David Kwiek opowiada o Widzewie, kontuzjach, Kanadzie, Szwajcarii i... braku menedżera

- W Łodzi więcej czasu spędziłem w gabinecie lekarskim niż na boisku - mówi David Kwiek, polsko-kanadyjski piłkarz Widzewa, który wrócił z półrocznego wypożyczenia do Okocimskiego KS Brzesko
Maciej Nowocień: W mediach różnie przedstawia się pańskie imię. Jest pan Dawidem czy Davidem?

David Kwiek: Wszyscy zwracają się do mnie po polsku, czyli Dawid, a nie "Dejwid". W związku z faktem, że urodziłem się w Niemczech, w dokumentach widnieje "David". Dlatego przykładowo w banku wpisuję wersję przez "v", żeby wszystko zgadzało się z tym, co potem sprawdza się w dowodzie osobistym.

Jest pan Polakiem, który urodził się w Niemczech, a wychowywał się w Kanadzie.

- Gdy miałem parę lat, rodzice, którzy są Polakami, zdecydowali się na wyjazd do Kanady. Pojechałem więc z nimi. Oni zostali tam na dłużej, a ja zdecydowałem się na powrót do kraju. Mieszkałem tam dziesięć lat i również grałem w piłkę. W Kanadzie w tych czasach ciężko jednak było uprawiać ten sport zawodowo, jedynie amatorsko. Teraz się to zmienia. Niektóre kanadyjskie zespoły grają nawet w Major League Soccer [zawodowa liga piłkarska w USA - przyp. red.].

Do Polski wrócił pan, by grać w piłkę?

- Można powiedzieć, że tak. Podczas jednego z polonijnych turniejów w Kanadzie wypatrzyli mnie trenerzy Wisły Kraków i dostałem zaproszenie do tego klubu, z którym potem podpisałem kontrakt.

Miał pan jakieś problemy związane z powrotem do kraju?

- Miałem kłopoty z językiem, bo wracając do Polski, nie umiałem pisać i czytać po polsku. W Kanadzie nie było po prostu takiej potrzeby. Lepiej było z językiem w mowie, bo używaliśmy w domu polskiego. Po przyjeździe do Krakowa podjąłem jednak naukę i szybko podłapałem. Swobodnie używałem polskiego już po roku. Poza tym w szkole sobie radziłem, zdałem maturę, więc tragedii nie było. Bardzo dobrze rozmawiam po polsku i angielsku. Znam też trochę francuski, bo to drugi urzędowy język w Kanadzie. Używałem go też podczas gry w Szwajcarii.

Wisła, do której pan trafił, wiodła wówczas prym w polskiej piłce.

- Wisła rzeczywiście była wówczas bardzo mocna. Juniorów czy młodzieżowców w pierwszej drużynie nie było w ogóle. To było ogromne przeżycie trenować czy zagrać w Pucharze Ekstraklasy z tak znanymi zawodnikami, bo połowa drużyny Wisły to byli reprezentanci Polski. Ciężko było się jednak przebić i na dłużej zostać, dlatego po zdobyciu mistrzostwa Młodej Ekstraklasy zdecydowałem się rozwiązać kontrakt. Zresztą żaden piłkarz z naszej ekipy nie został wtedy włączony do pierwszej drużyny.

Wyjazd do Szwajcarii był dobrym ruchem?

- Ciężko powiedzieć. Teraz trochę żałuję, bo kilku chłopaków przemęczyło się kolejny sezon w Młodej Ekstraklasie i dostało nareszcie swoją szansę. Tym bardziej że miałem dobrą pozycję w tej drużynie i u trenera Tomasza Kulawika. Byłem niecierpliwy, ale to już historia.

Ostatecznie nowym pana klubem został Signal Bernex-Confignon, a następnie grał pan w Yverdon Sport.

- Miałem tam dobre warunki. Regularnie grałem na zapleczu ekstraklasy, zaliczyłem kilka bramek i parę asyst. Potem drużyna się rozsypała, brakowało też sponsorów. Dobrze jednak wspominam te czasy. Grałem w fajnej lidze i na fajnym obiekcie.

