Remis Widzewa Łódź z Podbeskidziem Bielsko-Białą na zakończenie piłkarskiego roku w ekstraklasie

W meczu piłkarskim rozgrywanym w nienormalnych warunkach Widzew stracił dwa punkty w spotkaniu z Podbeskidziem.
Tydzień temu widzewiacy przerwali zła passę porażek, zasłużenie pokonując Koronę Kielce; więc w spotkaniu kończącym rundę jesienną Radosław Mroczkowski niczego nie zmienił w podstawowej jedenastce. Inna sprawa, że wielkiego wyboru nie miał. Przed wyjazdem do Bielska-Białej trener obawiał się trudnych warunków do gry. Miał rację, bo choć na boisku nie było śniegu, to piłkarze z trudem poruszali się po zmrożonej trawie. Największe kłopoty mieli z zatrzymywaniem się.

Większą determinację wykazywali gospodarze, wierzący jeszcze w utrzymanie. To oni mieli więcej szans, ale dobrze spisywał się Milosz Dragojević. Już w 2. min złapał piłkę kopniętą przez Damiana Chmiela, a w 10. - przez Roberta Demjana. Za pierwszym razem błąd popełnił Sebastian Radzio, który zamiast blokować rywala, usiłował wymusić faul. Przy drugiej sytuacji nie popisali się sędziowie, nie zauważając, że słowacki napastnik przyjął piłkę ręką.

Widzew spokojnie czekał na okazję do kontry. Najpierw Mariusz Stępiński nie dobiegł do prostopadłego podania, ale w 18. min skarcił Podbeskidzie. Sebastian Dudek, który bardzo dobrze rozpoczął mecz, zagrał prostopadle do Marcina Kaczmarka, a ten został niespodziewanie przewrócony przez Juraja Dancika. Sędzia wahał się tylko przez chwilę i podyktował rzut karny. Pewnie wykorzystał go jubilat, rozgrywający setny mecz w ekstraklasie, Łukasz Broź.

Choć łodzianie nie grali rewelacyjnie, to widać było, że mają jakiś pomysł. Starali się wymieniać dużo podań, szukać zagrań prostopadłych. Ich rywale używali prostszych środków, jak długie podania czy wrzutki w pole karne. Tam jednak królował silny jak tur i skoczny Thomas Phibel. W środku pola rządzili Dudek i jak zwykle Princewill Okachi. Za to ambitny Radosław Bartoszewicz miał największe problemy z utrzymaniem się na nogach.

Widzewiacy mieli kilka szans do skontrowania, ale za każdym razem brakowało podania do wybiegającego na czystą pozycję Okachiego. Najbliższy powodzenia był Radzio, ale po jego strzale głową piłka odbiła się od poprzeczki. Po przeciwnej stronie boiska takich szans nie było, choć Hachem Abbes nie byłby sobą, gdyby nie sprokurował zagrożenia. W 45. min dobrze grający dotychczas Tunezyjczyk tradycyjnie zwlekał z wybiciem piłki, a gdy już to zrobił, to podał do rywali. Na szczęście dośrodkowanie Ireneusza Jelenia zostało zablokowane.

Właśnie po takich prostych stratach pod bramką łódzkiego zespołu było najgroźniej. Nie tylko Abbes robił takie błędy, bo w pierwszym kwadransie po przerwie jego śladem poszli Broź i Radzio. O ile w pierwszej sytuacji strzał zablokował Mariusz Stępiński, to po drugiej był już remis. Chmiel ograł trzech widzewiaków, płasko zacentrował, Abbes nie upilnował Damiana Paweli, a ten między nogami Dragojevicia kopnął do siatki.

Ta sytuacja chyba zmroziła łódzkich piłkarzy, którzy całkowicie stracili koncentrację. Szybko wykorzystał to Chmiel, już po trzech minutach nie dając szans bramkarzowi. Nie zdołali go zablokować najsłabsi w Widzewie Radzio i Bartoszewicz. Obaj są wysocy i może dlatego ciężko im się biegało po zlodzonym boisku.

Chaos wziął więc górę nad próbą gry w piłkę, choć akurat podczas tych akcji bielszczanie się popisali. Widzew rzucił się do ataku, osiągając sporą przewagę. Gospodarze nie przebierali jednak w środkach, by tylko przerwać groźne akcje. Damian Byrtek wyciął wbiegającego w pole karne Okachiego, zaś Demjan z premedytacją uderzył łokciem Brozia. Obaj zobaczyli tylko żółte kartki, choć ten drugi powinien wylecieć z boiska. W doliczonym czasie Dancik powalił mijającego go Mariusza Rybickiego.

Można było odnieść wrażenie, że widzewiacy, zwłaszcza ci najmniej doświadczeni, zapominali, jak śliskie jest boisko i za późno pozbywali się piłki, mając lepiej ustawionych kolegów. W końcówce trener Mroczkowski zupełnie postawił na młodość w ofensywie, wprowadzając na boisko trzech nastolatków: Rybickiego, Aleksa Bruno i Krystiana Nowaka. Opłaciło się kolejny raz, bo po akcji Rybickiego i kiksach obrońców piłka trafiła pod nogi Nowaka, a ten nie dał szans Mateuszowi Bąkowi. Sprawiedliwości stało się zadość, choć piłkarsko młody łódzki zespół prezentował się lepiej. O stracie dwóch punktów zdecydowało kilka minut dekoncentracji.