Widzew powinien wysoko wygrać z Jagiellonią Białystok, a tylko zremisował

Po golu Aleksejsa Visnakovsa w 47. min Widzew prowadził z Jagiellonią, a od 70 min grał z przewagą jednego zawodnika. Szans na kolejne bramki miał bez liku. I zremisował.
Zgodnie z przewidywaniami trener Radosław Mroczkowski wystawił od pierwszej minuty trzech nowych piłkarzy. W środku defensywy ustawieni byli Hiszpan Jonathan De Amo Perez i Haitańczyk Kevin Lafrance, a przed nimi Litwin Povilas Leimonas. W składzie było aż siedmiu graczy z zagranicy. Pierwsze, co rzuciło się w oczy już przy wyjściu piłkarzy na boisko, to bardzo dobre warunki fizyczne nowych widzewiaków. Każdy z nich mierzy około 190 cm wzrostu, a Lafrance jest nie gorzej zbudowany od Thomasa Phibela, który odszedł do Amkaru Perm. Dosyć szybko przekonaliśmy się też, że nowi potrafią również grać w piłkę. Haitańczyk rządził w powietrzu, Hiszpan przerywał akcje rywali przy murawie. Już w pierwszym kwadransie miał kilka udanych czystych wślizgów. Obaj dobrze ze sobą współpracowali i ustawiali się na boisku. Litwin, pełniący funkcję defensywnego pomocnika, za to dużo biegał.

Niestety, gorzej było z grą widzewiaków z dłuższym stażem w drużynie. W pierwszej połowie w ofensywie łodzianie właściwie nie istnieli, nie licząc kilku szarż ambitnych braci Visnakovsów. Gospodarze oddali rywalom środek pola. Słabiutko spisywał się Veljko Batrović, podobnie zresztą jak ustawiony po lewej stronie Marcin Kaczmarek. Nie pomagał im też Princewill Okachi, który daleki jest od dawnej formy. Piłkarze, którzy z założenia powinni być motorem napędowym drużyny, zaliczali stratę za stratą. Kaczmarek zasługiwał na zmianę jeszcze przed przerwą. Batrović teoretycznie też, ale on dawał jeszcze jakąś nadzieję, że w końcu coś mu wyjdzie... Prawdą jednak jest, że działacze wzmocnili obronę, a teraz czas na ofensywę, bo dobrze to niestety nie wyglądało, i to nie pierwszy raz w tym sezonie.

W pierwszej połowie zdecydowaną przewagę mieli goście, którzy dłużej utrzymywali się przy piłce. Białostoczanie długo konstruowali akcje, ale przedostać się pod pole karne widzewiaków nie umieli. Trzy razy Macieja Mielcarza pokonać próbował Maciej Gajos, ale raz strzelił niecelnie, raz został zablokowany, a raz piłkę spod jego nóg w polu karnym wygarnął 18-letni Patryk Stępiński. To był zresztą wślizg w stylu Tomasza Łapińskiego.

Na drugą połowę widzewiacy wyszli bez zmian. I chyba dobrze, bo tuż po przerwie Kaczmarek podał do Batrovicia, a ten pięknie przedłużył podanie do Aleksejsa Visnakovsa. - Jak brat się zatnie, to ja będę strzelał za niego - mówił ze śmiechem starszy z łotewskich braci na piątkowej konferencji. Łotysz był sam na sam z Jakubem Słowikiem i pokonał go mierzonym strzałem przy słupku. "Wiśnia" to jednak "Wiśnia"...

Goście odpowiedzieli po chwili minimalnie niecelną bombą Mateusza Piątkowskiego, ale Widzew odgryzł się torpedą Lafrance'a. Słownik musiał ją odbić na rzut rożny. Niedługo potem bramkarza Jagiellonii próbował pokonać Leimonas, ale minimalnie chybił.

W 69. min przypomniał o sobie młodszy z braci Visnakovsów. Najlepszy strzelec ekstraklasy wyprzedził Martina Barana, jak Usain Bolt rywala, zabrał mu piłkę i pędził sam na bramkę Słowika. Oko w oko z nim jednak nie stanął, bo od tyłu ściął go Słowak. Za to zresztą zobaczył czerwoną kartkę i wyleciał z boiska. Rzut wolny na raty wykonywał Lafrance. Za pierwszą próbą trafił w mur, za drugą - w poprzeczkę.

Grający w osłabieniu piłkarze Jagiellonii próbowali wyrównać, ale sił na długo im nie wystarczyło. Widzewiacy szybko osiągnęli przewagę, a ofensywę rozruszał Alex Bruno. Brazylijczyk miał nawet szansę na gola, ale w ostatniej chwili piłkę wybił mu Tomasz Kupisz. Bramkę meczu, a pewnie i kolejki mógł za to zdobyć Eduards Visnakovs, który obrócił się z piłką przed polem karnym i od razu huknął z powietrza. Piłka odbiła się od poprzeczki, a później przed linią bramkową.

Gdy wydawało się, że Widzew dowiezie wygraną do końca, a nawet wygra wyżej, w 92. min w pole karne dośrodkował Daniel Quintana, a Piątkowski strzałem głową pokonał Macieja Mielcarza, który nawet nie interweniował. Nic się nie zmieniło - co leci na widzewską bramkę, to wpada. Teraz kosztowało to łódzką drużyną dwa, wydawało się pewne, punkty.

Więcej o sporcie w Łodzi i nie tylko na blogach: Jarosława Bińczyka, Szymona Bujalskiego i Bartłomieja Derdzikowskiego

Więcej o: