Widzew w końcu nie przegrał na wyjeździe. Ale remis to za mało

Dobra wiadomość jest taka, że Widzew w końcu, po raz pierwszy w tym sezonie, nie przegrał na wyjeździe. Zła jest taka, że remis z Cracovią niewiele łódzkiej drużynie daje
Widzewiacy, tym razem ustawieni po staremu, czyli z czwórką, a nie jak ostatnio piątką obrońców, zaczęli mecz ofensywnie. Trener Artur Skowronek zostawił na ławce rezerwowych m.in. Veljko Batrovicia, ale od pierwszej minuty grał za to Mariusz Rybicki.

Funkcję rozgrywającego pełnił Mateusz Cetnarski. I to właśnie kapitan Widzewa jako pierwszy zagroził bramce Cracovii. W 5. min, po ładnej akcji m.in. Krystiana Nowaka i Marcina Kikuta, Cetnarski strzelił zza pola karnego, ale Krzysztof Pilarz zdołał odbić piłkę. Ta akcja była ukoronowaniem przewagi widzewiaków na początku meczu. Później gra się wyrównała, ale lepsze okazje wciąż stwarzali łodzianie. To m.in. strzał z 16 metrów Marcina Kaczmarka (nad poprzeczką) i uderzenie głową Krystiana Nowaka po rzucie rożnym (obok słupka). Z pewnością nie były to szanse 100-procentowe, ale serca piłkarzy i kibiców Cracovii na pewno zabiły mocniej.

Gospodarze aż do 39. min, ale o tym za chwilę, nie mieli takich okazji. Oczywiście próbowali przedostać się pod bramkę widzewiaków, ale razili niedokładnością albo dali się łapać przeciwnikom na spalonych. Przed meczem Skowronek chwalił Cracovię za ofensywną grę, ale tym razem na pochwały piłkarze "Pasów" zasłużyli dopiero na kilka minut przed przerwą. Właśnie wtedy ładną akcję drużyny wykończył mocnym i mierzonym strzałem Giannis Papadopoulos, który po świetnym zagraniu piętą Krzysztofa Danielewicza stanął oko w oko z Patrykiem Wolańskim. Było 1:0. Widzewiacy grali z wyżej notowanym rywalem jak równy z równym, próbowali atakować i często strzelali na bramkę Pilarza (do przerwy było 12 do 3 w strzałach na korzyść łodzian), ale to Cracovia prowadziła. Wcale jednak pierwsza połowa nie musiała się tak zakończyć, bo już w doliczonym czasie gry przed olbrzymią szansą stanął Mariusz Rybicki. Skrzydłowy Widzewa fatalnie jednak przestrzelił.

Drugą połowę zdecydowanie lepiej rozpoczęli gospodarze i szybko powinni podwyższyć prowadzenie. W 54. min sam na sam z Wolańskim ponownie był Papadopoulos, ale tym razem strzelił źle i bramkarz Widzewa odbił piłkę nogami. Prawda jest jednak taka, że gdyby Grek podał w tej sytuacji do idealnie ustawionego i w dodatku niepilnowanego Sebastiana Stebleckiego, to zapewne byłoby 2:0.

Niedługo potem Cracovia miała kolejne szanse, ale dobre kontry psuli Krzysztof Nykiel i Denis Rakels. Gol wisiał jednak w powietrzu i wydawał się kwestią czasu. Na szczęście Skowronek szybko zareagował i wpuścił na boisko dwóch nowych ofensywnych graczy - Batrovicia i Patryka Mikitę (za Rybickiego i Cetnarskiego). I po chwili padła bramka, chociaż akurat bez udziału zmienników. Z autu piłkę wyrzucił Marcin Kaczmarek, podanie przedłużył Krystian Nowak i piłka trafiła pod nogi Rafała Augustyniaka. Jego strzał z bliska obronił jednak Pilarz, ale przy dobitce Piotra Mrozińskiego był już bezradny. W 62. min był więc remis.

Kilka minut później szansę na gola miał Mikita, ale jego pierwszy strzał obronił bramkarz Cracovii, a drugi był już niecelny. Po chwili z kolei przed szansą był Batrović, ale nie przyjął piłki w polu karnym. W końcu coś się jednak pod bramką gospodarzy działo.

Niestety, na tym się właściwie skończyło. Swoją szansę miał jeszcze Kaczmarek, ale sprawiedliwie oddajmy, że i gospodarze mogli zdobyć gola. Najpierw strzał Nykiela obronił jednak Wolański, a później fatalnie pudłowali Rakels i Papadopoulos.

Gdy przegrywa się wszystkie trzynaście meczów na stadionach rywali, to remis w czternastym spotkaniu teoretycznie powinien cieszyć. Tyle tylko, że w sytuacji Widzewa jeden punkt to o dwa za mało. Podbeskidzie Bielsko-Biała swój mecz z Ruchem Chorzów wygrało i powiększyło przewagę nad łodzianami. Oczywiście niezadowolona z remisu była też Cracovia, która walczy o awans do czołowej ósemki ligi, czyli pewne utrzymanie po rundzie zasadniczej. W Krakowie przy ul. Kałuży nikt się więc w sobotni wieczór nie cieszył.