Mariusz Stępiński i Mariusz Rybicki z Widzewa Łódź: - Grać w ŁKS? Nigdy w życiu! Legia? A to co innego... [REPORTAŻ]

- Gdyby jakiś menedżer przyniósł mi ofertę gry w ŁKS, to bym mu powiedział, żeby podarł ten papierek i przyniósł coś lepszego - mówi Mariusz Rybicki. - Gdybym dostał ofertę z Legii? Hm... - zastanawia się Mariusz Stępiński. Obaj są piłkarzami Widzewa Łódź.
To, co 18 czerwca 1997 roku wydarzyło się w Warszawie, jest uznawane za najbardziej nieprawdopodobny pojedynek w historii polskiej ligi. Drużyna prowadzona przez Franciszka Smudę w pięć minut dokonała rzeczy wyjątkowej. Przegrywała 0:2. Rywale po kolejnych groźnych akcjach przybijali sobie piątki i z uśmiechami na twarzy wyczekiwali ostatniego gwizdka sędziego Andrzeja Czyżniewskiego. Widzewiacy jednak - po golach Sławomira Majaka i Dariusza Gęsiora - odrobili straty. W końcówce Andrzej Michalczuk popędził w kierunku bramkarza Grzegorza Szamotulskiego, huknął, ile sił w lewej nodze, i strzelił zwycięskiego gola, zapewniając czerwono-biało-czerwonym czwarty tytuł mistrza Polski. Łódź oszalała z radości, Piotrkowska bawiła się do rana. To był wyjątkowy czas. Widzew przygotowywał się do gry w kolejnej edycji prestiżowej Ligi Mistrzów.

Tej pięknej historii o dominacji łódzkiego klubu nie mają prawa pamiętać Mariusz Rybicki i Mariusz Stępiński, utalentowani widzewiacy, szkoleni obecnie przez Radosława Mroczkowskiego.

Mały brzdąc z koszulką Marka Citki

Kiedy Widzew po raz ostatni pokonywał Legię w Warszawie, miesiąc wcześniej malutki Stępiński obchodził drugie urodziny. Nieco starszy Rybicki kończył cztery lata. Tego drugiego interesowały wtedy budowle z klocków, gry i zabawy w przedszkolu.

Dla nich opowiadania o tym, że Widzew potrafił bić Legię na jej stadionie, brzmią tak samo mitycznie, jak dla mnie historie o reprezentacji Polski walczącej o medale mistrzostw świata. Science fiction.

O nieprawdopodobnych wydarzeniach, jakie w 1997 roku działy się na stadionie Wojska Polskiego przy ulicy Łazienkowskiej, Rybicki i Stępiński dowiadywali się od starszych znajomych oraz z telewizji i portalu YouTube, gdzie jest mnóstwo nagrań z tamtego spotkania. - Mój tata jest zagorzałym widzewiakiem. Pamiętam, że sporo mi opowiadał o tym meczu, ale też o czasach, kiedy bez porażki Widzew kończył sezon na tronie ekstraklasy. To było coś! Jako mały brzdąc biegałem po podwórku z koszulką Marka Citki, ówczesnego idola kibiców z całej Polski. Teraz takim jest Robert Lewandowski - wspomina Rybicki. - Po tylu latach dużo się pozmieniało. Nie jesteśmy już piłkarską potęgą. Mam tylko nadzieję, że te czasy jeszcze kiedyś powrócą. Jeśli nie ze mną w składzie Widzewa, to chciałbym z jakimś mocnym zagranicznym klubem zagrać na Piłsudskiego w europejskich rozgrywkach.

Stępiński: - Ja tym bardziej nie pamiętam sezonów, w których Widzew był wielki. Żałuję, że jako młody kibic nigdy nie poczułem smaku walki o mistrzostwo Polski czy występów w europejskich pucharach. Odkąd tylko zacząłem kibicować Widzewowi, to albo walczył on o utrzymanie w ekstraklasie, albo o to, aby do niej awansować. Po prostu urodziłem się w innych czasach. Nie było mi dane przeżywać takich emocji. Muszę z tym żyć.

