Sylwester Cacek, szef Widzewa, do władz Łodzi: "Nie jestem piątym kołem u wozu" [WYWIAD]

Po przyjściu do Łodzi dzięki Widzewowi uratowałem tutaj jeszcze dwie firmy. Dokapitalizowałem Redan, który fajnie sobie radzi, i cały czas restrukturyzuję Sfinksa. Pomogłem też Widzewowi, a niektórzy politycy traktują mnie, jakbym ich okradł. Wyłożyłem już dla tego miasta kilkaset milionów złotych.
Jarosław Bińczyk: Wyszedł pan rozczarowany ze spotkania z prezydent Hanną Zdanowską.

Sylwester Cacek: Sądziłem, że usłyszę konkretne informacja i oferty. Zamiast tego znów była konsultacja. Słyszałem pytanie: co zrobimy? Przede wszystkim mam odczucie, że nie chodzi o Widzew, więc trochę się poirytowałem. Staraliśmy się wyjaśnić sobie, dlaczego nie wychodziło nam ppp.

Dlaczego?

- Bo było jak w dowcipie: jeśli w rodzinie są nieporozumienia, to jest wina obu stron, czyli żony i teściowej. Na spotkaniu w urzędzie miasta 90 proc. czasu poświęciliśmy Widzewowi. Ale nie pod kątem jak z nim współpracować, lecz jak namówić Widzew do takiego rozwiązania, żeby równocześnie zbudować drugi stadion. Po godzinie stwierdziłem nawet, żeby dać mi trochę odpoczynku w dyskusji i porozmawiać o ŁKS-ie.

Kiedyś obiecał pan, że sam zbuduje stadion.

- Takich obietnic nigdy nie było. Zawsze były próby uzyskania wsparcia miasta. Skoro mnie już pan wywołał, to opowiem tę historię. Gdy zaczynałem inwestowanie w Widzew, pani Zdanowska była wiceprezydentem. W tej samej sali, gdzie teraz siedzimy [w klubie - przyp. red.], mówiła, że zrobi wszystko, by nowy stadion szybko powstał. Minęło sześć lat i go nie ma. Owszem, chcieliśmy wydzierżawić ziemię i zbudować sobie mniejszy obiekt, bo rada miejska przyjęła uchwałę o budowie stadionu miejskiego na trzydzieści parę tysięcy miejsc. Później miał on być mniejszy, więc nie było sensu, by w mieście stanęły dwa małe stadiony. Zaproponowaliśmy więc, by miasto sprzedało nam grunty z bonifikatą, a my będziemy ten stadion sami budowali. Zapadła uchwała rady miejskiej, były pozytywne opinie prawne, ale wybory wygrała pani Zdanowska i zamówiła kolejne opracowanie, a w nim była opinia, że nie można sprzedać Widzewowi terenów. Na cudzym gruncie nikt nie zbuduje stadionu, więc wymyślono ppp. Od razu powiedziałem, że w to nie wierzę. Przy pierwszym przetargu jako klub dużo się napracowaliśmy, bo warunki były napisane niezrozumiale. Zrobiliśmy kilka spotkań z firmami, przekonując je, by wystartowały w ppp. Zgłosiły się dwie. Słyszę teraz zarzuty, że Widzew nie przystąpił do przetargu. Nie przystąpił, bo nie mógł. Jeśli tam było napisane, że trzeba wykazać się doświadczeniem w budowaniu stadionów, to jak Widzew miał spełnić ten warunek? Gdy zaproponowaliśmy, że będziemy doradzać miastu, usłyszeliśmy, że nie możemy tego zrobić, bo będzie to grozić zaskarżeniem wyników przetargu.

Później był drugi przetarg...

- Tak, i dwa dni przed jego ogłoszeniem, na spotkaniu z posłami z ziemi łódzkiej, zaproponowałem, by się nie spieszyć z jego ogłoszeniem. Trzeba dobrze się przygotować. Jakby na złość ogłoszono przetarg, na który nikt się nie zgłosił. Nie jest to zaskoczenie, bo na przełomie roku w firmach robi się bilanse, układa plany. Podkreślam, że za każdym razem to miasto zmieniało reguły. To pani prezydent Zdanowska nie wykonała uchwały rady miejskiej o sprzedaży gruntów Widzewowi. Powołała się na opinię prawną, która mówiła, że nie można tego zrobić. Czytałem ją i było napisane, że jeśli organizacja jest non profit, jak Widzew, to można. Mam już dość tych przepychanek. Nie chcę się uwłaszczać, jak zarzuca mi w wywiadzie poseł Biernat. Mam tego dosyć, dlatego zaproponowałem, by miasto zbudowało nowy stadion. Będziemy go wynajmować, a sprawa politycznie będzie czysta.

