Menedżer Marcin Kubacki o odejściu Stępińskiego z Widzewa: "To była decyzja Mariusza"

- Gdyby w niedzielę podczas spotkania w klubie Mariusz powiedział, że chce dalej grać w Widzewie, to zaakceptowalibyśmy jego decyzję. Zdecydował jednak inaczej - mówi Marcin Kubacki, menedżer Mariusza Stępińskiego, który w niedzielę podjął decyzję, że nie podpisze nowego kontraktu z Widzewem i latem wyjedzie grać za granicą.
Rozmowa z Marcinem Kubackim, menedżerem piłkarskim

Bartłomiej Derdzikowski: Nie wiem, czy to, że Mariusz będzie grał za granicą, a nie w Widzewie, to jego i pana sukces? Czy mam panu gratulować?

Marcin Kubacki: Na razie nie ma czego, bo Mariusz jeszcze nie ma nowego klubu. Na razie podjął decyzję, że nie będzie już grał w Widzewie, że chce dalej się rozwijać. Usłyszałem w niedzielę od Sylwestra Cacka, szefa łódzkiego klubu, że na dzisiaj nie są w stanie utrzymać w Widzewie takiego zawodnika jak Mariusz. To dla mnie są wiążące słowa, które potwierdzają, że Mariusz musi z klubu odejść.

Czyli usłyszał pan, że Widzewa nie stać na Stępińskiego?

- Usłyszałem, że Widzew nie może teraz utrzymać tak utalentowanego piłkarza jak on, że klub nie jest na to organizacyjnie i finansowo przygotowany. Pan Cacek się do tego oficjalnie przyznał. Słyszałem to ja, Mariusz, słyszał Łukasz Masłowski, który też w niedzielę był na spotkaniu.

To może chcieliście za dużo pieniędzy dla Mariusza?

- Nie, na pewno nie. Nawet nie rozmawialiśmy o pieniądzach.

Powiedział pan, że Mariusz chce się dalej rozwijać. Ale czy nie jest za wcześnie, by wyjeżdżał za granicę? Według wielu fachowców, w tym trenera Radosława Mroczkowskiego, powinien jeszcze przynajmniej przez rok pograć w Polsce.

- Możliwe, że Mariusz powinien jeszcze przez rok grać w naszej lidze, też z nim o tym rozmawiałem. Ale on zdecydował, że chce jechać za granicę, że chce spróbować tam swoich sił, że chce się uczyć gry w piłkę. Zresztą to byłoby nawet z większą korzyścią dla Widzewa, bo jeśli Mariusz podpisze kontrakt za granicą, to klub dostanie więcej pieniędzy za wyszkolenie zawodnika, niż dostałby, gdyby został w Polsce. Poza tym Mariusz nie chciał zostać w kraju ze względu na Widzew, nie chciał grać w żadnym innym polskim klubie.

Wie pan, że panuje powszechna opinia, że to chciwi menedżerowie zakręcili chłopakowi w głowie?

- Oczywiście, wiem, że tak się mówi. Ale to nie ma nic do rzeczy. Gdybym dał go do Lecha czy Legii, to też bym zarobił. Gdy w polskiej piłce dzieje się coś złego, to zawsze winni są menedżerowie, więc można się przyzwyczaić. Proszę spytać Mariusza, czy ktoś namawiał go do wyjazdu za granicę. To tylko i wyłącznie jego decyzja. Gdyby w niedzielę podczas spotkania w klubie powiedział, że chce dalej grać w Widzewie, to zaakceptowalibyśmy jego wybór. Zdecydował inaczej, muszę to uszanować i wziąć się do pracy. Muszę mu znaleźć klub, w którym będzie mógł grać od 1 lipca.

Nazw nowych klubów Mariusza było już sporo - od Legii po niemiecki FC Nürnberg.

