Nadzieja Widzewa na lepsze jutro zawiera się w haśle: "W tej lidze każdy może wygrać z każdym"

Drużyna z al. Piłsudskiego pikuje w dół z prędkością Feliksa Baumgartnera skaczącego ze stratosfery. Tyle że Austriak miał spadochron. Widzew leci bez niego. Jak zamierza wylądować?
Że jest źle, bardzo źle, chyba nie trzeba nikogo przekonywać. Widzew ma na koncie najwięcej porażek w lidze, ta piątkowa z Cracovią 1:3 była już ósmą. Stracił też najwięcej goli. Od dna tabeli dzieli go tylko jeszcze słabsze Podbeskidzie Bielsko-Biała, gdzie też dopiero co zwolniono trenera, uznając, że słabe wyniki to tylko jego wina.

Widzew w ostatnich dziesięciu kolejkach wygrał ledwie raz. Niedawne efektowne zwycięstwo z Lechią Gdańsk to więc raczej niespodzianka. Miła, ale jednak niespodzianka. Skąd brać nadzieję na to, że będzie lepiej? Że zamiast seryjnych porażek przyjdą seryjne zwycięstwa? Że drużyna zacznie grać przynajmniej na poziomie ekstraklasowego średniaka? Poszukajmy odpowiedzi na te pytania przy al. Piłsudskiego...

- W tej lidze każdy może wygrać z każdym i my w każdym meczu będziemy walczyć o zwycięstwo - mówi spytany o to trener Rafał Pawlak, ale trudno mu tę odpowiedź zaliczyć. Widzewiacy w ogóle są mistrzami w wygłaszaniu oklepanych regułek w stylu: "każdy może wygrać z każdym", "będziemy walczyć o zwycięstwo", "nie patrzymy na siebie, tylko na rywala", "popełniamy błędy, ale je analizujemy i staramy się je eliminować". Mowa-trawa. I taka sama jest ta drużyna. Nijaka, bez charakteru. Nie ma nic ciekawego do zaprezentowania.

Oddajmy głos Marcinowi Kaczmarkowi, jednemu z najbardziej doświadczonych widzewiaków, przy nazwisku którego w przeszłości - ale było to bardzo dawno temu, chyba w średniowieczu - stawiało się rzeczownik "wojownik". - Jeszcze jest dużo meczów do rozegrania. Nie będziemy się poddawać. Będziemy starać się grać lepiej i przede wszystkim zdobywać punkty. Cały czas się staramy, ale nie wychodzi - mówił po meczu z Cracovią. Meczu, który Widzew rywalom oddał bez walki. I nie chodzi wcale tylko o walkę fizyczną, o zasuwanie od pierwszej do ostatniej minuty, o ambicję, o agresję i "bicie" się z przeciwnikiem. Widzew oddał ten mecz także, a może przede wszystkim, na gruncie piłkarskim. Nie zrobił nic, by rywalom przeszkodzić.

A przed meczem Pawlak wspominał o tym, jak gra Cracovia. Wiedział, że zespół z Krakowa lubi wymieniać dużo podań, że bardzo dobrze czuje się w środku pola i stara się naśladować Barcelonę. Tymczasem w środku pola trener Widzewa wystawił dwóch najwyższych defensywnych pomocników, których rywale mijali jak tyczki. Tak jakby chciał rywalom pomóc, a nie im przeszkodzić. Bartłomiej Kasprzak i Princewill Okachi, piłkarze do takiej gry, do rozbijania akcji rywali, wręcz idealni, zaczęli mecz na ławce. Przydałby się też wysoki pressing, by dać szansę pogubić się przeciwnikowi, ale i na to nikt nie wpadł. Plotki o tym, że od odejścia Mroczkowskiego w Widzewie nie korzystają z systemu Prozone, czyli narzędzia do analizy meczów, które naprawdę może być bardzo pomocne przy ustalaniu taktyki, wydają się prawdziwe. Chociaż w sumie o tym, jak gra Cracovia, wiadomo i bez tego...

Choćby to, jakie cechy ma Dawid Nowak, napastnik drużyny z Krakowa. Przed meczem dużo się o nim mówiło, bo zwykle dobrze mu idzie pojedynkach z Widzewem. Ale łódzcy obrońcy nie byli w stanie go powstrzymać. Nowak minął Jakuba Bartkowskiego jak juniora, użył do tego zwodu, który od lat jest jego znakiem firmowym. Jeśli Bartkowski o tym nie wiedział, to dyskwalifikuje to jego trenera, który go na to nie uczulił. Jeśli wiedział i dał się tak ograć, to dyskwalifikuje to jego, do ekstraklasy się nie nadaje.

Przy al. Piłsudskiego już ponoć znają odpowiedź, kto jest winny, i wypadnie na Bartkowskiego. Po meczu z Cracovią trenerzy Widzewa i działacze do późnych godzin nocnych analizowali sytuację drużyny z Sylwestrem Cackiem, szefem klubu. Pawlak musiał się tłumaczyć. Kilku zawodników straci teraz zapewne miejsce w składzie, bo już zapowiedział to m.in. Michał Wlaźlik, dyrektor sportowy Widzewa. Pytanie tylko, jak ma się do tego niezależność trenera Pawlaka, ale coś takiego chyba nie istnieje...

I może także dlatego o swoją posadę może być spokojny. Zarząd nie ma w planach szukania nowego trenera. Wlaźlik zdradził tylko, że niedawno zaproponował pracę Arturowi Skowronkowi, byłemu szkoleniowcowi Pogoni Szczecin, a od niedawna Polonii Bytom. Skowronek oferty nie przyjął, ale chyba trudno się dziwić, bo przy al. Piłsudskiego miał być jedynie asystentem Pawlaka. Pierwszego trenera Widzew więc nie szuka. - Pawlak ma te same cechy co Leszek Ojrzyński - uważa Wlaźlik, tłumacząc w ten sposób, dlaczego działacze nie sięgnęli po niego, tylko po trenera rezerw w łódzkim klubie.

Przed drużyną seria bardzo trudnych meczów. Już jutro widzewiacy grają w Krakowie z Wisłą. W sobotę zmierzą się za to Pogonią Szczecin, jedną z rewelacji sezonu. Później czeka ich mecz z Legią Warszawa, a następnie zaczną rundę rewanżową. Z pięciu spotkań tylko raz zagrają u siebie. Dodajmy, że w drużynie jest szpital, bo kilku piłkarzy jest kontuzjowanych, w tym Eduards Visnakovs.

No to skąd wziąć nadzieję na to, że będzie lepiej? - Przecież się nie poddamy. Wszyscy musimy zakasać rękawy, spiąć się i walczyć - mówi Wlaźlik, ale co przez to rozumie, już nie wytłumaczył. Wygląda na to, że planu na ratowanie ligi póki co przy al. Piłsudskiego nie ma. Są tylko hasła: "Nie poddamy się", "Staramy się wyeliminować błędy" i ulubione: "W tej lidze każdy może wygrać z każdym". Ciekawe, kiedy w Widzewie zorientują się, że to hasło nijak nie odnosi się do Widzewa. Oby wcześniej niż po twardym lądowaniu.