Może władze pana nie lubią i robią na złość?

- Dziwię się takiemu podejściu, bo po przyjściu do Łodzi dzięki Widzewowi uratowałem tutaj jeszcze dwie firmy. Dokapitalizowałem Redan, który fajnie sobie radzi, i cały czas restrukturyzuję Sfinksa. Pomogłem też Widzewowi, a niektórzy politycy traktują mnie, jakbym ich okradł. Wyłożyłem już dla tego miasta kilkaset milionów złotych. Robi się wielkie halo, gdy w specjalnej strefie ekonomicznej ktoś zatrudnia kilkanaście osób, a ja uratowałem pracę setkom. Nie przyszedłem do Widzewa, by na nim zarabiać, ale by pomóc silnej marce. Nie poszedłbym do Groclinu czy, z całym szacunkiem, do Bełchatowa i Lubina. Nie wyjąłem z Widzewa złotówki i pewnie nigdy nie wyjmę. Gdybym miał z niego kiedyś odejść, to chciałbym, by miał przed sobą przyszłość i mógł sam funkcjonować. W Widzewie nikogo nie okradłem, nikomu nic nie zabrałem, dlatego najwyższy czas, by w Łodzi zaczęto mnie traktować normalnie, a nie jak piąte koło u wozu.

Na początku miał pan wielkie plany. Miały być sukcesy w europejskich pucharach.

- Powiedziałem wtedy, że minimum pięć lat potrwa restrukturyzacja klubu. W następnych pięciu postaramy się być blisko strefy pucharowej, a po dziesięciu latach chciałbym, byśmy regularnie grali w Europie. Nie spodziewałem się jednak, że przyjdzie degradacja, że o stadion trzeba będzie stoczyć prawdziwą bitwę. Bez niego klub nie ma perspektyw. Nie jesteśmy Manchesterem United, który za 200 mln dolarów sprzedaje prawdo do nazwy szkółki piłkarskiej. Żyjemy z praw telewizyjnych, stadionu. I pieniędzy właściciela... Musimy zrobić wszystko, by klub miał dwie silne nogi.

Na razie jest jedna, bo stadionu nie ma...

-... Właśnie, a kulawemu w piłkę ciężko jest grać.

Nowe stadiony we Wrocławiu i Gdańsku nie wpłynęły na poziom Śląska czy Lechii.

- Ale Lecha i Legii już tak. Dlaczego używamy tylko negatywnych przykładów, a nie tych pozytywnych. Projektując stadion, wzorowaliśmy się na stadionie Legii i zatrudniliśmy tego samego projektanta, a także jeździliśmy po Europie, oglądając udane i nieudane rozwiązania na stadionach. We Wrocławiu czy Gdańsku powstały obiekty z myślą o mistrzostwach Europy, a nie o klubie. Gdy Śląsk grał jeszcze na Oporowskiej [na starym obiekcie - przyp. red.], to nie miał większej frekwencji niż Widzew. Teraz na jego mecze przychodzi kilkanaście tysięcy ludzi. Stadionu nie buduje się na dwa lata. Dla mnie 20 tys. miejsc to minimum. W Polsce na nowym obiekcie frekwencja wzrastała średnio dwa i pół do trzech razy. My przed protestem kibiców mieliśmy średnią ok. siedmiu tysięcy, więc ok. 19 tys. mamy niemal zagwarantowane. Więc budowanie stadionu miejskiego na 15 tys. jest bez sensu. To nie poprawi promocji ani nie wpłynie na rozwój klubu.

Przejdźmy do spraw sportowych. Widzew to drużyna robiona tanim kosztem, tymczasem jest groźna dla wszystkich w ekstraklasie. Gdyby wiosną miała trochę więcej szczęścia, to mogłaby teraz być kandydatem do gry w pucharach.

