Dyrektor Widzewa odleciał całkowicie [OPINIA]

Według dyrektora sportowego Widzewa celem drużyny jest promowanie piłkarzy, a nie sukces sportowy. Czy kogoś dziwi więc spadek z ekstraklasy w fatalnym stylu?
Wyobraźcie sobie państwo firmę. Kiedyś była wielka, rozpoznawana w całej Europie, sprzedawała swoje wyroby z wielkim zyskiem. Teraz ma potężne problemy, bo konkurencja ją wyprzedziła o kilka długości. Ale ma szansę utrzymać się na rynku. Warunkiem jest jednak zatrudnienie fachowców, którzy sprawią, że produkty będą lepsze i przede wszystkim bardziej konkurencyjne. Zarządcy nie chcą tego zrobić, choć zakład tonie. Przekonują, że wykwalifikowani pracownicy są im niepotrzebni, bo za kilka lat obecny - niewykwalifikowani - też się nauczą. A że firma upadnie? Trudno, nam zostanie satysfakcja, że chcieliśmy dobrze.

Taką właśnie firmą jest obecnie Widzew. Do niedawna jeden z najbardziej rozpoznawanych w kraju i poza nim. Ostatni z polskich, który grał w Lidze Mistrzów, a wcześniej potrafił wyeliminować z europejskich pucharów takie potęgi jak Liverpool, Manchestery czy Juventus. Klub, który wychował takie gwiazdy jak Zbigniew Boniek, Józef Młynarczyk, Włodzimierz Smolarek i wielu innych.

Dziś Widzew tonie, a na dno ciągną go nieudolne władze. "Gdybyśmy podeszli do sprawy zadaniowo, to może byłoby inaczej. Jednak zamknęłoby nam to drogę na przyszłość i znów pojawiłyby się problemy. Tak było kiedyś, że stawiano na to, by osiągnąć szybki sukces, i zostały z tego tylko długi. Trzeba wyciągać wnioski i budować zespół na tym, co przynosi zyski, czyli na młodych polskich piłkarzach, bo to przede wszystkim na nich zarobiliśmy do tej pory. Z tych doświadczeń chcemy korzystać. Odpowiadając więc na pytanie - właśnie taka była koncepcja, postawiliśmy na młodych" - mówi w wywiadzie z "Wyborczą" Michał Wlaźlik, dyrektor sportowy Widzewa. Dla niezorientowanych, to odpowiedź na pytanie, czy nie lepiej byłoby postawić na kilku bardziej doświadczonych piłkarzy, którzy skuteczniej walczyliby o uratowanie ekstraklasy. Gdy to przeczytałem, nie wierzyłem, że powiedział to dyrektor odpowiadający za sport. To jednak prawda. Dla Wlaźlika ważniejsze jest sprzedawanie zawodników niż sportowy sukces, jakim jest gra w ekstraklasie.

Takie stanowisko świadczy o dyletanctwie dyrektora sportowego. Po pierwsze, młodzi zawodnicy, na których Wlaźlik chce zarabiać, muszą się od kogoś uczyć. Na razie Krystian Nowak uczy się od Rafała Augustyniaka, a ten od Piotra Mrozińskiego. Efektem tej edukacji jest obrona dziurawa jak ser i ostatnie miejsce w tabeli. Wlaźlik to młody człowiek, który zapewne nie wie, że w I lidze od gry w piłkę ważniejsza jest walka i doświadczenie. Trudno więc zakładać, by utalentowani widzewiacy w najbliższym sezonie rozwinęli się tak, by można było ich z zyskiem sprzedać.

"Chcieliśmy jak najlepiej, ale wyszło jak wyszło" - mówi dalej Wlaźlik. I zapowiada powrót do wzorców, które pozwoliły pozyskać Kasprzaka, Pawłowskiego, Phibela czy Wolańskiego. Jest tylko jedno ale... Z ich odkryciem obecny dyrektor sportowy nie miał na szczęście nic wspólnego. Więcej, trenera, który ich znalazł i wypromował, Wlaźlik i jego koledzy z zarządu zwolnili. Przypominam też, że to nie Wlaźlik, ale Radosław Mroczkowski namówił Grzegorza Waraneckiego, by opłacał kontrakt Eduardsa Visnakovsa, jednego z ostatnich zawodników, na których Widzew może zarobić. Wlaźlik i obecny trener odpowiadają za transfery Geli, Mikity czy Bogusławskiego. To najlepiej pokazuje fachowość ludzi podejmujących decyzje w klubie. Jeśli dodać do tego nieudolnego trenera, to przyszłość Widzewa jawi się w coraz ciemniejszych barwach.