- Dziennikarze sprzedawali go już chyba do wszystkich klubów. Ale zapewniam, że Mariusz nie ma jeszcze dla siebie nowej drużyny. Dopiero zaczniemy poważne rozmowy. Mogę tylko zdradzić, że marzeniem Mariusza jest gra w Bundeslidze.

Da sobie tam radę?

- Myślę, że pasowałby do niej. Wiadomo jednak, że początki byłyby bardzo trudne, bo musiałby się przyzwyczaić do cięższych treningów. Nie jestem w stanie powiedzieć, ile by to trwało.

Powiem panu szczerze, że ja nie widzę jeszcze Mariusza w Bundeslidze...

- On podjął decyzję o wyjeździe świadomie, zdaje sobie sprawę, że na początku musiałby grać w rezerwach jakiegoś klubu. Niektórzy polscy zawodnicy myślą, że skoro grają pierwsze skrzypce w drużynie naszej ekstraklasy, to za granicą też tak będzie. Mariusz zdaje sobie sprawę, że tak nie musi być.

Już jakiś czas jest pan jego menedżerem. Czy przynajmniej pół roku temu poradził mu pan, by uczył się niemieckiego, angielskiego?

- Mariusz uczy się języków obcych i radzę to każdemu mojemu zawodnikowi, nawet jeśli nie ma na razie w planach gry za granicą. Znajomość języka przyda się nawet na wakacjach.

Za rok Mariusz powinien zdawać maturę. Co pan mu poradzi?

- By do niej podszedł. Mówię swoim piłkarzom, by mieli przynajmniej maturę. To wręcz mój wymóg. Pracuję na swoje nazwisko, nie chcę nikomu zrobić krzywdy. Musiałby pan spytać piłkarzy, z którymi współpracuję, jak mnie oceniają.

A kogo pan reprezentuje?

- M.in. Łukasza Teodorczyka, Michała Janotę, Macieja Korzyma, Grzegorza Sandomierskiego, Radka Majewskiego, Adama Kokoszkę, Dawida Smugę, bramkarza, który jest w Interze Mediolan.

Wrócę jeszcze do Mariusza. Wie pan już pewnie, że nie będzie już trenował z Widzewem i w tym sezonie w lidze już nie zagra. Liczyliście się z tym?

- Spodziewaliśmy się tego, ale to jest dla mnie niezrozumiałe. Trener Mroczkowski nie może powiedzieć, że to on wypromował Stępińskiego. Mariusz był po prostu najlepszym napastnikiem w jego kadrze i dlatego grał. I dalej grać powinien.

Trudno mi się z tym zgodzić. To trener Mroczkowski dał mu szansę, gdy nie miał jeszcze 17 lat. W Widzewie byli inni napastnicy, którzy mogli grać.

- Którzy?

Przewinęło się ich przez Widzew kilku w ostatnich sezonach. Są Mariusz Rybicki, Mehdi Ben Dhifallah...

- Ben Dhifallah? To nie jest napastnik. Teraz się rozbiorę i będę grał lepiej od niego. Mariusz grał dlatego, że na to zasługiwał. Nikt go nie musiał promować. Ale teraz wszyscy twierdzą, że wypromowali Roberta Lewandowskiego, więc mnie to nie dziwi. Trener jest od tego, by wystawiać najlepszych piłkarzy, bo będzie rozliczany z wyników. To proste.

Dziwi się pan, że trener Mroczkowski nie chce już w tym sezonie stawiać na Stępińskiego, ale ja się nie dziwię. Wie już, że nie będzie mógł na niego liczyć w przyszłym sezonie, więc woli ogrywać innych napastników.

- Ja się dziwię. Trener pracuje na wynik i powinni grać najlepsi. Tym bardziej że Widzew jeszcze się nie utrzymał.

Po niedzielnym spotkaniu rozstaliście się w zgodzie czy jesteście skłóceni z szefami Widzewa?

- Podaliśmy sobie ręce i życzyliśmy sobie wszystkiego dobrego.