To perełki, diamenciki

W tym sezonie obaj już po dwa razy wpisali się na listę strzelców. Stępiński zapewnił punkty w meczu z Górnikiem Zabrze i Jagiellonią Białystok. Jest najmłodszym strzelcem w rozgrywkach ekstraklasy w historii klubu z alei Piłsudskiego. Rybicki trafiał do bramki w spotkaniach z Ruchem Chorzów i także w Białymstoku. Obaj coraz mocniej dobijają się do pierwszego składu drużyny "Dzieciaków Mroczkowskiego". Ich największym atutem jest przede wszystkim technika. Do tego Rybicki imponuje niesamowitym przyspieszeniem, a Stępiński spokojem i wykończeniem akcji w polu karnym. Eksperci już teraz określają ich mianem "gwiazdek", które już za chwilę rozbłysną na dobre.

- Ale perełka z tego Rybickiego... - powiedział Grzegorz Mielcarski, były piłkarz, wicemistrz olimpijski z Barcelony, obecnie ekspert Canal+, kiedy komentował mecz Piasta z Widzewem (1:2). 19-latek, który stylizuje się na Neymara, brazylijskiego gwiazdora, w ostatniej minucie przeprowadził świetną indywidualną akcję, która zakończyła się faulem i rzutem karnym zamienionym na zwycięskiego gola.

- To kawał napastnika. Przypomina mi Roberta Lewandowskiego - ocenił Stępińskiego trener Michał Globisz. - Jeden z takich diamencików, które czasem pojawiają się w młodzieżowej piłce. On wyraźnie odstaje od swoich rówieśników, szczególnie w ofensywie. Jeśli wszystko dobrze poukłada mu się w głowie, zdrowie dopisze i będzie miał charakter, to według mnie zajdzie daleko. Z pewnością może być napastnikiem klasy Lewandowskiego.

- To fantastyczny zawodnik, ale proszę, nie porównujcie mnie do niego. Nie czuję się z tym komfortowo. Robert strzela gole Realowi Madryt, Ajaksowi Amsterdam, a ja póki co występuję w Widzewie - mówi Stępiński.

Dopiero w maju przyszłego roku będzie świętował pełnoletność, a już od dłuższego czasu obserwują go bogate europejskie kluby. Jego pozyskaniem zainteresowane są między innymi Inter Mediolan i Zenit Sankt Petersburg. O tym, czy już teraz powinien wyjechać do zagranicznej ligi, eksperci mają podzielone zdania.

Niewykluczone, że szkoleniowiec Widzewa właśnie na nich postawi od pierwszych minut w dzisiejszym klasyku z Legią. Jak młodzi zawodnicy podejdą do tego meczu? - Dla naszych fanów to najważniejszy pojedynek w całej rundzie. Wiemy o tym. Ale z drugiej strony to nie jest spotkanie za sześć punktów. Nie ma takich - uważa Stępiński.

Rybicki: - Będzie doskonała okazja, żeby pokazać się z jak najlepszej strony na tle takiego przeciwnika, jakim jest Legia. Damy z siebie 110 procent. Na boisku zostawimy całe serce. Po prostu będziemy zapierniczać ile sił.

Stępiński: - W ostatniej kolejce w Poznaniu Legia pokazała, że jest bardzo silna [wygrała z Lechem 3:1 - przyp. red.]. Ale przecież nie będziemy trząść przed nią portkami. To nie jest żadna Barcelona czy Real Madryt. To drużyna, która po prostu prezentuje solidny poziom jak na polskie warunki.

Grać w ŁKS? Nigdy w życiu! Legia? A to co innego...

Obaj piłkarze przyznają, że czują się związani z Widzewem, ale pokroić za niego raczej by się nie dali. Fanatykami nigdy nie byli. Na tak zwanym gnieździe, z którego doping prowadzili już Patryk Małecki z Wisły Kraków lub Artur Boruc z Legii, z pewnością ich nie zobaczymy. - Nie byliśmy na żadnym kibicowskim wyjeździe. Mieliśmy inne zajęcia. Zresztą nie ciągnęło nas do tego. Zawsze na pierwszym miejscu były piłka i treningi - mówią zgodnie.

