Józef Młynarczyk, legenda Widzewa, ocenia Milosa Dragojevicia w meczu ze Śląskiem: - Nie czepiajmy się chłopaka

- Milos ma za sobą dopiero parę występów w ekstraklasie. Poza tym w spotkaniu ze Śląskiem w kilku sytuacjach zachował się bardzo dobrze. Widać, że ma duże umiejętności - mówi Józef Młynarczyk, najwybitniejszy bramkarz w historii Widzewa.
Rozmowa z Józefem Młynarczykiem, byłym bramkarzem Widzewa

Damian Bąbol: Jak pan oceni występ bramkarza Widzewa Milosa Dragojevicia przeciwko Śląskowi Wrocław? Miał udział przy obu straconych golach...

Józef Młynarczyk: Przede wszystkim to jest zawodnik, który od niedawna jest numerem jeden w widzewskiej bramce. Zastąpił kontuzjowanego Macieja Mielcarza, który w trakcie rundy jesiennej doznał groźnej kontuzji, jaką było zerwanie więzadeł krzyżowych. Jeśli jednak chodzi o Dragojevicia, to na pewno nie obarczałbym go winą za porażkę we Wrocławiu. Trudno się tylko jego czepiać. Przy stracie pierwszego gola pewnie przewidywał, że któryś z obrońców jeszcze zdoła głową trącić nadlatującą piłkę. Dlatego asekuracyjnie poszedł trochę w prawo. Chwilę później został w parterze, odbił piłkę przed siebie, ale niestety przy dobitce z najbliższej odległości już nic nie mógł zrobić.

A drugi gol? Dragojević niepewnie wyszedł do piłki i w efekcie nie przeciął podania. Błąd?

- Teraz, po meczu, wszystkiego można się czepiać. Jakbyśmy chcieli, to prawie przy każdym golu moglibyśmy obwiniać bramkarzy. Nie przesadzajmy... Naprawdę nie czepiałbym się tego chłopaka. Jak już wspomniałem, z pewnością nie ponosi głównej odpowiedzialności za porażkę we Wrocławiu. Poza tym gdyby widzewiacy w prosty sposób nie stracili piłki i nie pozwolili Śląskowi na kontrę, to nie byłoby zagrożenia. W ogóle szkoda, że Widzew przegrał, bo zagrał naprawdę dobrze. Śląsk może mówić o szczęśliwej wygranej, bo dwukrotnie ratowała go poprzeczka i raz słupek. Można żałować straconej szansy i braku punktów, ale w tym wypadku bramkarza bym nie obwiniał.

Dragojević do tej pory zagrał w sześciu meczach, z których Widzew wygrał tylko jeden...

- Może rzeczywiście momentami brakuje mu szczęścia, ale jeszcze raz powtórzę: on ma za sobą dopiero parę występów w ekstraklasie. Poza tym w spotkaniu ze Śląskiem w kilku sytuacjach zachował się bardzo dobrze. Widać, że ma duże umiejętności. Z każdym następnym meczem powinien sobie radzić lepiej.

Powoli po kontuzji wraca Mielcarz. Większa konkurencja z korzyścią wpłynie na młodego Czarnogórca?

- Powinna. Maciek przed kontuzją był numerem jeden w bramce Widzewa. To solidny zawodnik, który w ostatnich sezonach spisywał się przyzwoicie. Nie wiem, na jakim jest etapie rehabilitacji, ale słyszałem, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Życzę mu jak najszybszego powrotu do zdrowia i do bramki. Wydaje mi się, że cała linia obrony oraz łódzki zespół z Maćkiem z tyłu będzie się trochę pewniej czuł. Z tym powrotem nie można się jednak spieszyć, bo uraz był przecież bardzo poważny.

Kiedy zobaczymy pana na stadionie Widzewa?

- Coś panu powiem... Jeżeli moja obecność na Widzewie ma komuś przeszkadzać i działać na nerwy, a mam na myśli pana Cacka i jego świtę, to naprawdę nie ma sensu, bym przychodził na mecze. Nigdzie na siłę pchać się nie będę. Czuję się dobrze. Mecze Widzewa, które mnie interesują, oglądam w telewizji.