Widzew Łódź. Bartłomiej Kasprzak o meczach z Legią, Zawiszą oraz... poznaniu Drogby, Arszawina i Figo [WYWIAD]

- Jeden trening poprowadził Guus Hiddink, innym razem naszym zajęciom przyglądał się Arsene Wenger. Jeśli chodzi o zawodników, to poznałem Drogbę, Van der Vaarta, Arszawina, Walcotta i wielu innych graczy z Arsenalu - wspomina udział w konkursie ?Nike The Chance? Bartłomiej Kasprzak. 20-letni pomocnik Widzewa Łódź, opowiada także o bolesnej porażce z Legią Warszawa i zbliżającym się starciu z Zawiszą Bydgoszcz.
Rozmowa z Bartłomiejem Kasprzakiem, 20-letnim pomocnikiem Widzewa

Szymon Bujalski: Pozbieraliście już się po laniu w Warszawie?

Bartłomiej Kasprzak: Myślę, że psychicznie tak. Zresztą nie mieliśmy wyjścia. Zrobiliśmy też analizę meczu i staramy się wyciągnąć wnioski. Mamy młody zespół, który dopiero zaczyna grać w takim ustawieniu. I to było widać. Cóż, teraz trzeba skoncentrować się już na kolejnych meczach, bo to dopiero początek sezonu.

Dostaliście duże lanie...

- Myślę, że z przebiegu meczu mogliśmy zdobyć jeszcze jedną czy dwie bramki. Oczywiście z drugiej strony to samo można powiedzieć o Legii. Ale mimo wszystko wydaje mi się, że nie zasłużyliśmy na tak wysoką porażkę.

Trener Mroczkowski był wyrozumiałym ojcem dla swoich "dzieciaków"?

- Było tak, jak być powinno. Takie rzeczy lepiej niech pozostają w szatni.

To zmieńmy temat na przyjemniejszy. Trzy lata temu wziąłeś udział w konkursie "Nike The Chance", do którego zgłosiło się ponad 75 tys. młodych zawodników z całego świata. Udało ci się dostać do finałowej setki i w nagrodę poleciałeś do Londynu.

- Wspominam ten czas bardzo pozytywnie, ponieważ dzięki temu konkursowi zainteresowały się mną kluby z wyższych lig, w tym Widzew. Organizacja tej imprezy stała na bardzo, bardzo wysokim poziomie. Tak samo dobre było też podejście trenerów, którzy byli wielkimi profesjonalistami. Każdego z nas traktowali indywidualnie i cały czas zwracali uwagę na każdy aspekt naszej gry. Dzięki temu wiele się nauczyłem. No i poza tym poznaliśmy wielu znanych piłkarzy, którzy z nami rozmawiali i przychodzili na spotkania. To było dla mnie coś wielkiego. Zresztą teraz byłoby tak samo, bo takie rzeczy zdarzają się raz w życiu.

Kogo poznałeś w Londynie?

- Jeden trening poprowadził Guus Hiddink, innym razem naszym zajęciom przyglądał się Arsene Wenger. Jeśli chodzi o zawodników, to poznałem Drogbę, Van der Vaarta, Arszawina, Walcotta i innych graczy z Arsenalu. Wszyscy opowiadali nam o swoich początkach z piłką. Była też okazja, by z nimi po prostu trochę poprzebywać i nawet pograć na konsoli. Ja akurat nie grałem, bo nie chciało mi się czekać w kolejce, ale obok mnie kolega ograł Alexa Songa. Kameruńczyk wkurzał się na to strasznie, no ale nie dziwię się, w końcu przegrywał swoim Arsenalem (śmiech ).

Pamiątkowych zdjęć pewnie masz bardzo dużo?

- Faktycznie, trochę ich jest. Oprócz piłkarzy, o których już mówiłem, mam też zdjęcie np. z Luisem Figo, który brał udział w jednej z uroczystości na Wembley. Fajna sprawa przybić "piątkę" z Figo.

Dwa lata po powrocie z Londynu grałeś już w Widzewie. Co według ciebie było trudniejsze - pokonanie 75 tys. rywali w konkursie Nike czy pokonanie w rok drogi z ławki drugoligowej Garbarni do debiutu w ekstraklasie?

