"Jedna rzecz Sylwestrowi Cackowi w Widzewie się udała" [KOMENTARZ]

Widzew, jako jedyny obok Górnika Zabrze, klub w ekstraklasie nie dostał licencji. A przecież pięć lat temu jego właściciel Sylwester Cacek ogłosił budowę wielkiego Widzewa...
To, że Widzew nie dostał w pierwszym rozdaniu licencji na ekstraklasę, dziwić nie powinno. O długach wobec piłkarzy, trenerów i pracowników klubu głośno jest przecież od wielu miesięcy. Hasło "Nikt ci tyle nie da, ile Widzew obieca" od dawna jest jak najbardziej aktualne.

O działaczach Widzewa, którzy legendarny klub prowadzą od prawie pięciu lat, wiemy już wszystko. W ich nachalny PR i propagandę sukcesu wierzą już tylko fanatycy, którzy wolą wmawiać sobie, że Widzew ma się dobrze. Tym trzeźwo myślącym działacze z al. Piłsudskiego mogą kojarzyć się dziś tylko z niekompetencją (w ubiegłym roku klub niemal stracił przez nich pół miliona złotych z puli za promocję Łodzi), ze składaniem obietnic bez pokrycia, z oddawaniem swoich czołowych piłkarzy za darmo (z drużyny odeszli właśnie Ugo Ukah, Bruno Pinheiro, Dudu i Mindaugas Panka), z konfliktami z kibicami, PZPN-em, byłymi piłkarzami, magistratem i dziennikarzami. Z butą i arogancją.

Po Łodzi krąży żart, że skoro szefom Widzewa udało się nawet zniszczyć murawę, która przez lata była jedną z najlepszych w Polsce, to nie ma już rzeczy, której popsuć nie mogą. Taki jest dziś działacz Widzewa, więc nie ma się co dziwić, że klub nie zasłużył sobie na licencję. To przykre, ale jest jednym z dwóch klubów, które na to nie zasłużyły, i jedynym, który nie otrzymał jej ze względu za długi. Długi, które sam zrobił.

Przyznam, że zaczyna mi być właściciela Widzewa żal. Niedawno Sylwestra Cacka opuścił człowiek, który przez ostatnie lata klubem zarządzał, który formalnie wpędził go w kłopoty. Marcin Animucki wszedł na kolejny szczebel kariery i tyle go widzieli. Sylwester Cacek został sam, bo także jego synowi znudziła się droga zabawka. Dziś nie ma nawet komu usiąść w fotelu prezesa i właściciel Widzewa sam musi sprzątać po innych, chociaż w klub włożył własnych kilkadziesiąt milionów.

Nie mają jednak racji ci, którzy mówią, że Sylwestrowi Cackowi przez te pięć lat nic w Widzewie się nie udało. Gdy latem 2007 roku przejmował klub, mówił m.in.: "Chcę stworzyć coś wielkiego, coś, o czym kiedyś będzie się pisać książki".

Materiału na książkę: "Jak nie prowadzić klubu sportowego" zebrało się aż nadto.