- Czy w sporcie, czy w biznesie szczęście jest potrzebne. Aczkolwiek jego suma jest na końcu równa zeru. Dobrze by było, gdyby wszyscy w ekstraklasie szli w tym kierunku, starali się o wyższy poziom świadomości zarządzania. Szczególnie chodzi mi o marketing, który starzy działacze starają się dyskredytować. Bez niego nie ma pieniędzy. A bez pieniędzy nie będzie boisk, bez boisk nie będzie dobrego szkolenia. Na końcu są słabe wyniki. My zrobiliśmy ruch opisywany w podręcznikach. Powiedzieliśmy zawodnikom, że nie będzie premii za mecze, lecz za końcowy wynik. By coś osiągnąć, trzeba wszystko robić z pasją, a nie myśleć tylko o pieniądzach. One są ważne, ale w odpowiednim czasie. Zresztą w przeszłości w polskiej piłce premie za mecze były jednym z elementów wspierających korupcję. W nowoczesnych teoriach premiowania jest tak, że na stanowiskach wymagających wyższej świadomości, a piłkarze w mojej ocenie do nich się zaliczają, motywacja finansowa powinna być ustawiona w cyklu rocznym czy nawet dłuższym. Co z tego, że wygramy jeden mecz, skoro spadniemy z ligi. Za taki wygrany mecz nie chcemy płacić. Powiedzieliśmy wyraźnie, że do ósmego miejsca gracie za pensje. Zresztą czy widać różnicę w zaangażowaniu na boisku piłkarzy Widzewa np. w stosunku do piłkarz Zagłębia Lubin, które płaci wysokie pensje i premie?

Ale nawet bez premii sytuacja finansowa nie jest idealna.

- Są w klubie niewielkie opóźnienia w wypłatach. Tak być nie powinno, ale dopiero staramy się wychodzić na normalną drogę. Stawiamy na młodych zawodników, dobrych technicznie. Reszty da się nauczyć. U nas piłkarz musi być silny mentalnie, bo w Widzewie zawsze jest presja. To wszystko musi przynieść efekty. Podobnie zrobiła Borussia Dortmund. Postawiła na młodzież, zatrudniła trenera, który jest liderem w szatni, i teraz ma efekty.

Dlatego Widzew jest za reformą rozgrywek?

- Ponieważ teraz nie mamy produktu w postaci ligi. Już teraz, po sześciu kolejkach rundy rewanżowej, część drużyn o nic nie gra. Trzeba to zmienić. Dziwię się Górnikowi Zabrze, że jest przeciwko reformie, tak samo jak klubom finansowanym z budżetów miast. Ja oczekuję po reformie większych przychodów z praw telewizyjnych. Żeby wynegocjować wyższe przychody, trzeba sprawdzić nowy produkt. Może się okazać, że ci najbardziej przeciwni, najlepiej na tym wyjdą. Kiedyś zapytałem pana Solorza, dlaczego Polsat, którego jest właścicielem, sam nie chce kupić praw do ekstraklasy. Odpowiedział, że to się nie opłaca, bo przez pół roku nie ma czym zapełnić ramówki. Musimy więc szukać atrakcji dla telewizji. Dlatego to, co zaprezentowała Ekstraklasa, daje wspaniałą szansę. Dzięki temu będzie więcej meczów o stawkę. Nie wierzę, że stadion się nie wypełni, bez względu na to, czy będziemy grać w górnej czy dolnej grupie. Słysząc o małym zainteresowaniu kibiców letnimi meczami, sprawdziłem frekwencję. Różnice są minimalne. Istotne różnice na plus są jedynie na meczach o stawkę lub z najlepszymi klubami. Ważne są też koszty, bo przecież utrzymujemy po 25-28 zawodników, z których połowa niewiele gra w lidze, a w sparingach, których w ciągu roku jest prawie tyle samo co meczów mistrzowskich. One też kosztują i narażają piłkarzy na kontuzje. Trzeba stworzyć produkt w postaci ciekawej ligi, by na niej później zarabiać i budować infrastrukturę.

Może trzeba zwiększyć liczbę drużyn w ekstraklasie?

