Sylwester Cacek włożył w Widzew Łódź 60 mln zł. Jak obecnie wyglądają finanse klubu?

- 14 mln zł jest dużą kwotą, ale przy spokojnej, racjonalnej polityce i trzymaniu finansów w ryzach jest do spłacenia - mówi o układzie w Widzewie Grzegorz Borkowski, który do poniedziałku był przewodniczącym rady nadzorczej klubu z al. Piłsudskiego.
W środę popołudniu w TV Toya odbyła się debata na temat przyszłości Widzewa. Wzięli w niej udział prezes klubu Paweł Młynarczyk, lokalny biznesmen Grzegorz Waranecki (dzięki jego wsparciu pozyskano Eduardsa Visnakovsa) i Wojciech Borkowski, który w poniedziałek przestał być przewodniczącym rady nadzorczej. Zabrakło natomiast zaproszonych do studia akcjonariusza Sylwestra Cacka (zatrzymały go ponoć sprawy zawodowe) i wiceprzewodniczącego rady nadzorczej, Witolda Skrzydlewskiego (nie mógł przyjść z powodów prywatnych). Podczas trwającej 40 minut gorącej dyskusji zostało poruszonych wiele tematów.

Debata zaczęła się od tego, skąd wzięły się obecne problemy finansowe Widzewa, który niedawno zawarł przed sądem układ z wierzycielami. - Musimy wrócić tak naprawdę do 2007 r., gdy klub objął pan Cacek. Polityka klubu była wtedy inna niż później, gdy pojawiły się zdarzenia, które zdeterminowały powstanie bardzo dużego zadłużenia - tłumaczył Młynarczyk. Dodał, że chodzi o degradację klubu do I ligi oraz ukaranie za korupcję z "nie do końca z zawinionych przyczyn" (sprawa wciąż jest w sądzie).

Z kolei Borkowski jako główną przyczynę wskazał zarząd klubu i radę nadzorczą. - Ich praca odbywała się w następujący sposób: podpisywaliśmy sobie kontrakty, jakie chcieliśmy, bez żadnego rachunku ekonomicznego, bez żadnego nadzoru. I później, pod koniec roku podatkowego, następował telefon do Sylwestra Cacka: Sylwek, brakuje nam 16 mln zł, co robić? No i Sylwek, jak dobry wujek, dawał te pieniądze. Przez te pięć lat Cacek włożył w klub 57 mln zł. Dodajmy 3 mln zł, które umorzył teraz, to wyjdzie 60 mln zł, które włożył. Włożył, bo to nie były pożyczki, jak w innych klubach. To były wpłaty. Poprzednie zarządy robiły sobie z tymi pieniędzmi, co chciały. Najdziwniejsze jest to, że niektórzy członkowie zarządu robią teraz kariery w PZPN czy ekstraklasie.

Borkowski dodał, że klub musi spłacić w ramach układu 13,86 mln zł. - Dzisiaj Widzew ma szansę na koniec roku księgowego osiągnąć jako jedyny klub zyski. Myślę, że to może być około 500 tys. zł. I to bez sprzedaży zawodników, bo każdy myśli, że te zyski są ze sprzedaży Phibela czy Pawłowskiego. Nie. To są zyski na działalności operacyjnej. Dzisiaj zarząd wydaje mniej, niż zarabia zaznaczył. - Wszystkie wpływy, które będą ze sprzedaży zawodników, będą przeznaczone na spłatę zobowiązań. Proszę pamiętać również, że gwarantem spłaty układu jest pożyczka udzielona przez pana Cacka [w wysokości 5 mln zł - przyp. red.]. Te 14 mln zł jest więc dużą kwotą, ale przy spokojnej, racjonalnej polityce i trzymaniu finansów w ryzach jest do spłacenia.

Pytany o to, dlaczego Cacek dalej angażuje się w ten biznes, odpowiedział: - Proszę mi powiedzieć, kto może dzisiaj zastąpić Sylwestra Cacka? W zeszłym roku zrobiłem spotkanie z około 60 największymi biznesami w Łodzi z Sylwestrem Cackiem. Proszę mi wierzyć, że po tym spotkaniu jedynie właściciel, Deante, Dariusz Antczak, nadal finansuje Widzewa [Borkowski jest w tej firmie dyrektorem - przyp. red.].

Borkowski stwierdził też, że na dzisiaj nie ma osób, które byłyby w stanie przejąć udziały lub nabyć pakiet kontrolny i prowadzić Widzew. - Sytuacja Widzewa jest rewelacyjna jeżeli chodzi o sprawy organizacyjne i finansowe, ale nadal ten długi wynosi ponad 13 mln zł, a potrzebne jest też bieżące finansowanie. Mówimy więc o osobach, które w ciągu siedmiu lat musiałyby włożyć w Widzew kilkadziesiąt milionów złotych.

- Uważam, że największe długi zostały zrobione za czasów Mateusza Cacka, dla którego klub nie był wartością wielką, a zabawką. To wtedy menadżerowie brali prowizję po 200 tys. euro. I to był największy błąd. Jeśli w mojej firmie dopuściłbym do zarządzania osoby, które narobiły długi, to mógłbym pretensje jedynie do siebie. Do nikogo innego - powiedział za to Waranecki.

W tym temacie najmniej wypowiadał się Młynarczyk: - Jeżeli chodzi o sprawy właścicielskie, nie słyszałem żadnej jasnej propozycji dotyczącej przejęcia udziałów - stwierdził. Dodał jeszcze, że gdy swego czasu proponowano różnym osobom zasiadanie w radzie nadzorczej czy zarządzie, zainteresowanych nie było. Odpowiedzialność za przyszłość klubu wzięli więc na siebie jego dotychczasowi pracownicy. - I wykonali kawał dobrej roboty. Teraz, gdy mamy układ i wychodzimy na prostą, zaczynają się jakieś uwagi.

Więcej o debacie w TV Toya:

- Prezes Widzewa potwierdza: "Rozważamy sprzedaż Visnakovsa". Czy to jedyny sposób na zdobycie pieniędzy na transfery?

Waranecki i Borkowski chcą powrotu Mroczkowskiego. Młynarczyk zastąpienia go Pawlakiem nie żałuje

Budowa stadionu Widzewa. "Ryzyko, że złożone oferty przekroczą kwoty zapisane w budżecie, jest duże"

Więcej o sporcie w Łodzi i nie tylko na blogach: Jarosława Bińczyka, Szymona Bujalskiego i Bartłomieja Derdzikowskiego