Widzew seryjnie przegrywa w fatalnym stylu. Ale jego szefowie czekają na cud

Widzew po raz kolejny oddał trzy punkty rywalom i zrobił to według dobrze znanego scenariusza. Nie ma podstaw, by sądzić, że to się zmieni. Ale szefowie klubu nie reagują. Wygląda na to, że czekają na cud
Analizowanie sobotniego spotkania z Zawiszą Bydgoszcz nie ma sensu, bo to był klasyczny mecz w wykonaniu Widzewa. Przed każdym kolejnym spotkaniem łodzian można zakładać, że pewnie zawali bramkarz, że w drużynie nie będzie bloku defensywnego, tylko czterech obrońców i każdy będzie grał sobie. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można przypuszczać, że któryś z piłkarzy łódzkiej drużyny sam sobie wbije piłkę do bramki (stało się tak już aż cztery razy w tym sezonie) albo wyleci z boiska (już pięciokrotnie). Niemal pewne jest, że boczni obrońcy będą się dawać ogrywać rywalom na raz i raczej nie doczekają się wsparcia od skrzydłowych. Ci nie pomogą też z przodu, bo ich dobrych dośrodkowań do środkowego napastnika w całym sezonie było ledwie kilka, nie wspominając o wygranych pojedynkach jeden na jednego, strzałach czy golach. I można też śmiało zakładać, że defensywni pomocnicy oddadzą środek pola przeciwnikom.

Gol któregokolwiek z piłkarzy drugiej linii zdarzy się od wielkiego dzwonu. W 17 meczach obecnych rozgrywek pomocnicy Widzewa (nie licząc rzutu karnego Mariusza Rybickiego) zdobyli... dwie bramki. DWIE! To dzieło Aleksa Bruno i Aleksejsa Visnakovsa. W Bydgoszczy widzewską pomoc tworzyli więc gracze, którzy w tych rozgrywkach nie zdobyli gola. A może ktoś pamięta jeden celny strzał Marcina Kaczmarka w całym sezonie, niezmiennie podstawowego piłkarza Widzewa? Choćby JEDEN?

Liczyć można co najwyżej na Eduardsa Visnakovsa, strzelca już ośmiu goli dla drużyny, ale jednak bardziej prawdopodobne jest, że będziemy oglądać Łotysza osamotnionego w ataku i czekającego na podanie jak autostopowicz na okazję na Saharze. Czasem asystę zaliczy Veljko Batrović (ma ich pięć), ale to raczej ze stałego fragmentu gry, bo rywale wiedzą już, że Czarnogórzec coś tam umie, i wiedzą też, jak go powstrzymać.

W Widzewie o przeciwnikach tego nie wiedzą, chociaż to nie jest wiedza tajemna. Od lat wiadomo, jaki jest ulubiony zwód Dawida Nowaka z Cracovii i Nowak w meczu z Widzewem skutecznie go stosuje. Wiadomo, że Luis Carlos z Zawiszy lubi wkręcić obrońcę na skrzydle i w meczu z łódzką drużyną Luis Carlos wkręca aż miło. Nawet Łukasz Grzeszczyk, były widzewiak słynący z lenistwa i braku ambicji, z kolegami z Sandecji Nowy Sącz wyrzuca łodzian z Pucharu Polski.

Symbolem tej drużyny, a raczej zbieraniny piłkarzy, jest jej kapitan. Z Maciejem Mielcarzem jest jak z Polsatem 2. Przełączając na ten kanał, jest niemal pewne, że trafisz na "Rodzinę zastępczą". Tylko czasem zobaczysz coś innego. Mielcarz też tylko czasem zrobi w widzewskiej bramce wszystko, co do niego należy, od początku do końca. Zwykle coś zawali. Niezmiennie jednak w tej bramce trwa, niezmiennie dzierży kapitańską opaskę i prowadzi drużynę na dno. - Nie mam pretensji do Mielcarza. Takie bramki się zdarzają - powiedział trener Rafał Pawlak po meczu z Zawiszą, w którym bramkarz Widzewa wbił piłkę do własnej bramki. Owszem, Mielcarzowi się zdarzają. Ale mimo to ciągle jest rozgrzeszany przez trenerów i to jeszcze zanim obejrzą telewizyjne powtórki. Czy to nie zadziwiające?

