Jakub Kowalski z Ruchu: "Widzew nie jest głupim zespołem"

W piątek Widzew Łódź zagra z Ruchem Chorzów, a będzie to szczególny mecz dla Jakuba Kowalskiego z ekipy Ślązaków. Zawodnik urodził się w Żyrardowie, ale to w barwach łódzkiego klubu debiutował w ekstraklasie.
Rozmowa z

Jakubem Kowalskim

piłkarzem Ruchu Chorzów

Maciej Nowocień: W tej rundzie trener Ruchu Jan Kocian dał panu szansę.

Jakub Kowalski: Bardzo się cieszę z tego, że nareszcie gram, a nie tylko siedzę na ławce. Tak naprawdę miejsce w składzie wywalczyłem sobie podczas obozu w Turcji. Co prawda na razie zagrałem dłużej w dwóch wiosennych meczach, ale trener konsekwentnie na mnie stawia. Mam też konkurentów, którzy depczą mi po piętach. To mnie napędza, ale muszę też być czujny, by nie popełniać błędów. Wtedy mogę stracić miejsce w składzie, a tego nie chcę.

Co więcej, nie zawodzi pan swoją postawą na boisku.

- Połowicznie jestem z siebie zadowolony, a dużo zawdzięczam swojej walce na boisku. Nie notuję też głupich strat, ale wiadomo, że warto byłoby coś dołożyć, by poprawić statystyki. Mam na myśli oczywiście jakąś asystę lub bramkę. To mi pomoże, jeśli chodzi o pozycję w drużynie.

Chyba jest pan też lubiany w szatni. Został pan "wodzirejem" drużyny.

- (śmiech) Koledzy wyznaczyli mnie na to stanowisko po odejściu Łukasza Janoszki do Zagłębia Lubin. Cieszę się z tego wyróżnienia, tym bardziej że na razie wygrywamy i mogę sobie pokrzyczeć w szatni.

To jednak w Widzewie zadebiutował pan w ekstraklasie. Czuje pan sentyment do klubu czy raczej ma mieszane uczucia ze względu na małą liczbę występów?

- Wiadomo, że mam sentyment do Widzewa, a fajnie byłoby tam zostać trochę dłużej niż tylko pół roku. W tym czasie przez trzy miesiące leczyłem kontuzję i nie grałem. Nie mogłem udowodnić, że warto było wydać na mnie pieniądze na transfer z Arki Gdynia. Byłem tylko na jednym obozie, na drugi już nie pojechałem i trenowałem z zespołem Młodej Ekstraklasy. Tam pokazałem, że warto na mnie stawiać, bo w pierwszych paru meczach strzelałem bramki i notowałem asysty. Myślałem, że dzięki temu dostanę jeszcze szansę, ale stało się, jak się stało.

Ma pan za to żal do ówczesnego trenera Widzewa Radosława Mroczkowskiego?

- Jakiś tam żal jest, ale trzeba trenerowi podziękować, że w ogóle miałem szansę debiutu w ekstraklasie. Myślałem jednak, że trochę inaczej to wszystko się potoczy. Jak już wspomniałem, chciałem dłużej zostać w Widzewie. Życie tak się jednak potoczyło, że teraz gram dla Ruchu i chcę notować jak najwięcej dobrych występów w ekstraklasie.

Ma pan zapewne jeszcze kilku kolegów w Widzewie za czasów występów w Łodzi. Utrzymuje pan z nimi kontakt?

- Oczywiście, że tak. Za czasów gry w Widzewie mieliśmy taką pięcioosobową ekipę. W klubie z Łodzi co prawda nie grają już Łukasz Broź i Sebastian Duda, ale cały czas mam kontakt z Marcinem Kaczmarkiem i Maćkiem Mielcarzem. Przed meczem i po meczu na pewno sobie pogadamy, bo w trakcie spotkania nie będzie o czym (śmiech).

Nawiązując już do piątkowego meczu, każdy inny wynik niż wasze zwycięstwo będzie zaskoczeniem.

- Wiadomo, że Widzew w tym sezonie głupio traci te punkty. Trzeba mieć na uwadze, że łodzianie często kończą mecz w dziesiątkę, jak było chociażby w dwóch ostatnich wiosennych spotkaniach. To nie jest jednak tak głupi zespół, jak pokazuje tabela. Będziemy musieli wyjść skoncentrowani, bo Widzew nie da sobie łatwo strzelić bramki i oddać punktów. Jednak to my jesteśmy na trzecim miejscu w tabeli i chcemy utrzymać jak najwyższą pozycję. W tym sezonie naszym celem była pierwsza ósemka, ale chcemy się bić o więcej.

Nie dość, że Ruch jest faworytem mecz, to Widzew wybitnie nie potrafi grać na wyjeździe.

- W tym sezonie Widzewowi rzeczywiście ciężko idzie na wyjazdach. Nie wygrali przecież w tym sezonie żadnego meczu na stadionie rywali. Jak w każdej drużynie, w końcu musi jednak nastąpić przełamanie. Mam jednak nadzieję, że nie będzie to miało miejsca w meczu z Ruchem.

Motywować na mecz z Widzewem was nie trzeba, bo walczycie o miejsce w trójce na koniec sezonu ekstraklasy.

- Naszym głównym celem jest pierwsza ósemka, by nie walczyć o utrzymanie w T-Mobile Ekstraklasy. I wbrew pozorom jeszcze tego nie osiągnęliśmy. Mamy 38 punktów, a statystycznie potrzeba do spełnienia tego celu co najmniej cztery "oczka" więcej. Kolejne zwycięstwa będą nas przybliżały do osiągnięcia tych założeń. Nikt się nie spodziewał, że Ruch po rundzie jesiennej będzie na piątym miejscu. Już naczytałem się w różnych gazetach, że to był przypadek, a teraz zaczniemy przegrywać. Pokazaliśmy jednak, że jesteśmy silną drużyną i chcemy kontynuować naszą passę.

Podczas meczu ciekawie może być też na trybunach, bo przecież kibice Widzewa i Ruchu sympatyzują ze sobą.

- Wiadomo, że wszystkie bramy na tym meczu będą otwarte, a kibice obu drużyn będą wspólnie dopingować swoje drużyny z jednego sektora. Fani się lubią, ale to, co będzie na trybunach, zostanie na trybunach. Na boisku nie ma miejsca na sentymenty i sympatie.

Eksperci mówią, że z taką grą, jak teraz prezentuje Widzew, łódzki klub nie utrzyma się w ekstraklasie. Jakie jest pana zdanie na ten temat?

- Przed rundą wiosenną myślałem, że Widzew w pierwszych dwóch meczach zaprezentuje się lepiej i zainkasuje więcej punktów. Trzeba mieć jednak na uwadze, że w spotkaniu przeciwko Podbeskidziu dużo mówiło się o wypaczeniu wyniku poprzez kontrowersyjny rzut karny. Całe szczęście, że po rundzie wstępnej nastąpi podział punktów. Gdybyśmy grali według starego systemu, łodzianie mogliby powoli się witać już z pierwszą ligą. Patrząc na drużyny z dołu tabeli, czyli Podbeskidzie, Zagłębie i Widzew, kadrowo najlepiej wypada ostatnia z tych drużyn. Dlatego podział ligi na dwie grupy może być dla podopiecznych Artura Skowronka zbawienny.