Matusiaka. To była 100-procentowa okazja Widzewa.

Na tę sytuację Cracovia odpowiedziała w 71. min. Z dystansu strzelał Marcin Budziński, ale Mielcarz odbił piłkę na rzut rożny. Chwilę później sam przed bramkarzem Widzewa był Bartłomiej Grzelak, ale były piłkarz łódzkiej drużyny, fatalnie głową spudłował. To był okres przewagi gospodarzy zakończony jeszcze strzałem Hesdeya Stuarta, który obronił Mielcarz.

Piłkę okazję mieli widzewiacy. W 86. min Rafał Serwaciński źle zagrał jednak w pole karne do Bruno Pinheiro i nic z tego nie wyszło.

Punkt bardziej cieszy łodzian, chociaż nie wygrali już sześciu kolejnych meczów. Ten punkt przypieczętował bowiem ich utrzymanie w ekstraklasie (Widzew ma 13 punktów przewagi nad przedostatnim ŁKS, któremu zostały cztery mecze). Remis nie urządza za to Cracovii, która jedną nogą jest w pierwszej lidze.