Trzynasty wyjazdowy mecz Widzewa i trzynasta porażka. Wstyd jak zawsze

Widzew to znakomity rywal, by na własnym stadionie powiększyć sobie punktowe konto i poprawić pozycję w tabeli. W sobotę skorzystała Lechia Gdańsk
W piątym kolejnym meczu trener Artur Skowronek dokonał zmian w wyjściowej jedenastce. Tym razem nie chodziło jednak tylko o kontuzje. Owszem, Kevin Lafrance narzeka na uraz i nie był gotowy do gry, ale już Mateusz Cetnarski czuł się bez zarzutu. Dotychczasowy kapitan łodzian po czterech słabych, bardzo słabych i wręcz fatalnych występach, w końcu wylądował na ławce rezerwowych. Kapitańską opaskę przejął więc drugi w kolejce do tego zaszczytu Krystian Nowak.

Wyrzucenie ze składu Cetnarskiego, który wcześniej miał kierować grą Widzewa, nie przyniosło jednak skoku jakościowego w grze łódzkiej drużyny. Jego koledzy nie potrafili dłużej utrzymać się przy piłce, więc ich akcje były szarpane. Strata goniła stratę, a niecelne podanie niecelne podanie. Gdy gościom udało się z rzadka przedostać w okolice pola karnego rywali, to zwykle psuli dośrodkowanie, które powinno finalizować akcję. Do przerwy Widzew ani razu nie zagroził bramce Mateusza Bąka. Na siłę, jako groźną sytuację, można co najwyżej zaliczyć niecelny strzał Patryka Mikity. Nie, to jednak nie było groźne... Zresztą sam Mikita nadawał się do zmiany w przerwie.

Dodajmy jeszcze, że widzewiacy potrafili też zmarnować dwa jedyne w pierwszej połowie rzuty rożne. Jeden z nich zakończył się zresztą groźną kontrą rywali.

Gospodarze też nie prezentowali się najlepiej, nie podrywali kibiców z ich miejsc. Z pewnością nie grali na miarę swojego stadionu, czyli pięknej PGE Areny. Od rywali byli jednak lepsi, lepiej zorganizowani, silniejsi fizycznie. Wyglądało to trochę tak, jakby średniak z ekstraklasy grał z drużyną z... Młodej Ekstraklasy, m.in. z trójką młodzieżowców w obronie i z trójką w środku pola. Wynik takiej rywalizacji jest łatwy do przewidzenia. I rzeczywiście na przerwę gospodarze schodzili, prowadząc. Oczywiście pomogli im w tym przeciwnicy, którzy w jednej akcji popełnili trzy kolejne błędy zaniechania. Najpierw Yani Urdinov nie zablokował Macieja Makuszewskiego, który dośrodkował w pole karne z prawej strony boiska. Później Patryk Stępiński nie wyskoczył do lecącej do niego piłki i głową w środek pola karnego wbił ją Piotr Wiśniewski. Na koniec nie popisał się Bartłomiej Kasprzak, który nie doskoczył do Stojana Vranjesa, gdy ten strzałem z powietrza z kilkunastu metrów nie dał szans Patrykowi Wolańskiemu. I tak Lechia bez większego wysiłku prowadziła.

Na osłodę pozostawał widzewiakom fakt, że w dwóch poprzednich meczach z drużyną z Gdańska - w lidze i w sparingu - wygrali po 4:1 i w obu meczach jako pierwsi tracili gole. Gdzieś nadziei przecież szukać trzeba...

Drugą połowę to jednak gospodarze zaczęli od mocnego uderzenia. Po błędzie Nowaka na bramkę Widzewa bardzo groźnie strzelał Patryk Tuszyński. Na szczęście dla łodzian nad bramką. I ta sytuacja najwyraźniej trochę ich przebudziła, bo chwilę później w krótkim odstępie czasu stworzyli dwie swoje najgroźniejsze akcje w tym meczu. Najpierw sam przed bramkarzem, ale pod dużym kątem, był Eduards Visniakovs. Strzelał, ale był to strzał zupełnie nieudany. Chwilę potem, też z ostrego kąta, tyle że z drugiego, uderzał Batrović. Również niecelnie. Niecelny był też strzał Pawła Dawidowicza z 54. min. Wtedy jednak piłka trafiła w poprzeczkę po główce pomocnika Lechii.

Później swoje szanse marnowali jeszcze Nikola Leković i Piotr Wiśniewski, aż w końcu Wolańskiego w 77. min ponownie pokonał Vranjes. Było po meczu. "Widzew grać, k... mać" - krzyczeli kibice łodzian, ale Widzew nie umie grać w piłkę. Szczególnie na wyjazdach, gdzie w trzynastym meczu tego sezonu przegrał po raz trzynasty. Na boisku rywala nie zwyciężył już za to po raz 25. Ale, gdy nie oddaje się jednego celnego strzału, jak w sobotę w Gdańsku, to trudno myśleć o przerwaniu tej serii...