"Aaa Widzew kupię. Z miłości". Grzegorz Waranecki chce odkupić klub od Sylwestra Cacka [SZCZEGÓŁY]

Łódzki biznesmen Grzegorz Waranecki chce kupić za złotówkę zadłużony na 20 mln zł Widzew. Wszystko to z miłości do upadającego klubu. Ale jest też ten trzeci. To obecny szef Widzewa Sylwester Cacek.
Widzew jest w fatalnej sytuacji. Zamyka ligową tabelę i jest głównym kandydatem do spadku z ekstraklasy.

W tym sezonie drużyna z al. Piłsudskiego bije rekord za rekordem, niestety, tylko te niechlubne. We wtorek przegrała z Górnikiem Zabrze. Był to już 21. mecz bez wygranej na stadionach rywali, co nie zdarzyło się nigdy w historii klubu. To także dziewiąta z rzędu porażka. Jedyny raz taką serię Widzew zaliczył w 1948 r.

Grzegorz Waranecki, mieszkający w Łodzi biznesmen, producent biżuterii, nie może się z tym pogodzić. To wielki kibic Widzewa. Lubi też boks zawodowy i przyjaźni się z Tomaszem Adamkiem. Kręcą go również szybkie samochody - po mieście jeździ czerwonym ferrari. - Ale moją największą pasją jest Widzew. Kibicuję mu już od 35 lat. Po raz pierwszy na jego meczu byłem z ojcem, gdy miałem siedem lat, i tak mi już zostało - opowiadał "Gazecie".

W tym roku zdecydował się pomóc klubowi finansowo. Widzew nie miał pieniędzy na zatrudnienie Eduardsa Visnakovsa, napastnika z Łotwy, i zdeterminowany trener Radosław Mroczkowski poprosił Waraneckiego o pomoc. Ten sfinansował transfer. Cały czas pomaga też w utrzymywaniu najlepszego piłkarza Widzewa. W umowie z klubem Waranecki zagwarantował sobie część zysku ze sprzedaży Łotysza w przyszłości, ale pieniędzy nie chce. - Jeśli rzeczywiście kiedyś jakiś klub kupi Visnakovsa, to zysk przeznaczę na pomoc klubowi, który kocham - zapowiedział.

We wtorek wieczorem, po przegranym przez Widzew meczu z Górnikiem, Waranecki nie wytrzymał. "Kupię klub za 1 zł!!! Sylwek, liczę, że sprzedasz!!! Oferta ważna do jutra! Nie sądziłem, że to napiszę!!!! Ale muszę ratować to, co jeszcze jest!!! I przypominam, że biorę 20 mln długu za złotówkę!!!! Czas pokazać jaja i odejść z klasą!!!" - napisał w portalu społecznościowym.

Sylwek to Sylwester Cacek, szef klubu z al. Piłsudskiego (formalnie właścicielem klubu jest fundusz inwestycyjny, który kontroluje Cacek). Te 20 mln zł to rzeczywiście dług Widzewa. Niedawno klub porozumiał się przed sądem ze swoimi wierzycielami i w ciągu kilkunastu lat ma te długi spłacić. - Jeśli nic się nie zmieni, jeśli ktoś nie przejmie klubu i nie zacznie go ratować, to drużyna spadnie do pierwszej ligi. Tam nie będzie sponsorów, więc zabraknie też pieniędzy na to, by spłacić długi. To będzie oznaczało upadek Widzewa - alarmuje Waranecki.

Przyznaje, że klubem nie chce rządzić sam. Twierdzi, że stoją za nim biznesmeni i firmy, które zamierzają zainwestować swoje pieniądze w klub. Dlaczego nie pomagały drużynie dotychczas? Powodem mają być Cacek i jego współpracownicy. - Jak ktoś ma wyłożyć swoje prywatne pieniądze na klub, to trzeba go traktować odpowiednio, a nie z góry - mówi Waranecki. - Problem Cacka polega na tym, że on uważa, że zna się na wszystkim, i to jeszcze lepiej od innych. Najlepiej. W ten sposób zraża ludzi do siebie.

Gdy były bankowiec z Piaseczna ponad sześć lat temu kupił Widzew, szybko zaczął zamieniać klub w korporację. Na al. Piłsudskiego ściągnął swoich zaufanych ludzi z banku. Drużyna spadła z ligi, a klub popadł w ogromne długi. Waranecki wie, jakie szef Widzewa popełnił błędy. - Nawet jeśli kupiłbym klub, to nie prowadziłbym go sam, tylko zatrudniłbym ludzi, którzy się na tym znają. Jak mi się popsuje samochód, to idę z tym do mechanika. Ja się nie muszę znać na mechanice - mówi i dodaje: - A Cacek oddał klub piłkarski w ręce ludzi z banku. To tak samo, jakbym ja posadził na stołku prezesa Widzewa mojego menedżera od biżuterii. To oczywiste, jak by się to skończyło.

Symboliczna złotówka to może być jednak za mało. Waranecki mówi, że słyszał, iż Sylwester Cacek chce za Widzew 5 mln zł. Szef klubu na apel biznesmena jeszcze nie odpowiedział. Przy al. Piłsudskiego zapowiadają jednak, że zrobi to w ciągu najbliższych dni. - Naprawdę liczę, że się zgodzi - kończy Waranecki.

Rozmowa z Grzegorzem Waraneckim: "Chcę ratować klub przed upadkiem"