Sylwester Cacek, właściciel Widzewa Łódź: - Historii nie da się zmienić. To nie będzie stadion miejski, tylko ŁKS...

Czy będziemy grać na stadionie miejskim? To tak jakby Pan mnie zapytał, czy Widzew będzie rozgrywał mecze w Bełchatowie, Płocku czy Warszawie. Poza tym nie ma sensu mówić o czymś, co nie istnieje i nie wiadomo, czy będzie istnieć, bo i takie sygnały do mnie dochodzą - mówi Sylwester Cacek
Rozmowa z Sylwestrem Cackiem

Damian Bąbol: Nie będzie nowego stadionu Widzewa. Prezydent Hanna Zdanowska poinformowała, że negocjacje z firmami zakończyły się fiaskiem. Co pan o tym sądzi?

Sylwester Cacek: Na pewno chciałbym wiedzieć, dlaczego zdecydowano o zamknięciu przetargu przed ogłoszeniem jego drugiego etapu. Jeśli dobrze pan pamięta, najpierw miał być przetarg, następnie negocjacje, a po nich ogłoszenie ostatecznego przetargu, w których firmy miały wystartować. Wydaję mi się, że gdyby miasto ogłosiło jego drugą część, to wszyscy byśmy wiedzieli, o co w tym chodzi. Tak się jednak nie stało. Pani prezydent wydała znanym już wszystkim komunikat, ale nie mamy czarno na białym napisane, na jakich konkretnie zasadach miasto ogłosiło ten przetarg. Być może, gdyby było inaczej i UMŁ mądrze podszedłby do tego projektu, to niewykluczone, że jakaś firma zgłosiłaby jednak swoją gotowość do wybudowania stadionu.

Czuje się pan oszukany?

- W tej chwili na pewno takich słów nie użyję. Zobaczymy, co pani prezydent powie zarządowi klubu na środowym spotkaniu.

Jak wyobraża sobie pan dalsze funkcjonowanie Widzewa? Przez brak nowoczesnego stadionu wkrótce możecie nie dostać licencji na grę w ekstraklasie.

- Widzew to wieloletni klub z tradycjami. Istniał, kiedy mnie w nim nie było, teraz też funkcjonuje i z pewnością nadal będzie funkcjonował. Kwestia tylko na jakich zasadach, jaką obierze ścieżkę i co będzie można z nią zrobić. Zobaczy-my... Na razie jest za wcześnie, żeby o tym mówić.

Bierze pan pod uwagę wariant, że Widzew będzie rozgrywał mecze na stadionie miejskim przy al. Unii?

- To tak jakby pan mnie zapytał, czy Widzew będzie rozgrywał mecze w Bełchatowie, Płocku czy Warszawie. Poza tym nie ma sensu mówić o czymś, co nie istnieje i nie wiadomo, czy będzie istnieć, bo i takie sygnały do mnie dochodzą. A na dodatek dla mnie to nie będzie stadion miejski tylko klubu ŁKS, gdyż historii nie da się zmienić wieloma oświadczeniami. A i sam stadion nie będzie zasługiwał na miano miejskiego.

Chciałem też spytać o drużynę. Jak podoba się panu gra "Dzieciaków Mroczkowskiego" w tym sezonie?

- Przede wszystkim bardzo się cieszę, że "Gazeta" wymyśliła tak sympatyczną nazwę. Naprawdę fajnie wam to wyszło. Z tego co wiem, to Radkowi Mroczkowskiemu też bardzo przypadła do gustu, więc wszyscy są zadowoleni. Jeśli chodzi o ostatnie mecze, to na pewno nie jest to przypadek, że po pięciu kolejkach Widzew jest liderem. Letni dobór nowych piłkarzy też był bardzo przemyślany. Słyszałem już opinie, że dobre wyniki, to kwestia biedy w klubie, albo tego, że trener nareszcie ma coś do powiedzenia w sprawie transferów, a prawda jest inna. Poprzedni szkoleniowcy też mieli wpływ na kształtowanie drużyny, ale nareszcie mamy trenera, który spowodował, że zespół gra w piłkę, a nie tylko ją kopie. I to jest ta różnica.

Przed sezonem ligowi fachowcy prognozowali, że po odejściu siedmiu podstawowych piłkarzy, Widzew będzie walczył o utrzymanie.

- Jeśli chodzi o zawodników, którzy odeszli latem, to już w lutym mówiłem trenerowi Mroczkowskiemu, że powinien ich puścić. Wtedy miałby czas, żeby już w rundzie wiosennej ogrywać obecny zespół. Ale to w tej chwili nie ma większego znaczenia. Jeśli chodzi o opinie ekspertów, to już sami powinni się zastanowić, czy w tych ocenach mieli rację, czy nie. Ale każdy może się przecież pomylić.

Kiedy patrzy pan na ten młody zespół i to jak świetnie radzi sobie w lidze, to nie żałuje pieniędzy wyrzuconych w błoto, wydawanych na wysokie pensje dla przeciętnych piłkarzy, których już w Widzewie nie ma?

- To nie jest takie proste, jak może się wydawać i jak opisuje się to w gazetach. Trzeba pamiętać, że rynek się zmienia. Kiedyś pan Wojciechowski płacił piłkarzom jeszcze cztery razy więcej niż ja, podobnie było w innych klubach. Darvydas Sernas odchodził do Zagłębia Lubin, które gwarantowało mu jeszcze więcej pieniędzy niż dostawał u nas. Rynek kształtuje świa-domość piłkarzy, czyli w pewnym okresie da się więcej, w innym mniej. Nie można powiedzieć, że pompowaliśmy pieniądze tylko w nietrafione transfery. Często, gdy o tym piszecie, przywołujecie przykład Fernando Arriero, a jestem przekonany, że w obecnym zespole Hiszpan, by się świetnie sprawdził. Tylko tamten zespół [prowadzony przez Pawła Janasa - przyp. red] nie był dopasowany do takiej gry, jaką on prezentuje.

Mówi pan, że rynek się zmienia, ale to wy pozbyliście się pięciu podstawowych piłkarzy z ważnymi kontraktami (Dudu, Ugo Ukah, Bruno Pinheiro, Mindaugas Panka, Jarosław Bieniuk), za których nie dostaliście nawet grosza.

- Nieprawda. Nie zapominajmy, że zyskał na tym budżet klubu. Po drugie to nie jest tak, że pozbywamy się wszystkich zawodników za darmo. Zarobiliśmy m.in. na transferze Piotra Grzelczaka, który odszedł do Lechii Gdańsk.

Jak długo jeszcze Widzew będzie na fotelu lidera?

- Tego nie wiem, ale myślę, że poziom drużyny z roku na rok na pewno będzie się podwyższał.

A w tym sezonie na co stać Widzew?

- My nigdy nie oczekiwaliśmy od zespołu zajęcia konkretnego miejsca w tabeli. Od zawsze wymagaliśmy tylko jednego - aby lepiej grał w piłkę. Teraz właśnie to dostajemy. Nieważne, czy w składzie przeważają młodsi czy starsi zawodnicy, ważne, że trener potrafi wykorzystać ich potencjał.

Mecz z Górnikiem Zabrze był czwartym w tym sezonie w Łodzi, na którym nie było zorganizowanego dopingu fanów. Kiedy skończy się ten konflikt na linii kibice - zarząd?

- Nie wiem. Nie jestem zaangażowany w tę sprawę. Z meczu na mecz frekwencja na naszym stadionie rośnie i mam nadzieję, że przy tak grającej drużynie niebawem znów będzie komplet.