Mariusz Stępiński z Widzewa Łódź: - Skauci Manchesteru United widzieli, jak strzelam gole

- Różnica między mną a Arkiem Milikiem jest taka, że on gra pełne spotkania. W poprzednim sezonie w kilkunastu meczach nie zdobywał bramek, ale mimo to trener Adam Nawałka miał do niego cierpliwość i cały czas na niego stawiał. Ja też chcę grać więcej - mówi Mariusz Stępiński, 17-letni napastnik Widzewa Łódź.
Damian Bąbol: Czego dowiedzieliście się z analizy meczu z Wisłą Kraków?

Mariusz Stępiński: Wszystko już sobie powiedzieliśmy. Zostały wytknięte wszystkie minusy. Było ich dużo, ale z takiego meczu też można wyciągnąć trochę pozytywów. Nie jest tak, że wszystko, co zaprezentowaliśmy w tym spotkaniu, było złe...

Do zdobycia jednego punktu zabrakło niewiele, ale z drugiej strony mecz z tak słabą Wisłą może się już nie powtórzyć...

- Nie zgadzam się. To wciąż silna drużyna, która składa się z wielu klasowych zawodników. Praktycznie w tym składzie rok temu zdobyła mistrzostwo Polski. Wcześniej czy później ten zespół musiał odpalić. Szkoda tylko, że stało się to w pojedynku z nami. Mimo wszystko uważam, że z każdym kolejnym meczem krakowianie regularnie będą się wspinać w górę tabeli. Nie sądzę, żeby znowu przydarzyły im się takie wpadki jak na początku sezonu.

Wciąż macie pretensje do Mehdiego Ben Dhifallaha, który za nieodpowiedzialne zagranie ręką osłabił zespół?

- Wykonał niepotrzebny ruch. Nie wiem, co nim kierowało. Trudno jest mi jednak oceniać kolegę z zespołu. Nie chcę tego robić, żeby nie doszło do żadnych zgrzytów.

Pojawiłeś się na boisku w ostatnich minutach, ale nie doszedłeś do żadnej bramkowej sytuacji.

- Graliśmy wtedy w dziesięciu i ciężko było cokolwiek wskórać. Trudno atakować w osłabieniu. Mimo wszystko starałem się dać z siebie wszystko. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że nie wszystko wychodziło tak, jak powinno.

Kiedy strzeliłeś gola Górnikowi, wydawało się, że twoja kariera przyspieszy. Kolejnych bramek jednak brakuje.

- Myślę, że wszystko jest w porządku. Przede wszystkim ostatnio mniej gram. Po meczu z Górnikiem nie rozegrałem nawet żadnej pełnej połowy. Nie będę ukrywał, że gra w 45 minutach, a wchodzenie na końcówki to jak dzień do nocy. Przykładem może być spotkanie z Wisłą, które pokazało, że dopiero po kwadransie zaczęliśmy grać tak, jak potrafimy. Czasami trudno coś pokazać albo przesądzić o losach meczu w ciągu kilku minut. Nie jest to nic dobrego dla mnie i żałuję, że tak się dzieje. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko w tych "dziesięciominutówkach" grać jak najlepiej. Wszystko po to, aby w końcu zasłużyć na występy przynajmniej od początku drugiej połowy albo najlepiej w pierwszym składzie.

Nie zagrałeś też w meczu Młodej Ekstraklasy. Dlaczego?

- Trochę mnie bolała kość śródstopia. Trener zadecydował, żebym nie jechał do Krakowa, bo uraz może się pogłębić. Od poniedziałku jednak normalnie trenuję i na nic już nie narzekam. Zazwyczaj jednak, kiedy mniej gram w lidze, to sam idę do trenera i mówię, że chcę zagrać w meczu drugiej drużyny.

Jak oceniasz swoją formę?

- Chyba jest taka, jak być powinna. Jestem młodym zawodnikiem i ciężko cokolwiek powiedzieć o mojej dyspozycji. Często zależy od dnia. Ale już nie chcę siebie oceniać. Wy to zróbcie, ale dopiero wtedy, kiedy zagram od początku albo przynajmniej 45 minut.

Otwiera się przed tobą szansa gry w meczu z Jagiellonią w Białymstoku. Wydaje się, że trener Mroczkowski stracił cierpliwość do Ben Dhifallaha, a kontuzjowany jest Lebiediew.

- Jeżeli rzeczywiście dostanę taką szansę, to na pewno ją wykorzystam. Zobaczymy, jak będzie wyglądała sytuacja kadrowa przed spotkaniem z Jagiellonią. Myślę, że ostateczną decyzję trener podejmie w sobotę, czyli w dniu meczu.

Jak patrzysz na karierę Arkadiusza Milika, twojego dobrego kumpla z Górnika Zabrze, to nie żałujesz, że nie jesteś na jego miejscu?

- Myślę, że każdy zawodnik występujący na tej pozycji w ekstraklasie trochę mu zazdrości. W końcu to był jedyny napastnik z polskiej ligi, który zagrał w meczu z Anglią. Trener Waldemar Fornalik nie postawił na Arkadiusza Piecha, tylko właśnie na Milika. Bardzo się z tego cieszę, bo to mój kolega z kadry. Często ze sobą rozmawiamy i jesteśmy w stałym kontakcie. Różnica między mną a nim jest taka, że on gra pełne spotkania. W poprzednim sezonie w kilkunastu meczach nie strzelał goli, ale mimo to trener Adam Nawałka miał do niego cierpliwość i cały czas na niego stawiał. Jak widać, Arek odpłacił mu za to z nawiązką.

Brakuje ci tej cierpliwości u swojego szkoleniowca?

- Nie, bo wiem, że trener Mroczkowski wciąż we mnie wierzy. Tyle tylko, że muszę teraz czekać na szanse gry od pierwszych minut. W końcu chciałbym się znaleźć w podstawowym składzie. Po prostu wyjść i grać bez żadnych kompleksów.

Pół roku temu mówiło się, że jesteś na celowniku Interu Mediolan i Zenita Sankt Petersburg. Biorąc pod uwagę liczbę minut, jaką w tym sezonie spędziłeś na boisku, raczej trudno się spodziewać podobnego zainteresowania w przerwie zimowej.

- Myślę, że nie. Przecież regularnie występuję w kadrach młodzieżowych. Strzeliłem gola w eliminacyjnym meczu do mistrzostw Europy z Holandią. Sądzę, że idę w dobrym kierunku. Zdobywam bramki i wydaje mi się, że skauci z zagranicznych klubów zwracają na to uwagę. Wiem, że właśnie w meczu z Holandią, w którym pokazałem się z dobrej strony, na trybunach było wielu wysłanników z silnych klubów, m.in. z Manchesteru United.

A jak ci idzie w szkole? W klubie usłyszałem, że musisz poprawić oceny. To prawda?

- (śmiech ) Wszystko jest w porządku. Mam indywidualny tok nauczania. Jakoś staram się godzić naukę z treningami i wyjazdami na zgrupowania.

Ale w dzienniczku widnieje więcej piątek czy trójek?

- Może gdybym codziennie chodził do szkoły, miałbym same piątki. Większość moich ocen to jednak trójki. Najważniejsze, że przechodzę z klasy do klasy.