Widzew Łódź kończy sezon meczem z Podbeskidziem Bielsko-Biała. Rywal walczy o utrzymanie. "Na pewno nie odpuścimy!"

W niedzielę o godz. 16 Widzew zakończy sezon meczem z Podbeskidziem Bielsko-Biała. Łodzianie są pewni utrzymania, bielszczanie wciąż o nie walczą. Emocji przy al. Piłsudskiego nie powinno więc zabraknąć.
W czwartek widzewiacy wywalczyli remis z Koroną Kielce i zapewnili sobie pozostanie w ekstraklasie. - Nie chcę mówić o jakości gry. Naszym celem był przynajmniej punkt, by się utrzymać. Zespół stanął na wysokości zadania - mówił trener Radosław Mroczkowski.

Poziom meczu nie był najwyższy, ale można rozgrzeszyć piłkarzy. Przed pierwszym gwizdkiem nad Kielcami przeszła ulewa i boisko przypominało bajoro. Na takiej murawie nie dało się normalnie prowadzić piłki. - To był futbol, ale raczej amerykański - żartował Bartłomiej Pawłowski, napastnik Widzewa. - Momentami to naprawdę nie przypominało piłki nożnej, było dużo kopaniny, wybijania, walki. Aby przedostać się pod bramkę rywali, trzeba było głównie grać górą.

- Każdy widział, jak wyglądało boisko. Było fatalne i dlatego naprawdę ciężko się grało. Trudno więc o piękny futbol - to z kolei słowa bramkarza Macieja Mielcarza.

Przed przedostatnią kolejką ekstraklasy o pozostanie w lidze drżeć musiano jeszcze w pięciu zespołach. Widzew z powodu ulewy zaczął grę później o 45 minut. Był więc w pewnym stopniu uprzywilejowany. - Przed rozpoczęciem naszego meczu wiedzieliśmy, że Podbeskidzie prowadzi z Pogonią 2:0. Innych wyników nie znaliśmy i w czasie gry nikt nie przekazywał nam informacji o tym, co się dzieje na innych stadionach - zapewnia Mielcarz. Jego słowa potwierdzili inni widzewiacy, m.in. trener Mroczkowski i Mariusz Rybicki. - W szatni bardziej myśleliśmy o tym, że za nami rozgrzewka, a jeszcze nie gramy. Nogi się zastały. Później trzeba było rozgrzewać się jeszcze raz, a to dodatkowe zmęczenie. Wyników innych meczów nie sprawdzaliśmy, bo chcieliśmy sami decydować o swoim losie. Wiedzieliśmy, że potrzebujemy przynajmniej remisu, i na tym się skupialiśmy - opowiada Rybicki.

Cel widzewiacy osiągnęli, chociaż emocji nie brakowało, bo w końcówce meczu kielczanie przycisnęli. Trener Korony Leszek Ojrzyński był po spotkaniu niepocieszony, bo bardzo liczył na to, że drużyna pożegna się ze swoimi kibicami wygraną. - Trudno. Musimy przyjąć ten remis. Pozostaje nam świadomość, że w tym roku nikt nas w Kielcach nie pobił - mówił.

Do ostatniego meczu sezonu - w niedzielę z Podbeskidziem Bielsko-Biała - widzewiacy mogą już podejść na luzie. Co innego drużyna trenera Czesława Michniewicza, która wciąż walczy o utrzymanie. Rywala ma już tylko jednego - PGE GKS Bełchatów. Wyżej w tabeli jest Podbeskidzie. Ma punkt więcej, więc los drużyny z Bielska jest w jej rękach. Jeśli w Łodzi wygra, to zostanie w ekstraklasie bez względu na wynik meczu bełchatowian z Piastem Gliwice. - Czy odpuścimy w ostatnim meczu? Nie ma takiej opcji. Gramy u siebie, przy swoich kibicach - zapewnia Rybicki, a Mielcarz podaje jeszcze jeden powód, dla którego odpuszczać nie można. - Każdy wie, że im wyższe miejsce, tym wyższa premia na koniec sezonu. Jest więc o co grać - przypomina kapitan Widzewa.

W niedzielę widzewiacy pożegnają się z kibicami i dla wielu piłkarzy może to być pożegnanie na zawsze. Przesądzone jest na przykład odejście Mehdiego Ben Dhifallaha. Kilka ofert ma też Łukasz Broź - z Polski, Francji i z Niemiec - i na pewno z którejś klub skorzysta. Działacze mają problem, bo na klubie ciąży nakaz zatrudniania zawodników z pensją nie wyższą niż 5 tys. zł. Nie wiadomo więc, czy rezygnować ze wszystkich piłkarzy, którym kończą się kontrakty. - To pieniądze, jakie płaci się zawodnikom w drugiej lidze. Na pewno mamy duży kłopot, który będziemy musieli jakoś rozwiązać - mówi Michał Wlaźlik, który w zarządzie Widzewa odpowiada za pion sportowy.

Początek niedzielnego spotkania z Podbeskidziem o godz. 16.