- Teraz mamy 16 klubów i prawie wszystkie mają kłopoty z licencjami. Dołożenie dwóch coś poprawi? Nie. Lepszym wyjściem byłoby zmniejszenie ekstraklasy i rozgrywanie czterech rund. Ale do tego potrzeba uchwały walnego zjazdu PZPN, który, jak pokazuje historia reorganizacji rozgrywek, nigdy nie podejmuje racjonalnych decyzji, bo kieruje się emocjami. To, co zrobiła rada nadzorcza Ekstraklasy, jest bardzo słusznym kierunkiem. Najwyżej stracimy rok na testy i jak nie wyjdzie, to trudno. Inaczej stracimy następne pięć lat. Tu nie ma wyboru między złym a dobrym, a między złym a niepewnym. Dla Widzewa, dysponującego jednym z najniższych budżetów w lidze, reforma powinna być opłacalna, bo zwiększy jego przychody z dnia meczowego.

Zbliża się termin przyznawania licencji, a Widzew w stanie upadłości układowej. To przeraża kibiców i daje argumenty krytykom.

- Kiedyś postępowanie układowe, czyli naprawcze, nie wiązało się ze słowem "upadłość". Później zmieniono przepisy, wciskając wszystko do postępowania upadłościowego, ale w nim jedna ścieżka jest układowa, a druga likwidacyjna. Ludzi to przeraża, bo nie wiedzą, co to jest. A to przecież normalna rzecz w spółkach akcyjnych. Moim zdaniem wszystkie kluby mające kłopoty powinny iść tą ścieżką. Wtedy problemów uniknąłby ŁKS. Skończyłyby się też spekulacje, że jednemu komisja licencyjna pomaga, a innemu nie. My mamy nadzorcę wyznaczonego przez sąd i jak popsujemy robotę, to zostaniemy zlikwidowani. Jeśli zrobimy dobrą robotę, to wyjdziemy na prostą. Uważam, że przepis, iż zasłużony klub może zostać zlikwidowany z powodu długów i zaczynać od czwartej ligi, powinien zniknąć. W Anglii bankrut jest degradowany do czwartej ligi, ale musi spłacać długi, a ludzie, którzy do tego doprowadzili, mają zakaz działalności w sporcie. Teraz, jak działaczom coś się nie uda, to kombinują: założymy nowy klub, a wierzyciele niech się martwią. U nas największymi krytykami są ci, po których teraz trzeba sprzątać.

O Widzewie najczęściej wypowiada się Andrzej Grajewski, współwłaściciel SPN Widzew.

- Tak. Twierdzi, że jak oddamy klub za złotówkę, to on go poprowadzi. Ja się tym nie przejmuję i traktuję to jak folklor.

Widzew też się kiedyś przekształcił?

- Ale to był zupełnie inny przypadek, bo PZPN zgodził się, by Widzew miał dwóch członków: SPN i RTS. Drużyna była tylko użyczona ze stowarzyszenia do spółki.

Wróćmy do licencji...

- Przez lata statut PZPN się zmieniał, dopuszczając spółki do udziału w rozgrywkach. Ale w zasadzie do dziś dotyczy to stowarzyszeń. Jeśli jednak narzucono nam tworzenie spółek akcyjnych [tylko takie mogą grać w ekstraklasie - przyp. red.], to przestrzegajmy ich prawa. Nigdy przepisy związku nie będą nadrzędne nad kodeksem spółek handlowych. Czy PZPN chce, czy nie chce, musi się do tego dostosować. Po aferze z ministrem Lipcem takie zmiany zaakceptowała UEFA. Zarząd Widzewa i nadzorca sądowy byli na konsultacjach z komisją licencyjną, bo to będzie pierwszy przypadek w Polsce [że o licencję stara się klub w upadłości układowej - przyp. red.]. Co zrobić z klubem, któremu prawo zabrania płacenia długów do czasu zamknięcia układu? Wypłacenie choćby złotówki byłoby złamaniem prawa. Gdyby w tej sytuacji Widzew miał problemy z licencją, to 80 proc. klubów z ekstraklasy nie powinno jej dostać. Najlepszym przykładem jest ŁKS, który nie dostał licencji, choć połowa klubów była w takiej samej sytuacji. Idę o zakład, że jeśli ktoś nie ma postępowania układowego, to kolejny raz zrolował swoje długi. Ma ugody, których nie zrealizował i podpisał następne, więc przez rok ma spokój. W procesie sądowym takie postępowanie jest niemożliwe.

Widzew ma bieżące zaległości wobec piłkarzy.

- Gdyby zaczynać od zera, to jakoś by się udawało zrównoważyć przepływy. W każdym budżecie są jakieś plany i jeśli na przykład nie udało się wytransferować zawodnika, to jest kłopot. To problem piłki nożnej. Przychody klubów nie są równomierne, a koszty tak. Zawodnicy nie zgodzą się na wypłaty raz na kwartał. Jeśli tego nie zmienimy, każdy będzie miał problem ze zrównoważeniem przepływów, nawet jeśli budżety będą się zgadzać.

Co drugi dzień pojawiają się informacje, że Legia chce Mariusza Stępińskiego i Bartłomieja Pawłowskiego. Co pan na to?

- Tam, gdzie mamy jakiś wpływ na zawodników, wszyscy mogą sobie chcieć. Pawłowski ma z nami kontrakt, a w grudniu mamy opcję wykupu. Nie róbmy z niego gwiazdy po kilku meczach, ale jeśli będzie robił stałe postępy, z pewnością w Widzewie zostanie. Mariusz Stępiński jest w innej sytuacji, bo jego kontrakt podpisany przez rodziców kończy się z osiągnięciem pełnoletności. Możemy mu zagwarantować, że u nas dalej będzie się rozwijał. Jeśli patrzy na pieniądze, to nie powinien patrzeć teraz na cztery, pięć czy osiem tysięcy więcej, bo w piłce naprawdę duże zaczynają się, gdy osiągnie jakąś pozycję na rynku. Jeśli Mariusz zdecyduje, że chce zostać, pewnie się dogadamy. Jeśli będzie chciał odejść, to trudno. Oby kierowały nim względy sportowe, bo zarobić w swoim życiu jeszcze zdąży. Najlepiej gdyby wyjechał za granicę jako król strzelców ekstraklasy i reprezentant Polski. Bo na Zachodzie szanuje się piłkarzy, za których się dużo zapłaciło. Wtedy trener musi stawiać na takiego zawodnika. Ustaliliśmy z trenerem, że do urodzin [12 maja - przyp. red.] nie zawracamy mu głowy. Ma koncentrować się na grze, gdyż to dla jego dalszej kariery jest najlepsze.

Kiedy dla Widzewa nadejdą lepsze czasy?

- Budujemy zespół systematycznie. Już teraz mamy taki, który w każdym meczu się stara, gra widowiskowo, daje z siebie wszystko. Nasz trener ma wielkie ambicje, i to dobrze. Ale moim zdaniem część obecnych kłopotów jest spowodowana właśnie tym. W poprzednim sezonie razem z moim synem zakładali, że zespół będzie w stanie doskoczyć do czołówki i powalczyć o puchary. Ja uważałem, że już wcześniej trzeba było pozbyć się niegwarantujących takich wyników drogich graczy, bo z nimi drużyna niczego nie osiągnie. Przez to, że zostali do ostatnich wakacji, straciliśmy ok. 3,5 mln zł.

Ale to dobrze, że trener Mroczkowski chce patrzeć do góry, a nie zadowalać się przeciętnością.

- Uważam, że nasz trener spełni swoje ambicje. Jeśli przy transferach będzie miał taką skuteczność jak latem, to pewnie już w przyszłym sezonie Widzew będzie walczył o czołówkę. Jeśli mu się nie uda, to może trzeba będzie czekać i dwa lata. Nie mamy ciśnienia na sprzedawanie młodych zawodników. Przeciwnie, jest parcie, by dzisiejsi 18- czy 19-latkowie wkrótce stworzyli kręgosłup drużyny. Wzorem jest Borussia Dortmund, a wcześniej Manchester United. Ten ostatni na sukcesy musiał czekać pięć lat. To jest możliwe, gdy trener jest cierpliwy, a zarząd nie wyprzedaje młodych graczy. U nas jest takie podejście. Nie obiecam, że wygramy, bo to tylko sport. Nie po to jednak stawiamy na młodzież, by zachowywać się jak Petrzalka, która weszła do Ligi Mistrzów, a następnie pozbyła się połowy drużyny.