Widzew rozbity przez Podbeskidzie Bielsko-Biała. Na kolanach do pierwszej ligi

To już jest koniec. Porażką z Podbeskidziem Bielsko-Biała Widzew przypieczętował swój spadek z ekstraklasy. Ostatnie dwa mecze, jakie zostały do końca sezonu, będą dla piłkarzy z al. Piłsudskiego meczami o honor.
Zanim jeszcze piłkarze Widzewa wyszli na boisko stadionu w Bielsku-Białej, jego kibice dzielili się na dwie grupy: realistów, którzy w ocenie szans swojej ulubionej drużyny na utrzymanie kierowali się rozumem i nie widzieli na to żadnych szans, i na tych, którzy kierowali się sercem.

Oni powtarzali jak mantrę, że dopóki są choćby minimalne, nawet mikroskopijne szanse na pozostanie w piłkarskiej elicie, to wierzyć trzeba, bo to kibicowski obowiązek. W czwartek późnym wieczorem mogło przybyć albo jednych, albo drugich. Zresztą wystarczyło, by Widzew nie wygrał z Podbeskidziem, by wszystko było jasne. Bo tylko trzy punkty przedłużały szanse łodzian na utrzymanie.

Ale jak tu nagle wygrać na stadionie rywala, skoro widzewiakom nie udało się to w 29 kolejnych meczach? Tym bardziej z Podbeskidziem niepokonanym u siebie od 11 spotkań... Plan trenera Artura Skowronka nie był zaskakujący. Jego zespół po prostu miał grać po swojemu - gdy rywal rozpoczynał akcje, widzewiacy mieli go atakować wysokim pressingiem, zmuszać do błędów i przechwytywać piłkę, a gdy oni sami wyprowadzali akcje, mieli je starannie budować i czekać na dobrą okazję do strzału lub zagrania do Eduardsa Visnakovsa. I nie był to plan zły. Do 20 min prawie wszystko szło dobrze, łodzianie mieli przewagę i stwarzali bramkowe okazje. Szwankowało jedynie wykończenie akcji. Strzały z dystansu były niecelne, a po uderzeniu z bliska głową Povilasa Leimonasa Podbeskidzie uratowały interwencja Richarda Zajaca i słupek. Przewaga gości rosła i można było oczekiwać gola. Ten padł, ale... dla rywali. W 21. min Leimonas faulował w polu karnym Fabiana Pawelę i rzut karny na gola zamienił Dariusz Kołodziej.

Ta bramka zupełnie rozbiła widzewiaków i dopiero w samej końcówce pierwszej połowy podeszli bliżej bramki rywali. Ci oczywiście cofnęli się pod swoje pole karne i czyhali na kontry. Po jednej z nich przed szansą na podwyższenie wyniku był Marek Sokołowski, ale przestrzelił.

Na pierwszą bramkową okazję dla Widzewa po przerwie czekaliśmy do 51 min, gdy Marek Wasiluk trafił z rzutu wolnego w poprzeczkę. Za to gospodarze... strzelili gola. W 60. min przy wyprowadzaniu piłki fatalny błąd popełnił Piotr Mroziński, który podał ją Dariuszowi Łatce, a ten odegrał do Damiana Chmiela. Pomocnik Podbeskidzia mocnym strzałem nie dał szans Patrykowi Wolańskiemu i było 2:0. I było po meczu. I było po ekstraklasie. W doliczonym czasie gry łodzian dobił jeszcze Krzysztof Chrapek.

Ten mecz tylko potwierdził, że Widzew zasłużył na spadek, w ekstraklasie nie ma od niego gorszych drużyn. Duża grupa piłkarzy łódzkiej drużyny nie jest jeszcze po prostu gotowa, by grać w najwyższej klasie rozgrywkowej. Na pewno nie razem na boisku i do tego prowadzona przez tak niedoświadczonego trenera, jakim jest Artur Skowronek. I oni i on muszą się jeszcze dużo uczyć. Teraz pójdą do szkoły, do pierwszej ligi.

To już trzeci spadek Widzewa w tym stuleciu i drugi, od kiedy przejął go Sylwester Cacek. Co teraz zrobi szef klubu? Przyszłość Widzewa wciąż zależy od niego, a to nie wróży nic dobrego. Długi klubu i kolejne spadki drużyny to niezbite dowody...

Podbeskidzie - Widzew 3:0 (1:0)

Gole: Kołodziej (22., z rzutu karnego), Chmiel (60.), Chrapek (90.+3)

Podbeskidzie: Zajac - Górkiewicz, Telichowski, Konieczny, Pietruszka - Sokołowski, Łatka, Kołodziej (46. Malinowski), Iwański, Chmiel (89. Bartlewski) - Pawela (72. Chrapek).

Widzew: Wolański - Leimonas (61. Rybicki), Nowak, Mroziński, Wasiluk - Okachi, Kasprzak - Alex (72. A. Visnakovs), Cetnarski, Kaczmarek - E. Visnakovs.

Sędziował: Marcin Borski z Warszawy