- Szczerze mówiąc, nie da się porównać tych spraw. W konkursie wszystko działo się szybko, liczyło się tu i teraz. To była jedyna szansa na pokazanie się, dlatego niektórych zjadła trema i nie pokazali tego, co potrafią. Kiedy przyszedłem do Widzewa, wiadomo było, że czeka mnie długa i ciężka praca, by grać w pierwszej drużynie. To wszystko mogło więc być rozłożone w czasie, a ja miałem więcej okazji na pokazanie swoich możliwości.

Wróćmy do teraźniejszości. Trener Mroczkowski chwali cię za dojrzałość i mądrość w grze, ale też za ogromną chęć do poprawiania się...

- Opinii trenera nie chcę komentować. Mogę jedynie cieszyć się, że ma o mnie takie zdanie. A co do mojej chęci poprawiania się, to wydaje mi się, że jest to coś naturalnego. Skoro już jestem w Widzewie i dostałem w nim szansę, to muszę zrobić wszystko, by ją wykorzystać. I by być coraz lepszym piłkarzem. Jestem młody i wiele nauki przede mną, dlatego w mojej sytuacji takie podejście miałby chyba każdy inny piłkarz. A przynajmniej powinien mieć.

Warunków fizycznych raczej jednak nie poprawisz.

- Cały czas nad tym pracuję, ale wiadomo, że niektórych rzeczy się nie przeskoczy. Nagle przecież nie urosnę (śmiech ).

Z Legią obok ciebie w pomocy i ataku grali zawodnicy w twoim wieku lub niewiele starsi. Nie wiem, czy wiesz, ale jesteś też w Widzewie szóstym pomocnikiem z największą liczbą spotkań w ekstraklasie...

- Nie wiedziałem. Jestem tym zaskoczony, bo przecież z Legią dopiero po raz drugi zagrałem od pierwszej do ostatniej minuty.

Jak odnajdujesz się w tak młodym zespole?

- Jakoś muszę. Na szczęście jest paru doświadczonych zawodników, którzy stanowią trzon tej drużyny i podpowiadają młodszym, jak się zachowywać na boisku. Cóż, znaleźliśmy się w takim miejscu, gdzie jako młodzi sami musimy wziąć część ciężaru na swoje barki, bo po prostu nie ma innej opcji. Według mnie to wyjdzie nam na dobre. Choć nie ukrywam, że na początku radzenie sobie w tej roli i ciągnięcie tego wózka może być dla nas trudne. Z czasem przyjdą jednak tego efekty.

Ale nie ma co ukrywać, że brakuje wam doświadczonych graczy.

- Na pewno. Nie mamy jednak wpływu na to, kto przychodzi i odchodzi z klubu. W drużynie są tacy zawodnicy, na jakich Widzew mógł sobie pozwolić, dlatego narzekanie czy chwalenie niczego tu nie zmieni. Musimy po prostu grać takim wojskiem, jakie mamy.

Ważnym żołnierzem w tym wojsku był Phibel, który wiadomo, że w Widzewie już nie zagra. Jak drużyna ocenia jego podejście? Czy nie działało ono na was demotywująco, atmosfera w szatni nie pogorszyła się?

- Dla jednych osób coś się kończy, a dla innych zaczyna. Nie ma Phibela, więc szansę dostaną inni. A co do jego podejścia, to według mnie to, co robi poza boiskiem, jest jego prywatną sprawą i nie muszę tego komentować. Kiedy wychodził jednak na boisko czy trening, w 100 proc. oddawał się temu, co robi. Jego zaangażowanie zawsze było maksymalne i nie mam co do tego żadnej wątpliwości. Dlatego wcale nie odczułem jego zachowania jako demotywującego.

W piątek czeka was niezwykle ważny mecz z Zawiszą. Jeśli przegracie u siebie z beniaminkiem, to wasza psychika może siąść, i to mocno.

- To będzie bardzo ważne spotkanie, bez dwóch zdań. Wszyscy liczymy na wygraną i tylko z takim podejściem zamierzamy do tego meczu podejść. Dlatego nawet nie chcę się zastanawiać, co by było, gdybyśmy przegrali. Takich myśli nawet do siebie nie dopuszczam, musimy myśleć pozytywnie.

Czyli nie wyjdziecie na boisko ze związanymi nogami?

- Wydaje mi się, że nie. Poza tym gramy u siebie, więc będziemy mogli liczyć na głośny doping kibiców. Ich wsparcie na pewno nam pomoże w odniesieniu zwycięstwa.

Więcej o sporcie w Łodzi i nie tylko na blogach: Jarosława Bińczyka, Szymona Bujalskiego i Bartłomieja Derdzikowskiego

Więcej o: