Ekstraklasa. Widzew oddał punkty Lechii? Cała Polska to widziała

Walcząca o utrzymanie Lechia Gdańsk wygrała z grającym "żenująco słabo" Widzewem i znacznie przybliżyła się do pozostania w T-Mobile Ekstraklasie. Kosztem ŁKS, odwiecznego rywala Widzewa zza między i Lechii, rywalizującej z nim o ligowy byt. Najbardziej ze zwycięstwa gdańszczan cieszyli się kibice... Widzewa. "Żydzi spadną, ole, ole" - zaryczeli na koniec meczu i poszli świętować.
WIDEO: Zobacz skrót meczu Widzew - Lechia i oceń »

Jeszcze kilka lat temu, gdy korupcja hulała po polskiej ekstraklasie, mecz Widzewa z Lechią z całą pewnością byłby podejrzany. Cała Polska widziała - łódzka drużyna oddała rywalom punkty bez walki. Motyw? Lechia desperacko walcząca o utrzymanie potrzebowała wygranej jak powietrza. Widzew z kolei o spadek nie musi martwić się już od dawna, po prostu dogrywa ligę do końca. Głównym rywalem Lechii jest ŁKS, który przy okazji jest też konkurentem Widzewa, choćby przy dzieleniu miejskiej kasy. W kolejnym rozdaniu klub ekstraklasy z pewnością dostanie więcej od pierwszoligowca. Spadek lokalnego rywala jest więc Widzewowi na rękę.

To wszystko oczywiście hipotezy. - Odcinamy się od tego. Chcemy z Lechią zagrać jak najlepiej i wygrać - zapewniał przed meczem trener Radosław Mroczkowski, a wtórowali mu piłkarze. - Gramy dla siebie - twierdzili.

Tymczasem w sobotę oddali punkty rywalom. Widzewiacy ruszali się jak muchy w smole, nie potrafili wymienić nawet dwóch podań, w obronie zwłaszcza Ugo Ukah robił, co mógł, by napastnikom Lechii było łatwiej. - Goniliśmy wynik do końca, nie można powiedzieć, że odpuściliśmy, że cieszymy się z porażki 0:1 - przekonywał po meczu dziennikarzy pod budynkiem klubowym Jakub Bartkowski, 20-letni obrońca Widzewa. - Każdy może mówić, co chce, ale my naprawdę walczyliśmy o zwycięstwo.

Lubisz de la Fontaine'a [Jean de la Fontaine - ur. w XVII wieku francuski bajkopisarz]? - spytał Bartkowskiego Dariusz Postolski z Radia Łódź.

Bartkowski: Nie znam.

Bajki pisał, podobno bardzo dobre.

- To może kiedyś będę miał okazję poczytać.

Niedługo potem Bartkowski przyszedł razem z trenerami Widzewa i Lechii - Mroczkowskim i Pawłem Janasem - na konferencję prasową. I znów wszystkich zaskoczył. - Ciężko coś zrobić na takim boisku, jeżeli tracimy bramkę na początku meczu. Boisko nie nadawało się do gry. Przede wszystkim w ataku pozycyjnym było bardzo ciężko - tłumaczył. - Niestety, przez cały mecz byliśmy zmuszeni do takiej gry i nie udało się nam zdobyć bramki. Gdybyśmy zremisowali, to na to spotkanie patrzyłoby się zupełnie inaczej. Niestety, przegraliśmy, dlatego też pojawiają się takie opinie, że nie walczyliśmy i odpuściliśmy ten mecz.

Na szczęście byli i tacy w Widzewie, którzy brali udział w meczu oglądanym przez wszystkich, a nie w tym, w którym grał Bartkowski. Już pierwsze zdania młodego piłkarza nie spodobały się trenerowi łódzkiej drużyny, który sam bardzo krytycznie wypowiedział się o poziomie gry swoich piłkarzy i całego meczu. - To było poniżej... Wszystkich, którzy oglądali ten mecz, wypada przeprosić. Jestem rozbity tym, co widziałem, to daje dużo do myślenia. Można zagrać słabo, ale nie tak żenująco słabo - mówił Mroczkowski. Gdy Bartkowski wypowiadał swoje słowa, trener Widzewa z niedowierzaniem kręcił głową. Już po konferencji powiedział coś swojemu piłkarzowi. Potem przyznał, że słowa młodego widzewiaka go zdziwiły i zdenerwowały.

Mecz Widzewa z Lechią oglądali w hotelu piłkarze ŁKS, którzy czekali na swoje spotkanie z Ruchem Chorzów. - Piłkarze Widzewa pogrzebali nasze szanse na utrzymanie. Przez grzeczność wolę jednak więcej nie komentować - powiedział Andrzej Pyrdoł, który prowadzi ŁKS razem z Piotrem Świerczewskim.

Po meczu w Łodzi zadowoleni byli nie tylko piłkarze Lechii. Swoje chwile radości mieli też kibice Widzewa spod zegara, którzy zachęcali swoich piłkarzy do porażki. Tuż przed końcem meczu nastąpił wybuch radości: "Żydzi spadną, ole, ole" - zaryczeli i poszli świętować.