Sylwester Cacek grozi przeniesieniem Widzewa do innego miasta. "Nie podoba mi się to, ale to rozumiem"

Szef Widzewa postraszył na łamach "Przeglądu Sportowego" przeniesieniem klubu z al. Piłsudskiego do innego miasta. Nie podoba mi się to. Ale jestem w stanie to zrozumieć. Bo skoro nie udało się prośbą, to może uda się groźbą?
Sylwester Cacek grozi nie pierwszy raz i pewnie nie ostatni... Powód jest ten co zawsze, czyli działania miasta (a raczej brak działań) w kwestii budowy nowego stadionu przy al. Piłsudskiego. Sprawa wciąż stoi w miejscu.

Sylwester Cacek nie jest moim ulubionym bohaterem i wiele razy go krytykowałem. Nie podoba mi się m.in. sposób, w jaki zarządza Widzewem, i to, jakich dobiera współpracowników. W wielu kwestiach po prostu się z nim nie zgadzam, niektóre jego wypowiedzi mnie śmieszą, inne wkurzają (w najnowszym wywiadzie też jest takich kilka). Ale w tej najważniejszej sprawie uważam, że ma rację.

Nie chodzi oczywiście o sam pomysł przenosin Widzewa do innego miasta, bo to absurd w najczystszej postaci. Moim zdaniem z kilku powodów nie ma na to szans, więc w ogóle nie biorę tego pod uwagę. Bank, owszem, można przenieść z miasta do miasta, ale drużynę piłkarską, klub, w dodatku z tak bogatą historią i taką rzeszą fanów, jest nie do ruszenia. Korzenie Widzewa wrosły w Łódź tak mocno, że przesadzić go, by żył gdzie indziej, by się rozrastał, po prostu się nie da. Nie przyjmie się na innej ziemi - i już.

Zresztą nie sądzę, by kibice w Łodzi na to pozwolili, a i fani piłki nożnej w innym mieście też Widzewa u siebie by nie zaakceptowali, a tym bardziej pokochali. To niemożliwe. Nawet jeśli Sylwester Cacek patrzy na to tylko okiem biznesmena, to z pewnością musi wiedzieć, że na Widzew Olsztyn, Widzew Stryków, Widzew Piaseczno, Widzew Szczecin czy gdzie to coś miałoby powstać, nie przyjdzie jego wymarzone 30 tys. ludzi. Ten biznes z pewnością nie przyniesie zysku. Piłka nożna to głównie przywiązanie, emocje, miłość do barw, a tego się ani nie kupi, ani nie wyprodukuje.

Wybaczam jednak Sylwestrowi Cackowi słowa o przenosinach Widzewa. Nie pochwalam tego, ale rozumiem jego bezsilność i rozumiem, dlaczego sięga po tak drastyczne środki jak straszenie zabraniem Łodzi jednej z jej wizytówek. Jak by nie patrzeć, włożył w łódzki klub swoje prywatne miliony, przeznaczył je m.in. na rozrywkę dla mieszkańców Łodzi, a przez jej władze wciąż jest ignorowany. Gdzie na świecie ignoruje się ludzi, którzy przynoszą do miasta miliony?

No i gdzie na świecie władze miasta lekceważą dziesiątki tysięcy swoich mieszkańców, a ich złe samopoczucie, wręcz wściekłość, ani trochę nie psują samopoczucia włodarzy? Przeraża mnie to tym bardziej, że - jak niedawno przekonałem się osobiście - w magistracie panuje przekonanie, że w sprawie stadionów władze robią wszystko, co do nich należy.

Dlaczego Sylwester Cacek, dlaczego ja, dlaczego kibice Widzewa, których przecież są tysiące, uważają inaczej? Dlaczego nasze zdanie w tej kwestii nie jest spójne ze zdaniem władz Łodzi? Dlaczego one mają poczucie, że dobrze wykonują swoją pracę, a my uważamy coś zupełnie odwrotnego? Czy to nie powinno spędzać snu z powiek prezydent Zdanowskiej i jej najbliższym współpracownikom? No bo przecież wybrano i powołano ich po to, by nam żyło się jak najlepiej. Piszę "my" i "nam", bo też jestem mieszkańcem Łodzi, płacę tu podatki i nie tylko chcę jeździć po równych drogach, ale też oglądać mecze piłki nożnej w warunkach, w jakich oglądają je w Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu, Krakowie, Kielcach, w Niemczech, Hiszpanii, we Włoszech i w Anglii. W Łodzi to wciąż niemożliwe. U nas stadiony "buduje się" tylko przed kolejnymi wyborami. Tyle że na takich stadionach nie da się grać w piłkę. Sylwester Cacek i kibice o tym wiedzą. Politykom to nie przeszkadza. Problem w tym, że to oni mają decydujący głos w tej sprawie. Nam pozostaje się wkurzać albo - jak szefowi Widzewa w ostatnim wywiadzie - grozić z poczucia bezradności. Bo skoro nie udało się prośbą, to może uda się groźbą?

O Widzewie i łódzkim sporcie - także na derdzik.blox.pl