Widzew Łódź gra z Legią Warszawa. Zwycięstwo to mission impossible

Wygrana Widzewa z Legią Warszawa (godz. 20.45) byłaby jak skok Feliksa Baumgartnera ze stratosfery - wydarzeniem epokowym. Z tym że większe szanse powodzenia swojej misji miał austriacki spadochroniarz. Widzew stoi przed misją teoretycznie niewykonalną
Za dwa zwycięstwa z 1996 i 1997 roku z Legią, które zabrały warszawskiej drużynie mistrzostwa Polski i które obrosły już legendą, Widzew płaci do dziś.

Z zespołem z ul. Łazienkowskiej nie wygrał już od 13 lat. Ostatni raz w kwietniu 2000 roku trzy punkty wyrwał legionistom Dariusz Gęsior. "Wyrwał" to naprawdę dobre słowo, bo zwycięski gol padł na 19 sekund przed końcem meczu. Gdyby Gęsiorowi się nie udało, gdyby te 19 sekund upłynęło bez gola, to w tym tysiącleciu Widzew nie wygrałby z Legią ani razu.

W kolejnych 15 spotkaniach drużyna ze stolicy zwyciężyła 12 razy, ledwie trzy razy zespołowi z al. Piłsudskiego udało się zremisować. Tak było w ostatnim meczu w Łodzi, więc trener Radosław Mroczkowski właściwie powinien chodzić dumny jak paw, bo po roku 2000 nie przegrać z Legią udało się tylko dwóm trenerom Widzewa - Markowi Koniarkowi i Piotrowi Kuszłykowi. Inni albo przegrywali minimalnie, albo dostawali lanie, czasem porównywalne do lania, jakie tydzień temu Andrzej Wawrzyk dostał od Aleksandra Powietkina.

Kilku piłkarzy też przeszło do historii. W tych 15 meczach od kwietna 2000 roku widzewiacy zdobyli... trzy gole (przy 25 Legii). Tej wielkiej sztuki dokonali Robert Dymkowski, Piotr Kuklis i Radosław Matusiak. - Te dwa słynne zwycięstwa z lat 90. wynikały z tego, że wtedy mieliśmy po prostu lepszą drużynę od Legii - mówi Ryszard Czerwiec, dwukrotny mistrz Polski z Widzewem. - A czy w tych 13 latach, w których Widzew ani razu nie zwyciężył z zespołem z Warszawy, miał chociaż raz lepszą drużynę? Nie miał. I dziś jest tak samo.

Czerwiec nie odbiera jednak widzewiakom szans na zwycięstwo w dzisiejszym meczu. - Ambicją można wygrać niejeden mecz. Szansa na zwycięstwo jest zawsze, nawet z niemal pewnym mistrzem Polski, ale rzeczywiście w tym przypadku duża nie jest - mówi były zawodnik drużyny z al. Piłsudskiego.

Legionistom ostatnio humory dopisują. W poprzedniej kolejce, w meczu sezonu, pokonali u siebie Lecha Poznań i wyprzedzają go już o pięć punktów. Zważywszy na to, w tych rozgrywkach Lecha pokonali dwukrotnie, droga do mistrzostwa wydaje się prosta i równa jak stół.

Tymczasem w Widzewie pożar za pożarem. Ledwie udaje się ugasić jeden, a już wybucha kolejny. Najpierw drużyna doznała najwyższej porażki w sezonie - Lech wbił jej cztery gole, później decyzję o odejściu podjął Mariusz Stępiński, a w końcu przy al. Piłsudskiego łodzian pokonała jeszcze Lechia Gdańsk. Po trzech pożarach przez budynek klubowy Widzewa, a dokładniej przez pokój trenerski, przeszło tornado. We wtorek na portalu widzewiak.pl ukazał się wywiad z Sylwestrem Cackiem, który wyjątkowo ostro potraktował trenera Radosława Mroczkowskiego. Szef Widzewa powiedział m.in.: "od trzech miesięcy mówię trenerowi, że pewni zawodnicy nie spełniają oczekiwań i powinni siedzieć na trybunach" oraz że już "najwyższa pora, żeby trener pokazał jaja".

Mroczkowskiego zabolało. Z całą pewnością szef klubu podważył jego autorytet. Wczoraj trener Widzewa odpowiedział na konferencji przed meczem z Legią: - Myślę, że sztuką jest być ponad tym, co powiedział właściciel - zaczął, ale zaraz dodał: - Gdybym nie miał jaj, to dawno by mnie w Widzewie nie było, nie byłoby tu też wielu zawodników. Każdy może mieć swoje opinie, ale myślę, że po sezonie będzie czas na podsumowanie. Ja też wyjaśnię wtedy wszystkie wątpliwości, logicznie i na spokojnie.

Podobno murem za Mroczkowskim stanęli piłkarze, którzy spotkali się z nim przed czwartkowym treningiem i zapewnili, że w meczu z Legią będą drużyną i dadzą z siebie wszystko. Spotkania zawodników z Sylwestrem Cackiem nie będzie, bo... - Chcemy mieć spokojne głowy przed meczem i myśleć tylko o Legii - tłumaczy Maciej Mielcarz, kapitan Widzewa.

W piątkowym meczu widzewiacy mają więc być prawdziwą drużyną. Ich cel to historyczne - pierwsze w XXI wieku - zwycięstwo z Legią. Teoretycznie to mission impossible. - W sporcie nie ma rzeczy niemożliwych. Tylko słabi ludzie mogą myśleć inaczej, a my do nich nie należymy - zapewnia Mroczkowski. To samo myślał zapewne Felix Baumgartner, gdy 39 km nad ziemią stał na krawędzi swojej kapsuły i po chwili skoczył w dół. Jemu się udało. Teraz czas na Widzew?

Więcej o: