Na Widzewie znów stworzyli potwora. Sylwester Cacek jak Andrzej Grajewski

Myślałem, by porównać Widzew do Frankensteina, ale to byłoby chyba porównanie nietrafne, bo on przecież budził głównie strach, a ten budzi co najwyżej politowanie, a czasem po prostu śmiech
Prawie 10 lat temu byłem na stadionie przy ul. Łazienkowskiej w Warszawie i z trybuny dziennikarskiej widziałem, jak Legia wbija Widzewowi sześć goli, robiąc z niego marmoladę. Widok był to straszny. Jedną z bramek strzelił nawet z rzutu karnego bramkarz Artur Boruc, bo z ówczesną drużyną z al. Piłsudskiego można było wtedy zrobić wszystko, poniżyć ją i ośmieszyć. Poniżej mnie siedział wtedy Andrzej Grajewski. W relacji z meczu, którą tworzyło się wyjątkowo ciężko, napisałem, że to bardzo dobrze, że właściciel Widzewa jest na stadionie, bo na własne oczy widzi, jakiego potwora stworzył.

Przypomniałem sobie to fatalne popołudnie sprzed 10 lat w piątek w Chorzowie. Rozmiary porażki Widzewa z Ruchem (1:2) nie były rzecz jasna takie, jak wtedy tej w Warszawie, ale i tak wróciło do mnie to fatalne uczucie z przeszłości. To był 12. wyjazdowy mecz łódzkiej drużyny w tym sezonie i 12. kolejna porażka. Widzew poza swoim boiskiem, które też rzecz jasna nie jest twierdzą nie do zdobycia, nie wywalczył nawet jednego remisu, jednego marnego punkcika, a przecież nie mierzył się z Realem, Barceloną, Bayernem i innymi wielkimi europejskiej piłki. Od morza do Tatr, od wschodniej do zachodniej granicy Polski drużyna z Łodzi dostaje oklep.

Szef klubu i działacze

Na stadionie przy ul. Cichej w Chorzowie poniżej mnie siedzieli Sylwester Cacek z synem Mateuszem. I to też przypomniało mi wspomniany mecz z Legią i Grajewskiego na trybunach. Tak jak on wtedy, tak teraz rodzina Cacków też na własne oczy mogła przekonać się, jakiego potwora stworzyła. Myślałem, by porównać go do Frankensteina, ale to byłoby chyba porównanie nietrafne, bo on przecież budził głównie strach, a ten budzi co najwyżej politowanie, a czasem po prostu śmiech.

W Chorzowie byli też prezes Paweł Młynarczyk i Michał Kulesza. Gdybym zaczął pisać o błędach, jakie w przeszłości popełnił zarządu Widzewa, to pewnie wyszłaby z tego druga sześciotomowa encyklopedia PWN, ale jakoś łatwiej przychodzi mi wybaczenie im niż rodzinie Cacków. I nie chodzi nawet o to, że po meczu w Chorzowie prezes Młynarczyk miał łzy w oczach, naprawdę był tą kolejną porażką i coraz gorszą sytuacją Widzewa przybity. Nie rozmawiałem tam z żadnym z członków rodziny Cacków, ale mam przeczucie, że zamiast szczerej i pasującej do sytuacji wypowiedzi usłyszałbym jakąś złotą myśl, co powinien zrobić trener, a czego nie zrobił. Bo wtedy to na pewno by się udało.

Łatwiej mi wybaczyć obecnemu zarządowi, nawet mu współczuć, bo doprowadził do zawarcia układu z wierzycielami i do złagodzenia obostrzeń transferowych. Nawet zimowe wzmocnienia drużyny dawały nadzieję na poprawę gry, bo przecież do zespołu dołączyło m.in. trzech byłych mistrzów Polski. Na lepszych piłkarzy klubu nie było stać. To wszystko przez błędy popełnione w przeszłości: rozrzutność, brak pokory i poczucie nieomylności. Klubem rządzili wtedy Mateusz Cacek i Marcin Animucki, a ich decyzje aprobował Sylwester Cacek. Teraz mamy tego pokłosie. Dlatego to ich w pierwszej kolejności winię za obecną sytuację.

Piłkarze

Oczywiście nie będę wszystkiego co złe zwalał tylko na szefów Widzewa. Na niektórych piłkarzy nie mogę już patrzeć, a przecież za nami ledwie trzy ligowe kolejki w tym roku. Mam na myśli choćby Mateusza Cetnarskiego, któremu trener Artur Skowronek dał nie tylko szansę regularnej gry, ale i kapitańską opaskę, by uważany kiedyś za duży talent zawodnik mógł pokazać, co naprawdę potrafi. i stać się prawdziwym szefem drużyny na boisku. Ale Cetnarski po boisku człapie. Poza boiskiem nie jest lepiej. Gdy spytałem go, co jego zdaniem zdecydowało o porażce z Ruchem, rzucił, że rywale wygrali, bo strzelili dwa gole, a jego zespół jednego. Na boisku taki bystry nie był. Mówił też coś o niewykorzystanych okazjach Widzewa (nie wiem, które miał na myśli) i przekonywał, że jest zadowolony z gry drużyny. Nie spytałem go już, z kogo chce zrobić idiotów - z dziennikarzy czy z siebie - bo znałem odpowiedź.

Oczywiście nie tylko do Cetnarskiego trzeba mieć pretensje, bo większość jego kolegów jest nie lepsza. Piszę o nim, bo to kapitan ten żałosnej ekipy.

Porażki Widzewa i ostatnie miejsce w tabeli wynikają głównie z braku umiejętności, ale to przecież polska liga i naprawdę można się w niej utrzymać dzięki determinacji i zwyczajnej ambicji. A piłkarze z al. Piłsudskiego znają to tylko w teorii, mówią o tym przed każdym meczem. Gram amatorsko w piłkę i gdyby co tydzień moja drużyna miała tylko przegrywać, to albo bym to rzucił w cholerę i przerzucił się na nordic walking, albo zrobiłbym wszystko, by w końcu wygrać. No bo ile można zbierać lanie? Może piłkarze Widzewa - Polacy i obcokrajowcy - powinni się gdzieś razem wybrać i po męsku pogadać? Dać sobie po twarzy, jeśli ktoś coś do kogoś ma, napić się piwa i w końcu się obudzić? Ludzie, jesteście sportowcami, w waszej naturze powinno być dążenie do zwycięstw, a wy ciągle dajecie się ogrywać rywalom wcale niewiele lepszym piłkarsko od was. Ile można? Trener Artur Skowronek zaapelował ostatnio, by zdjąć z piłkarzy presję, by nie przypominać im ciągle fatalnych statystyk, ale na Boga - przecież to nie kółko różańcowe, tylko dwudziestu wysportowanych chłopów, których trener kreował na wojowników. Teraz dostaniecie oklep od Lecha Poznań, później od Lechii Gdańsk i tak dalej. Naprawdę wam to pasuje?

Trener

Oczywiście jest też Skowronek i jego błędy, chociaż jego i trenerów w ogóle trochę mi też szkoda. Słyszałem, że szkoleniowiec Widzewa jest zawsze świetnie przygotowany do każdego treningu i meczu, że naprawdę się stara. Czy to jego wina, że potem na boisku piłkarz nie umie podać celnie na trzy metry?

Oczywiście i przy samym Skowronku mam kilka wątpliwości. Już po dwóch meczach runęła jego koncepcja składu z zimy. Piotr Mroziński, który zaczynał ligę jako defensywny pomocnik, w ostatnim meczu był już nie tylko środkowym obrońcą, ale i lewoskrzydłowym. Jedyny naprawdę kreatywny piłkarz i najlepszy asystent w zespole - Veljko Batrović - wciąż nie zasłużył na zaufanie trenera, a bezproduktywny Cetnarski człapie w najlepsze. Kadrowych wątpliwości jest zresztą więcej.

I jest jeszcze kwestia najważniejsza. Skowronek nerwowo reaguje na zarzut, że jego zespół jest źle przygotowany do gry. Zarzeka się, że piłkarze są stale monitorowani i wszystko jest w jak najlepszym porządku. Może więc trzeba zlecić nowe niezależne testy, bo gołym okiem widać, że coś jest nie tak. Eduards Visnakovs nie może wygrać biegowego pojedynku z rywalami, a przecież widzieliśmy go już jako napastnika szybkiego jak błyskawica. Kevin Lafrance, chłop jak dąb, do tego sprawny jak kot, skacze w górę, jakby skakał z podłogi na kartkę papieru. W Chorzowie od 71. min Widzew grał w przewadze jednego zawodnika, ale nie miał sił, by rzucić się na rywala.

Pamiętacie, jak skończyło się 10 lat temu? Widzew wyleciał z hukiem z ekstraklasy. W tym kierunku zmierza także teraz i wciąż nie zobaczyliśmy choćby małego promyka nadziei, by miało się stać inaczej. Tym bardziej że piłkarzom kolejne porażki najwyraźniej nie przeszkadzają. Ich kapitan jest zadowolony. Kontrakt ma do czerwca, jak wielu kolegów najemników. Pójdą grać gdzie indziej, a Widzew w bagnie zostanie.

Obserwuj autora na Twitterze i na derdzik.blox.pl