Stępiński wychował się w Błaszkach, małej miejscowości położonej w zachodniej części województwa, 80 kilometrów od Łodzi. Pochodzi z niej także Marcin Kaczmarek, 33-letni pomocnik zespołu prowadzonego przez Mroczkowskiego. Tam wszyscy kibicują drużynie z alei Piłsudskiego. - W piątkowym meczu z Legią cała miejscowość będzie trzymała za nas kciuki. To pewne. Dla Błaszek mecz Widzewa, a do tego tak prestiżowy jak z Legią, to naprawdę duże wydarzenie - mówi 17-latek.

Rybicki ze Stępińskim zdecydowanie częściej odwiedzali widzewski stadion, kiedy drużyna rozgrywała mecze u siebie. - Pierwszy mecz, na którym byłem, to Widzew - Korona Kielce przed pięcioma laty. Zakończyło się porażką 0:2, a gola już w drugiej minucie strzelił "Kaka" [Marcin Kaczmarek - przyp. red.]. Mocno przeżyłem też przegrany mecz z Legią na własnym stadionie 0:1, kiedy zwycięską bramkę strzelił Piotr Giza.

Rybickiemu najbardziej utkwił w pamięci ubiegłoroczny mecz z Koroną wygrany 3:1, w którym fantastycznie zagrał Nika Dzalamidze. Gruzin strzelił pięknego gola i zaliczył dwie asysty. - Atmosfera na trybunach była znakomita. Nika zagrał kapitalny mecz. Robił z rywalami, co chciał, wszyscy się nim zachwycali, w tym ja. Wtedy powiedziałem sobie, że tak jak on chcę porywać kibiców równie efektowną grą - opowiada "Ryba".

Obaj piłkarze konsekwentnie podkreślają, że jak najszybciej chcieliby wyjechać na Zachód. Rybicki marzy o hiszpańskiej Primera Division, a Stępiński o angielskiej Premier League.

A gdyby najpierw... zadzwoniła Legia, odwieczny rywal Widzewa? - Hm... Przede wszystkim zastanowiłbym się, czy miałbym szanse na regularne występy. Na pewno od razu nie odrzuciłbym tej oferty. W końcu Legia to obecnie najsilniejszy polski klub - mówi Stępiński. - Co innego, gdyby chodziło o ŁKS. Nigdy do niego nie trafię, tego jestem pewien.

Rybicki: - Gdyby jakiś menedżer przyniósł mi propozycję gry w ŁKS, to bym mu powiedział, żeby lepiej podarł ten papierek i przyniósł coś nowego - śmieje się piłkarz. - Legia to już trochę inny temat... Występuje w niej wielu dobrych piłkarzy i na pewno nie byłoby łatwo o miejsce w składzie. Dlatego koncentruję się teraz tylko na grze w Widzewie.

Nowy stadion? Chyba się nie doczekamy

W poprzedniej kolejce widzewiacy grali z Lechią w Gdańsku na przepięknej PGE Arenie. Jedna z ośmiu aren ostatnich mistrzostw Europy zrobiła wrażenie na trenerze Mroczkowskim, mimo że była to już druga jego wizyta na tym obiekcie. - Kiedy przyjeżdża się na te stadiony, to można się poczuć jak w innej, lepszej lidze. To duża przyjemność nie tylko dla mnie, ale przede wszystkim dla tych młodych chłopców z naszego zespołu. Szkoda tylko, że my nie mamy takich warunków - mówi szkoleniowiec.

Podobnego zdania co Mroczkowski są także Rybicki i Stępiński. Dziś znowu zagrają na kolejnym pięknym obiekcie, czyli Pepsi Arenie przy ulicy Łazienkowskiej.