Jest też trener Pawlak. Na pewno nie można mu odmówić chęci, ale już widać, że zatrudnienie go w miejsce Radosława Mroczkowskiego było błędem. Nie wystarczy ubrać się w garnitur, by stać się trenerem. To nie takie proste.

Pawlaka nie bronią wyniki. Mroczkowski w dziewięciu meczach uciułał z drużyną osiem punktów, Pawlak w ośmiu - sześć. Musiałby wygrać w sobotę z Koroną w Kielcach, by osiągnąć minimalnie lepszy wynik od poprzednika. Ale do tego potrzeba cudu. W Bydgoszczy Widzew nie wygrał już 19. meczu z rzędu na wyjeździe i wyrównał najgorszą serię w całej historii klubu. Rekord jest więcej niż prawdopodobny.

Ale zapomnijmy o punktach. Czy po przejęciu zespołu przez Pawlaka nastąpił skok jakościowy w jego grze? A może nowy trener zrobił z widzewiaków wojowników? Czy dostrzegł ktoś jakąś wyćwiczoną akcję w ofensywie, która byłaby powtarzalna (oczywiście chodzi o udaną akcję)? Jakieś ciekawe rozwiązanie przy stałym fragmencie gry? Jakąś taktyczną zagrywkę, która zmyliłaby rywali? Może przy trenerze Pawlaku skrzydeł dostał któryś z piłkarzy, którego pomijał Mroczkowski? To wszystko są pytania retoryczne.

Widzew przegrywa mecz za meczem w stylu łatwym do przewidzenia, ale jego szefowie nie reagują. - Trener Pawlak spokojnie pracuje do końca roku - mówi Michał Kulesza, rzecznik prasowy i członek zarządu klubu. Michał Wlaźlik, dyrektor sportowy, ten, który jeszcze do niedawna po kolejnych porażkach pisał na Twitterze: "Nie płaczemy, nie załamiemy się. Wierzymy w tę drużynę", już nic nie pisze. Stracił wiarę? Załamał się? Płacze? A może jednak dostrzegł, że nie ma żadnych podstaw, by wierzyć, że ta drużyna, z tym trenerem, zacznie wygrywać? To by dobrze o nim świadczyło i napawało wiarą, że Wlaźlik i inni szefowie Widzewa w końcu jakoś zareagują, by zespół ratować.

Na pewno trzeba walczyć także na drugim froncie. Trzeba zrobić wszystko, by przekonać Komisję Licencyjną, by zdjęła z klubu limit wynagrodzeń piłkarzy. A jeśli się uda, to nie żałować grosza na nowych zawodników, wzmocnić każdą formację.

Już teraz trzeba jednak znaleźć nowego trenera. Trenera z prawdziwego zdarzenia. Bo jeśli Komisja Licencyjna okaże się nieugięta, to liga, nawet z tymi piłkarzami, jest do uratowania. Dobry trener może z nich zrobić przynajmniej średnią drużynę. Przynajmniej poukładać ją w defensywie, bo przecież w każdym z 17 meczów Widzew tracił gola. Potrzeba kogoś, kto będzie szukał nowych rozwiązań, a nie trwał w czymś, co się nie sprawdza. Kogoś, kto będzie umiał wskazać atuty rywala i je wyeliminować, a także znaleźć słabe strony przeciwnika i to wykorzystać. Trener Pawlak przed każdym meczem powtarza jak mantrę, że nie patrzy na rywala, ale na swój zespół. A patrzeć trzeba!

Trzeba znaleźć trenera, przy którym piłkarze będą jeździć na tyłkach i gryźć trawę. - Nie możemy tak grać! Nawet jak ktoś nie umie grać w piłkę, podać na pięć metrów, to niech chociaż zrobi wślizg, by przeszkodzić rywalowi - wypalił po sobotnim meczu Marcin Kaczmarek. Czyli Pawlak widzewiaków do tego nie przekonał. A skoro nie przekonał w dwa miesiące, to już tego nie zrobi.

Szefowie Widzewa muszą się w końcu obudzić i zacząć o ligę walczyć. Jeśli nic nie zmienisz, nic się nie zmieni. Nie można tylko czekać na cud. Bo cuda mają to do siebie, że zdarzają się wyjątkowo rzadko.

Więcej o: