800 km miłości do Widzewa, czyli historia pewnych górali [REPORTAŻ]

Kochomy nos Widzewek za jego góralskiyj chorokoter, walecność i wolkę do samiusieńkiego końca w kozdym meczu z kozdym pzeciwnikiem - mówi Paweł Pełka, zakopiańczyk. On i kilkunastu górali przyjeżdżają od wielu lat na mecze Widzewa.
Ponad dwa miesiące, dokładnie 74 dni, a jeszcze ściślej 1776 godzin - tyle czasu polscy kibice czekali na wznowienie piłkarskiej ekstraklasy. W sobotę o godz. 15.45 Widzew powalczy o punkty z mistrzem Polski Śląskiem Wrocław.

Dla klubu z al. Piłsudskiego rozpoczynająca się runda wiosenna będzie chyba lepsza od poprzedniej, bardziej urokliwa. Konflikt między władzami klubu a stowarzyszeniem kibiców dobiegł końca. To oznacza, że na stadionie znów będzie głośno. Zadudnią bębny, a fani zaintonują "Brondby", jedną z najbardziej rozpoznawalnych stadionowych piosenek. "Dzieciaków Mroczkowskiego" dopingować będą nie tylko łodzianie. Widzew ma kibiców w całej Polsce. Dla grupy fanów z Zakopanego, którzy na każdy mecz w Łodzi pokonują w obie strony prawie 800 km, to coś więcej niż pasja.

To się nazywa prawdziwa miłość...

"Takich scen nie widziano od końca II wojny światowej: opuszczone budynki, zamurowane sklepy, kruszejące tynki, biedacy i starcy stojący w kolejce za chlebem. Ulica Piotrkowska, o długości ponad 4 km, jedna z najdłuższych ulic w świecie, arteria pokryta kostką wymarła nawet w środku dnia. Na każdym rogu lichwiarze i lombardy, pijacy trzymają się razem, kierowcy rikszy odważnie stawiają czoło mroźnej temperaturze i deszczowi z wiatrem w nadziei na zarobienie paru złotych.

Dlaczego historyczne miasto, które przetrwało liczne wojny, zagładę Żydów i komunizm, jest teraz takie bez życia?".

To fragment reportażu autorstwa Graeme'a Culliforda, brytyjskiego dziennikarza tabloidu "The Sun", który tydzień po Nowym Roku uderzył w Łódź z siłą meteorytu nad Czelabińskiem. Zdjęcia z wyludnionej Piotrkowskiej oraz dwóch pijaczków ogrzewających się przy oknie Irish Pubu obiegły całą Europę. Miały być dowodem, że w środku Europy znajduje się - wymierające w zastraszającym tempie - miasto, z którego kto żyw, ten wskakuje w Ryanaira i ucieka na Wyspy.

Reportaż w londyńskim tabloidzie wywołał wśród łodzian skrajne emocje. Niektórzy zareagowali histerycznie, inni z oburzeniem, niektórych rozweselił, a jeszcze inni pokornie się nad nim pochylili. Wywiązała się krajowa, a nawet międzynarodowa debata o Łodzi. Od czytelników z różnych zakątków Polski i świata otrzymaliśmy dziesiątki listów i maili. Jeden z nich był nietypowy...

"To będzie krótki list, tak aby ktoś go przeczytał. I taki oto góralski głos w dyskusji o Łodzi. Jestem urodzonym zakopiańczykiem, studiowałem w Krakowie, wciąż mieszkam pod Tatrami. Piękne góry, wspaniały Kraków, ktoś powie, gdzie tam jakaś Łódź? A jednak ciągnie mnie do Łodzi. Dlaczego? Jest taki powód niedoceniany niestety przez władze Łodzi, który mógłby przyciągnąć tu wiele osób. To Widzew. Klub, który jako jedyny w historii polskiego futbolu wyeliminował takie tuzy jak Manchester United i Manchester City, FC Liverpool, Juventus Turyn z europejskich pucharów. Wciąż z Zakopanego przyjeżdża do Łodzi ekipa kibiców. Nie do Krakowa nad Wisłę, a do Łodzi, mimo że dalej, mimo że stadion fatalny, a sukcesów ostatnio brak, choć teraz będzie lepiej, tak myślę. Gdyby tak jeszcze władze Łodzi doceniły ten klub, na to chyba jednak nie ma szans. I jeszcze jedno, po meczu idziemy na Piotrkowską, to piękna ulica, a piwo niezwykle smaczne, korzenne i atmosfera też. W Krakowie tego nigdy nie czułem. Dzielnice poza centrum Krakowa są brzydsze niż na przykład Widzew. Tu widziałem ładne alejki, odmalowane bloki, w Krakowie aż tak pięknie nie jest poza centrum. To tyle i tylko tyle, tak pięknej zimy jak w Zakopanem nie macie, ale zimą zapraszam do Zakopca! Pozdrawiam, z urodzenia zakopiańczyk, z serca łodzianin!".

Autorem jest Paweł Pełka, ma 37 lat. Jest dziennikarzem w "Tygodniku Podhalańskim". W zakopiańskiej redakcji wisi szalik Widzewa. Gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości, jaki klub jest dla niego najważniejszy, może się przekonać, wyszukując go na Facebooku. Jego profilowe zdjęcie to herb Widzewa. Paweł na co dzień pisze głównie o sprawach miejskich. Ale raz się zdarzyło, że swoje obowiązki służbowe połączył z tym, co kocha od dziecka. - W ubiegłym roku napisałem tekst o ponad 300 kibicach z 40 fanklubów Widzewa, którzy uczestniczyli w zdobyciu Korony Gór Polski. Fani łódzkiej drużyny zdobyli szczyty 28 gór, z których każdy szczyt oznaczyli wetkniętą flagą - opowiada Paweł. - Fajnie, że tak dużo osób dowiedziało się o tej świetnej akcji. Oprócz tego z Łodzią nic mnie nie łączy.

Dlaczego Widzew?

O drużynie z al. Piłsudskiego Paweł jest w stanie rozmawiać godzinami. Pamięta doskonale moment, w którym na słowo "Widzew" bicie jego serca zaczynało przyspieszać i tak już mu zostało. - Miałem siedem lat. Babcię wyciągałem z kościoła, bo tak bardzo chciałem zdążyć na mecz. Wielki mecz. Widzew walczył wtedy z Liverpoolem w Pucharze Mistrzów. To były czasy, w których mecze traktowano jak sportowe święto. Teraz transmisje są praktycznie przez całą dobę. 30 lat temu to była rzadkość. Byłem szkrabem, ale doskonale pamiętam emocje, jakie mi towarzyszyły. No, coś wspaniałego... - opowiada.

A jest co pamiętać i przede wszystkim czego zazdrościć. Z dwumeczu z Liverpoolem do historii przeszedł piękny gol strzelony głową z 16 metrów przez młodziutkiego i mającego zaledwie 167 cm wzrostu (ciut niższy od Leo Messiego) Wiesława Wragę. Twarze gwiazdorów z miasta Beatlesów zrobiły się niczym z kamienia. Na dziesięć minut przed końcem spotkania przegrywali 0:2 i taką stratą przystępowali do rewanżu. W Liverpoolu gospodarze wygrali 3:2, ale to Widzew cieszył się z wyeliminowania europejskiej potęgi. W następnej rundzie - w półfinale - nieznacznie okazał się słabszy od Juventusu ze Zbigniewem Bońkiem i Michelem Platinim w składzie. Ale trzy lata wcześniej to Widzew pogrążył słynną włoską drużynę.

Ekstazę z tamtych chwil pamięta kolega Pawła Jarosław Jastrzębski, łodzianin, który od 20 lat mieszka w Zakopanem. - To był szał, dziki szał. Z pewnością jedne z najwspanialszych chwil w życiu. Szalałem z powodu wygranej, która była prawdziwą sensacją, a poza tym cieszyłem się, że tego triumfu dokonaliśmy na stadionie przy al. Unii, czyli na terenie ŁKS-u. Co prawda, wtedy takiej skali nienawiści, jak teraz nie było, ale cieszyliśmy się z tego, że utarliśmy nosa lokalnemu rywalowi - wspomina Jarek. - Po tym, co wtedy przeżyłem, jestem w stanie jeszcze długo poczekać na kolejne sukcesy. Bo one kiedyś znowu przyjdą, tego jestem pewien.

Paweł Pełka: - To był czas, kiedy zaczynała rodzić się legenda. Ale ja Widzewa nie pokochałem tylko z powodu fantastycznych wyników. Podobał mi się styl gry tej drużyny. Ambicja, nieustępliwa walka do końca, na boisku odzwierciedlał się prawdziwy góralski charakter...

4 tys. kilometrów. "Liczą się emocje..."

Na kolejne słodkie lata widzewiacy nie tylko z Zakopanego musieli czekać ponad dekadę. Wtedy drużyna prowadzona przez Franciszka Smudę zdobyła dwa mistrzostwa Polski, Superpuchar i awansowała do Ligi Mistrzów. Z perspektywy 17 lat brzmi to nieprawdopodobnie, ale do dziś jest ostatnim polskim zespołem, który dokonał tej sztuki. - Horrory z Broendby Kopenhaga i Legią przy ul. Łazienkowskiej, które zakończyły się szczęśliwie, do dziś potrafią mi się przyśnić. Lubię czasem przypomnieć sobie te momenty i włączyć skróty z tych pojedynków na YouTube. Ciarki na plecach gwarantowane - opowiada Paweł. - Szczerze mówiąc, jestem pełen podziwu dla młodych sympatyków Widzewa. Pewnie większość z nich zaczęła mu kibicować w trudnych czasach. Do tej pory emocjonowali się jedynie walką o awans do ekstraklasy albo musieli drżeć o utrzymanie. Chciałbym, żeby poczuli chociaż namiastkę tego, co ja przeżywałem w latach 80. i 90. Ale czuję, że teraz w końcu nadchodzą lepsze czasy. Stworzyła się ciekawa drużyna z fajnym trenerem Mroczkowskim. Udowodnił, że z tanich, młodych zawodników jest w stanie zbudować walczącą i ofensywnie grającą drużynę. Chyba wszyscy kibice Widzewa stoją za nim murem. Niech dalej robi swoje, bo wykonuje kawał dobrej roboty.

W rundzie jesiennej Paweł przyjechał do Łodzi na pięć meczów: ze Śląskiem (2:1), Ruchem Chorzów (2:0), PGE GKS Bełchatów (1:0), Wisłą Kraków (1:2) i Lechem Poznań (0:1). W sumie przejechał około 4 tys. kilometrów. - Dystans był nieważny. Liczyły się emocje. Nie żałowałem żadnego kilometra, żadnej minuty spędzonej w podróży. W pierwszej części sezonu brakowało mi tylko jednego. Zorganizowanego i głośnego dopingu, prowadzonego przez najwierniejszych kibiców "spod zegara". Wiem, że był konflikt na linii zarząd klubu - kibice, ale trudno mi było się pogodzić, że drużyna, która w końcu gra i walczy na miarę naszych oczekiwań, nie może liczyć na gorący doping. Kibice i atmosfera na stadionie Widzewa były jednym z głównych argumentów, dla których odliczałem dni do wyjazdu do Łodzi. Na szczęście obie strony już się pogodziły i wszystko będzie jak dawniej - cieszy się Paweł.

Delegacja fanów z Zakopanego na stadionie przy al. Piłsudskiego zamelduje się 16 marca (w sobotę o godz. 15.45). Wtedy Widzew zagra pierwszy mecz u siebie z Zagłębiem Lubin. - Tego dnia planujemy być w Łodzi, ale jeśli coś nam wyskoczy, to na pewno przyjedziemy na mecz z Polonią Warszawa, który odbędzie się w pierwszy weekend kwietnia. W naszym przypadku to poważna wyprawa. Najczęściej związana z noclegiem. Zorganizowanie wyjazdu nie jest proste - tłumaczy.

Wariaci spod Giewontu

Niewykluczone, że razem z nim do Łodzi przyjedzie jego kolega - też zakopiańczyk - Rafał Gratkowski. Często mówi o sobie, że "za piłką z reguły nie przepada, ale na mecze Widzewa jeździć uwielbia". - Powiem więcej. Pewnie zabrzmi dziwnie, ale w ogóle nie przepadam za sportem. Może wynika to z coraz większej komercji, nie wiem. Wiem za to, że na Widzewie czuję się świetnie. Totalny oldskul, stary stadion, swoje trzeba wystać w kolejce, to jednak atmosfera jest niesamowita i jeśli trzeba, to też zdzieramy gardła. Tacy z nas wariaci spod Giewontu i chyba nigdy nam się to nie znudzi... - mówi Rafał.

Jak kibice z Zakopanego reagują na najnowsze i niestety, coraz gorsze informacje dotyczące nowoczesnego stadionu miejskiego? - Staram się być w tym temacie na bieżąco, ale naprawdę trudno tu o optymizm. Niestety, coraz mniej wierzę w to, że taki obiekt powstanie przy al. Piłsudskiego. Życzę sobie, żeby w ogóle w Łodzi powstał chociaż jeden stadion z prawdziwego zdarzenia. Bo to miasto naprawdę na to zasługuje. Jestem w stanie zaakceptować wspólny stadion dla Widzewa i ŁKS, ale podobnie jak inni kibice nie wyobrażam sobie, aby miał on zostać wybudowany przy al. Unii - mówi Paweł.

I dodaje: - Od Łodzi dzielą mnie setki kilometrów. Czasami zazdroszczę fanom, którzy mieszkają tuż obok albo parę kilometrów od stadionu. Gdybym był na ich miejscu, to nieważne od wyników i pogody, stawiałbym się na każdym meczu. I jeśli choć jeden kibic weźmie sobie to do serca, to będę ogromnie szczęśliwy.