Obaj starają się być na bieżąco i śledzić najnowsze informacje na temat budowy nowego obiektu na Widzewie. Ale oni - podobnie zresztą jak kibice - już coraz mniej wierzą w to, że nowoczesny stadion kiedykolwiek powstanie przy alei Piłsudskiego. - Taką wybraliśmy drogę. Bardzo chcieliśmy trafić do Widzewa i granie dla tego klubu było i jest najważniejsze. Nie zazdroszczę piłkarzom z innych drużyn, którzy na co dzień występują na ładnych stadionach. Skupiam się na tym, aby przez jak najwięcej minut przebywać na boisku - mówi Stępiński.

Ale po chwili dodaje: - Pewnie, że chcielibyśmy grać na ładniejszym obiekcie, to jasne. Tyle że szanse na to, żeby tak kiedyś było, są bardzo małe...

Rybicki: - Kto wie, czy ja jeszcze będę grał w Widzewie, zanim ten stadion się w końcu wybuduje. Jak dalej to w takim tempie będzie przebiegać, to prędzej zakończę karierę.

Stępiński: - Niestety, chyba będzie tak, jak mówi Mariusz. Nam już raczej nie uda się zagrać na tym wymarzonym obiekcie. Kiedy czytamy i słyszymy o kolejnych pojawiających się przeszkodach i komplikacjach, to tracę nadzieję. Ale oczywiście mocno kibicuję, aby kiedyś ten stadion jednak powstał.

A gdyby Widzew swoje mecze miał rozgrywać przy alei Unii? - Byłoby zabawnie. Od dziecka kibicuję Widzewowi. Nigdy nie zakładałem, że mecze "domowe" musiałbym grać na terenie ŁKS. To raczej mało realny pomysł. Zresztą kibice się na to raczej nie zgodzą - uważa Rybicki.

C-walk, PlayStation... Poza boiskiem normalne życie

Dwaj młodzi zawodnicy żyją nie tylko treningami. Nie są futbolowymi maniakami. - Czasem pójdziemy na imprezę, ale stałymi bywalcami na Piotrkowskiej nie można nas nazwać. Za dziewczynami też nie szalejemy. Mamy swoje wybranki - mówi Rybicki, który - jak się okazało - jest także utalentowanym tancerzem.

Niedawno w portalu YouTube sporą popularnością cieszył się prawie czterominutowy filmik z jego udziałem pod nazwą "Ryba&Dolar Yo Te Esperare". Wychowanek SMS Łódź razem ze swoim kolegą tańczą i efektownie bawią się piłką. - To moje hobby. Ale nie poświęcam temu zbyt dużo czasu. Zresztą to nagranie ma już kilka lat. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że będę grał w Widzewie. Zmontowaliśmy filmik dla zabawy. Szczerze? Wcale nie myślałem, że będzie kiedyś o nim głośno - mówi Rybicki. - To styl tańca, który nazywa się C-walk. Wywodzi się z amerykańskich gangów. Ale to chyba nie jest nic złego, że oprócz gry w piłkę lubię też robić coś innego.

Stępiński: - Ja nie jestem aż tak utalentowany tanecznie jak Mariusz. W wolnym czasie najczęściej gram w PlayStation, a kiedy mam go trochę więcej, to wyjeżdżam do Zduńskiej Woli, gdzie mam najwięcej znajomych, albo odwiedzam rodziców.

Stępiński chodzi do drugiej klasy liceum. Za dwa lata będzie zdawał maturę. Na jakie studia się wybiera? - Chciałbym dostać się na AWF. Na maturze wybiorę biologię i język angielski. Z kolei w lutym zaczynam kurs na prawo jazdy. W końcu ile można patrzeć, jak koledzy przyjeżdżają na treningi samochodami? Czekam na to z niecierpliwością - śmieje się zawodnik.

I dodaje: - Ale zejdźmy już na ziemię. Teraz liczy się tylko mecz z Legią.

Początek spotkania dzisiaj o godzinie 20.45.

Czy piłkarze Widzewa odważą się być wielkimi? - derdzik.blox.pl