Wracając do Polski, trafił pan jedynie do drugoligowego LKS Nieciecza. Dlaczego?

- Działam bez pomocy menedżera...

...mówi pan poważnie?

- Tak wyszło. Zawsze grałem tam, gdzie mnie chcieli.

To niecodzienna sytuacja w dzisiejszym futbolu.

- Rzeczywiście, znam niewielu kolegów piłkarzy, którzy działają bez pomocy menedżera. Wiadomo, że takie osoby różnie wpływają na karierę. Menedżerowie mimo wszystko sporo pomagają, szukają klubu, ale tak jest mi dobrze.

Był szok po powrocie z dużego klubu do malutkiego LKS Nieciecza?

- Ogromny. Nawet nie można tego porównać. Trzeba było się jednak przestawić i nie narzekać. Dostałem propozycję od trenera Marcina Jałochy, którego znałem z Wisły Kraków. Zadzwonił do mnie i zdecydowałem się pójść tam grać.

Ma pan 26 lat i tylko jeden występ w ekstraklasie.

- Muszę przyznać, że to bardzo mało. Po przyjściu do Widzewa borykałem się jednak z licznymi kontuzjami, dlatego na razie nie najlepiej wspominam pobyt w Łodzi. Więcej czasu spędziłem w gabinecie lekarskim niż na boisku. Mam nadzieję, że to już za mną.

Był czas, kiedy w przedsezonowych sparingach łapał pan kontuzję za kontuzją...

- I pech chciał, że to nie były sprawy mięśniowe i fakt, że byłem kontuzjogenny, tylko po prostu nieszczęście. Miałem złamany nos, rozcięty łuk brwiowy. To były przypadkowe kontuzje. Najgroźniejszym urazem była złamana kostka na treningu, podczas którego zostałem kopnięty. Potrzebna była operacja.

Na odbudowę po tej kontuzji został pan wypożyczony do Okocimskiego KS, który grał w I lidze.

- W stu procentach gotowy do gry byłem dopiero w marcu po półrocznym leczeniu. Czułem się już jednak dobrze i rozegrałem całą rundę i oceniam swoją grę pozytywnie. To cieszy, bo do zespołu zimą dołączyłem jako ostatni. Trochę jednak pograłem i byłem zadowolony ze swojej dyspozycji.

Ma pan doświadczenie w grze w I lidze. Co może pan powiedzieć o zapleczu ekstraklasy?

- To nie jest łatwa liga. Sporo drużyn stawia twarde warunki i walczy o wynik. Przykładowo w ostatnim meczu Dolcan nie chciał atakować nas pressingiem, tylko grać z kontry, bo po stracie gola gra się o wiele trudniej. Duże znaczenie mają także stałe fragmenty gry, bo w naszych meczach po nich padły cztery bramki. Najważniejsze są punkty, a na styl gry nikt nie patrzy.

Wracając z Brzeska do Łodzi, liczył pan na grę w barwach Widzewa w ekstraklasie, a nie w I lidze.

- To prawda. Szkoda, że chłopakom się nie udało, bo bardzo im kibicowałem. Niewiele zabrakło, ale ostatecznie zabrakło...

Jeśli Widzew nie wróci do ekstraklasy, ciężko będzie panu jeszcze zaistnieć na najwyższym szczeblu rozgrywkowym.

- Trochę w piłkę już gram i nauczyłem się, że nie ma co patrzeć daleko przed siebie. Trzeba skupić się na następnym meczu. Mamy młodą drużynę i spore umiejętności. Mam nadzieję, że z czasem przekonamy kibiców do siebie.

Jeden punkt w dwóch meczach to na razie mało.

- Zdecydowanie za mało, ale też trochę niezasłużenie mamy tylko jedno oczko. W Katowicach byliśmy o wiele lepszym zespołem niż GKS. Błędy popełnił nasz kapitan, ale to się zdarza każdemu. Podnieśliśmy się po tej porażce. Jeśli chodzi o spotkanie z Dolcanem, to wielu piłkarzy debiutowało przed własną publicznością i nie tak to miało wyglądać. Pokażemy jeszcze, że stać nas na więcej.