Widzew Łódź. Mariusz Rybicki o meczu z Ruchem Chorzów, roli jokera i Marcinie Robaku [WYWIAD]

Ruch po porażce z Lechem jest lekko zraniony, a my pojedziemy do Chorzowa, żeby go dobić - mówi przed sobotnim meczem Mariusz Rybicki, pomocnik Widzewa Łódź.
Rozmowa z Mariuszem Rybickim, napastnikiem Widzewa

Szymon Bujalski: 63. minuta meczu z mistrzem kraju, Śląskiem Wrocław. Gracie na jego stadionie i remisujecie 1:1. Zamiast bronić wyniku, jak zrobiłaby spora część drużyn, walczycie jednak o trzy punkty - na boisko wchodzisz Ty, a kilka minut później Mehdi Ben Dhifallah. Skąd w Was taka odwaga w grze i bezkompromisowość?

Mariusz Rybicki: Jeśli wynik jest niekorzystny, a takim jest dla nas remis, to trzeba grać o trzy punkty. Tak po prostu. Nie mamy takiego podejścia, by murować się przy remisie i z góry zadowalać jednym punktem. I nieważne, czy to jest Śląsk, czy jakaś inna drużyna. Takie jest nastawienie całej drużyny i to bez względu na to, czy mówimy o piłkarzach z pierwszej jedenastki, czy tych, którzy weszli na boisko z ławki. Bo nawet jak jest się na boisku 30 czy 15 minut, to przez ten czas można dać drużynie naprawdę wiele. Można zdobyć bramkę, zaliczyć asystę czy dograć bardzo dobrą piłkę do kolegi. I pokazać trenerowi, że zasługuje się na miejsce w pierwszym składzie.

Skoro graliście o trzy punkty ze Śląskiem, to tym bardziej zagracie o nie z Ruchem, który zajmuje w tabeli dopiero 14 miejsce, a na inaugurację przegrał z Lechem Poznań aż 0:4.

- Dokładnie tak. Można powiedzieć, że Ruch jest lekko zraniony po porażce z Lechem, a my pojedziemy tam, żeby go dobić. Nie będziemy kalkulować i zastanawiać się jak będzie grał rywal, który przecież bardzo potrzebuje punktów, bo to jest sprawa drugorzędna. Najważniejsze jest to, co my pokażemy na boisku w Chorzowie i jak zagramy. A zagramy tak jak zawsze, czyli o trzy punkty.

Gospodarze wystąpią już bez grającego w Turcji Arkadiusza Piecha. To powinno wam mocno ułatwić sprawę.

- Piech to bardzo dobry zawodnik. Jesienią zdobył dla Ruchu najwięcej bramek [pięć w lidze - przyp. red.] i jego strata będzie odczuwalna. Ale to problem chorzowian. Tak jak już powiedziałem, my nie patrzymy na przeciwnika, tylko na siebie. Interesuje nas własna gra w obronie, praca nad wyeliminowaniem błędów czy poprawą skuteczności.

Skoro o skuteczności mowa - we Wrocławiu bramkę zdobył twój rywal do wyjściowego składu i o rok starszy Bartłomiej Pawłowski. Jak oceniasz jego grę i formę? To może być odkrycie wiosny, tak jak ty czy Mariusz Stępiński byliście odkryciami jesieni?

- Na pewno tak. Bartek to bardzo utalentowany piłkarz, a do tego jest bardzo młody i jeszcze wiele się uczy. Z pewnością można powiedzieć, że mimo wcześniejszych problemów zdrowotnych już na tę chwilę jest dla nas bardzo dużym wzmocnieniem. Było to zresztą widać we Wrocławiu.

Jak widzisz siebie w tej rywalizacji? W połowie poprzedniej rundy zanotowałeś kilka spotkań z rzędu w wyjściowym składzie, ale potem znowu stałeś się rezerwowym. Z ławki wszedłeś też we Wrocławiu. Czy taka rola "superjokera" ci odpowiada?

- Nie będę ukrywał, że nie jest to dla mnie czymś zadowalającym. Nie chcę być jokerem, czuję się silny, chcę grać od początku i po pełne 90 minut. Skład ustala jednak trener, który czasami widzi na mojej pozycji kogoś innego. Nie pozostaje mi nic innego, jak zagryźć zęby, zawziąć się i pokazywać na treningach, że jestem gotów do gry w wyjściowym składzie. A przede wszystkim nie poddawać się i być cierpliwym.

Mówiliśmy o Pawłowskim, a do składu coraz głośniej puka kolejny z młodych graczy - Bartłomiej Kasprzak. To co, wiosną zobaczymy "Dzieciaki Mroczkowski, cz. II"?

- Myślę, że może tak być. Nasz skład jakoś diametralnie się nie zmienił, a z "dzieciaków" zostali wszyscy. Można nawet powiedzieć, że jest ich więcej. Mam nadzieję, że wiosną młodzi gracze również będą dostawać tyle szans co jesienią i będą odgrywać tak ważną rolę.

Zmieniając temat. We Wrocławiu dopingowało was ponad tysiąc fanów, a z powodu przyjaźni kibiców w Chorzowie będzie ich jeszcze więcej. To chyba fajny przedsmak przed tym, co czeka wkrótce was przy al. Piłsudskiego. Odliczacie już dni do powrotu dopingu na Widzewie?

- Na pewno tak. Mecze u siebie rozgrywane przy tysiącach głośno dopingujących nas kibiców to będzie coś. W pierwszej rundzie z różnych powodów nie mogliśmy liczyć ani na głośny doping, ani na większą frekwencję na meczach i co tu dużo mówić, bardzo nam tego brakowało. Na szczęście wszystko jest już jednak OK i kibice znów będą nas wspierać tak, jak we wcześniejszych latach.

A co sądzisz o Marcinie Robaku? Czy taki zawodnik wkomponowałby się w całkiem młodą i zgraną już ofensywę Widzewa?

- Zdecydowanie, bo Robak to bardzo dobry zawodnik. Pamiętam, że jeszcze jako młody zawodnik mogłem oglądać go z trybun, dlatego gra z nim byłaby bardzo fajnym przeżyciem. Marcin na pewno wniósłby do naszej drużyny dużo jakości i doświadczenia. Poza tym to nie jest jakiś bardzo stary zawodnik [ma 30 lat - przyp. red.], który powinien już kończyć grać w piłkę. W swojej karierze może jeszcze dużo osiągnąć. A gdyby grał w Widzewie, to my, młodzi zawodnicy, mielibyśmy się od kogo uczyć.