Widzew - klub amatorski [KOMENTARZ]

Gdy kasa klubu jest pusta, trzeba postawić na szkolenie. W Widzewie postawiono na amatorów
W futbolu są dwie drogi do sukcesu. Pierwsza polega na sprowadzaniu ukształtowanych piłkarzy, którzy zapewnią przewagę nad rywalami. To łatwiejszy sposób, oczywiście jeśli klub jest bogaty i stać go na kupowanie lub przynajmniej zaoferowanie zawodnikom większych pieniędzy niż mieliby u rywali. Tak działał Widzew na początku panowania rodziny Cacków. Trzeba było zatrzymać Marcina Robaka, choć PZPN odebrał awans do ekstraklasy? Podniesiono mu pensje. Podobnie z innymi zawodnikami, który pchali się do zespołu drzwiami i oknami. Efektem jest teraz sądowy układ z wierzycielami.

A co w sytuacji, gdy kasa jest pusta? Wtedy trzeba postawić na szkolenie. Szukać młodych piłkarzy, których nie dostrzegli potentaci, i pracować z nimi. Ten scenariusz też w Widzewie przerabialiśmy. Radosław Mroczkowski i jego współpracownicy znajdowali prawdziwe perełki, jak Bartłomiej Pawłowski, Eduards Visnakovs, Krystian Nowak, Pricewill Okachi czy Alex Bruno. Nie dość, że młodzi gracze pomagali w zdobywaniu punktów, to jeszcze można na nich sporo zarobić. Bo przy fachowcach robili postępy.

Dziś w Widzewie nie ma niestety ani pieniędzy, ani fachowców. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że sympatyczny pan Włodek Tylak nagle dozna olśnienia i zacznie wyciągać z okolicy talenty na miarę wyżej wymienionych. Dla 13-latków, z którymi ostatnio pracował, nawet pierwsza liga to jeszcze za wysokie progi. Nie wierzę też, że ma w notesie kilkanaście nazwisk na miarę choćby Mariusza Rybickiego czy Rafała Augustyniaka. Jakoś nie mogę przypomnieć sobie, by w ostatnim dwudziestoleciu odkrył jakiegoś choćby znanego gracza.

Tylak nie może też liczyć na pomoc władz klubu. Rozdający karty w Widzewie Grzegorz Bakalarczyk przysyłał w przeszłości na sprawdziany zawodników, którym szkoleniowcy dziękowali po kilku minutach, bo nie nadawali się do trzecioligowych rezerw.

Mroczkowski mógł liczyć na pomoc Tomasza Kmiecika, Andrzeja Woźniaka, były piłkarzy, wybitnych, jak ten ostatni. Efektem była eksplozja Patryka Wolańskiego. Nie będzie miał obok braci Bortników, doskonale przygotowanych teoretycznie. Tylakowi mają pomagać ludzie anonimowi, czyli Jacek Jankowski i Jakub Grzeszczakowski. Obaj ani nie byli piłkarzami, ani nie są - i raczej (obym się mylił) długo nie będą - trenerami z prawdziwego zdarzenia. Praktycznie każdy z ich podopiecznych wie o piłce więcej od nich. Nawet skreślony w ostatniej chwili ze sztabu Rafał Pawlak to przy nich Louis van Gaal. Nie wyobrażam sobie, żeby Jankowski był w stanie nauczyć czegoś o 20 lat starszego od siebie Macieja Mielcarza czy nawet Patryka Wolańskiego i Macieja Krakowiaka. Drugi z asystentów kojarzy mi się nie z karierą piłkarską czy trenerską, ale z tym, że jest synem trenera, który przez lata pracował w Widzewie z młodzieżą. Bez sukcesów.

Jedynym atutem młodych szkoleniowców jest to, że podobno zgodzili się na symboliczne wynagrodzenie. Za to do CV będą mogli sobie wpisać, że pracowali w Widzewie. Bo choć to klub działający dziś na amatorskich zasadach i po amatorsku zarządzany, to wciąż mający wielką historię. Tyle tylko, że coraz mniej ludzi o niej pamięta, a obecni włodarze robią wszystko, by niegdysiejsze sukcesy coraz szybciej odchodziły w zapomnienie.

Konkluzja jest taka, że jeśli jesteś biedny, to powinieneś przynajmniej mądrze wydawać pieniądze. W Widzewie robią wszystko na odwrót.