O cudzie i honorze. Widzew prawie spadł z ekstraklasy, ale grać nie skończył

Jeśli w najbliższy czwartek Widzew nie wygra z Podbeskidziem Bielsko-Biała, to spadnie z ekstraklasy. Ale nawet jeśli zwycięży na wyjeździe po raz pierwszy od października 2012, to może się z ligą pożegnać. Łódzka drużyna już nie jest zdana tylko na siebie. Tylko od niej zależy za to, jak zostanie zapamiętana
Oczywiście w sporcie, dopóki piłka w grze, nic nie jest pewne na 100 proc. Nie raz i nie dwa zdarzały się w niej cuda nieprawdopodobne. Jak choćby ten sprzed 15 laty, kiedy w finale Ligi Mistrzów Bayern Monachium pozwolił Manchesterowi United strzelić sobie dwa gole w doliczonym czasie gry i oddał mu puchar. Widzew też już miał swój cud. 18 czerwca 1997 roku na stadionie Legii do 88. min zespół z Warszawy prowadził 2:0, ale łódzki zespół zdobył trzy gole i wyrwał Legii mistrzostwo.

Teraz Widzewowi znów potrzebny jest cud. Zresztą, kto wie, czy nie większy niż wtedy na Łazienkowskiej. Wtedy w drużynie z al. Piłsudskiego grali piłkarze jak na skalę krajową świetni i po prostu miał kto mijać rywali, celnie podawać i strzelać gole. Miał też kto skutecznie bronić dostępu do własnej bramki. Teraz piłkarzy kopiących piłkę tam, gdzie chcą, w łódzkiej drużynie nie ma. Wszystkim rządzi przypadek.

Może nie wszystkim... Przypadkiem nie był piątkowy remis z Jagiellonią Białystok. Obowiązkiem piłkarzy Widzewa było ten mecz wygrać, by zachować szanse na utrzymanie. Walczyli w sumie dzielnie, może nie jak o życie, ale ambicji jednak widzewiakom odmówić nie można. Ale sama walka nie wystarczy nawet na słabego rywala. Trzeba też celnie podawać i celnie strzelać, czasem trzeba odebrać piłkę rywalowi i skutecznie obronić swoją bramkę. W tym sezonie piłkarzom z al. Piłsudskiego, obojętnie którym, bo przewinęły się ich dziesiątki, i obojętnie pod którym trenerem, wychodziło to wszystko zbyt rzadko. Widzew na spadek z ekstraklasy zasłużył. To, że jeszcze z niej nie spadł, to dar niebios, dar Ekstraklasy SA, która zmieniła zasady rozgrywek, i słabość rywali, słabych niemal tak jak on. Ale jednak minimalnie lepszych.

Liczby nie kłamią. Widzew najwięcej meczów w sezonie przegrał i najmniej wygrał. Stracił najwięcej goli i najmniej zdobył. Na stadionie rywala nie wygrał w tym sezonie ani raz, a szans miał aż 17. Czy taki zespół zasługuje na miejsce wśród najlepszych?

Cud? Nie odbierajmy piłkarzom Widzewa ich ostatniej szansy, skoro matematycznie wciąż istnieje. Aby w lidze pozostać, muszą się spełnić dwa warunki. Ten pierwszy - zespół z al. Piłsudskiego musi wygrać wszystkie trzy mecze pozostałe do końca rozgrywek: z Podbeskidziem Bielsko-Biała, Piastem Gliwice i Zagłębiem Lubin. Warunek drugi już nie zależy od niego, tylko od piłkarzy innych drużyn: Korony Kielce, Piasta, Cracovii i Podbeskidzia, bo teoretycznie właśnie te drużyny, oprócz przedostatniego Zagłębia Lubin, które jest niemal w takiej sytuacji jak łódzki zespół, są jeszcze zagrożone degradacją. By Widzew w lidze się utrzymał, to Korona albo Piast nie mogą zdobyć nawet jednego punktu albo Cracovia lub Podbeskidzie mogą zgarnąć tylko po jednym oczku. Przypominam - Widzew musi wygrać wszystkie trzy mecze. Strata przez niego choćby jednego punktu wszystkie szanse przekreśla, wtedy inne wyniki nie mają już żadnego znaczenia.

Dwa mecze Widzew gra na wyjazdach, a przypomnijmy, że nie wygrał 28 kolejnych spotkań na stadionach rywali. Po raz ostatni trzy mecze z rzędu w ogóle wygrał na przełomie sierpnia i września 2012 roku. O takich cudach mowa.

No, ale teoretycznie to możliwe... To więc jeszcze nie jest czas, by się nad piłkarzami łódzkiej drużyny pastwić, by wypominać trenerom ich błędy, by rozliczać i wzywać wszystkich tych dyrektorów sportowych i pseudodziałaczy do dymisji. Czas na to przyjść musi i przyjdzie. W Widzewie, nie patrząc już na teoretycznie możliwy cud, mają jednak jeszcze coś do zrobienia. Liga jeszcze trwa. Trzeba dograć ligę do końca i pożegnać się z nią z honorem. Naprawdę z honorem.

Oczywiście można mieć wątpliwości, czy piłkarzy to w ogóle obchodzi? Czy wiedzą, co to honor? Gdy słucha się ich przed kolejnymi meczami i już po nich, można mieć spore wątpliwości. Niektórzy wydają się oderwani od rzeczywistości. Mateusz Cetnarski, kapitan drużyny, który prowadzi ją do boju z boiska, przekonywał po meczu z Jagiellonią, po grze, na którą momentami nie dało się patrzeć, że Widzew "gra bardzo dobry futbol". Jak przekonać kogoś, kto tak uważa, by zrobił wszystko, by jego drużyna zakończyła ligę z honorem?

Może piłkarzom wbije to do głów ten, który zarządza nią zza linii. Trener Artur Skowronek obiecywał nam zimą waleczny i dobrze grający w piłkę zespół. Słowa nie dotrzymał. Może chociaż na koniec sprawi, że kibice czterokrotnego mistrza kraju, jednego z najlepszych klubów w historii polskiej piłki, nie będą się musieli za swój ukochany Widzew wstydzić. Spadek to nie koniec świata, to część tej gry. W pana rękach pozostaje jednak to, jak Widzew będzie pamiętany po tym sezonie - czy jako słabeusz, ekipa bez charakteru, czy jako ktoś, kto pożegnał się z ekstraklasą z honorem. Kto wie, czy przed panem nie jest zadanie najważniejsze z tych dotychczasowych w klubie z al. Piłsudskiego.