Grzeszczyk vs. Widzew 2:0. Sandecja pogrążyła łodzian

Widzew Łódź zanotował najsłabszy występ w tym sezonie I ligi. Podopieczni Włodzimierza Tylaka przegrali z Sandecją Nowy Sącz 0:2 i zaprezentowali się wyjątkowo fatalnie. A oba gole w meczu strzelił Łukasz Grzeszczyk... były gracz z al. Piłsudskiego
Piłkarze Widzewa to spadkowicz z ekstraklasy, który podobno chce walczyć o powrót na najwyższy szczebel rozgrywkowy. Podobno, bowiem tak zapowiada jedynie zarząd klubu. Drużyna kompletnie nie nadaje się do walki o ekstraklasę, a po takim występie, jak w sobotę w Nowym Sącz, można martwić się o pozostanie Widzewa w I lidze. Ale po kolei...

Wydawało się, że od pierwszych minutach w formacji ofensywnej Widzewa kibice zobaczą Adama Dudę. Dotychczasowy napastnik Eduards Visnakovs nie chce bowiem gać dla Widzewa, a w perspektywie ma odejście do Ruchu Chorzów lub Lechii Gdańsk. Tylak zdecydował się znów postawić na Łotysza, który w tym sezonie naprawdę nie może odnaleźć się w łódzkiej drużynie.

Na kilka minut przed rozpoczęciem spotkania w Nowym Sączu zaczął padać deszcz, co z pewnością zmartwiło piłkarzy obu drużyn. Na szczęście rozpogodziło się tuż przed pierwszym gwizdkiem sędziego, a zawodnicy rozpoczęli mecz w niemal idealnych warunkach. Przed spotkaniem gracze Widzewa zapowiadali, że muszą zachować koncentrację szczególnie w pierwszych minutach spotkania. W poprzednich meczach to właśnie przez inauguracyjne pół godziny łodzianie tracili najwięcej bramek. Trzeba przyznać, że uwagi trenera wzięli sobie do serca, grali agresywnie pressingiem i częściej operowali piłką od gospodarzy. Dobrą sytuację strzelecką miał m.in. Bartłomiej Kasprzak, jednak zamiast dobrze zachować się w polu karnym, próbował wymusić faul i "jedenastkę". Widzewiacy skupieni grali tylko przez kilka minut. Z czasem wrócili do takiego stylu, jaki prezentowali w meczach z GKS Katowice i Dolcanem Ząbki. Najpierw gorąco pod bramką Macieja Krakowiaka zrobiło się, gdy Konrad Wrzesiński stracił piłkę w obrębie pola karnego, ale uratowali go koledzy.

Nie od dziś wiadomo, że drużyny muszą obawiać się zawodników, którzy w przeszłości grali w jej barwach. W spotkaniu z Widzewem szczególnie dobrze chciał pokazać się Łukasz Grzeszczyk, który w przeszłości reprezentował klub z Piłsudskiego. Pomocnik Sandecji zabłysnął w 8. minucie, kiedy to otrzymał idealne podanie na głowę i pokonał Macieja Krakowiaka. Trzeba przyznać, że bramkarz Widzewa mógł lepiej zachować się w tej sytuacji, a nie popisała się także formacja obronna łodzian. Od momentu strzelenia gola Sandecja przejęła inicjatywę na boisku. Bliscy podwyższenia wyniku byli Adrian Danek i ponownie Grzeszczyk, który rozgrywał naprawdę dobre zawody. Szansę mieli też widzewiacy, ale Visnakovs nie wykorzystał znakomitego dośrodkowania Mariusza Rybickiego.

Z czasem mecz wyrównał się, ale to Sandecja optycznie prezentowała się lepiej na tle spadkowicza z ekstraklasy. Gospodarze grali mądrze piłką i nie mieli żadnych kompleksów wobec rywala. Tymczasem Widzew wciąż nie mógł pozbyć się koszmarnych błędów w obronie. Najpierw defensorzy z Łodzi nie przechwycili prostopadłego podania, a Danka powstrzymał jedynie Krakowiak. Gdyby chwilę później Traore opanował piłkę w polu karnym, byłoby 2:0.

W odróżnieniu do Widzewa, Sandecja mądrze grała w obronie. Każda próba strzału łodzian kończyła się fiaskiem, a szczelne i agresywne krycie uniemożliwiało sprawne rozegranie akcji. Wystarczy wspomnieć, że gospodarze w pierwszej połowie trzykrotnie zostali ukarani przez arbitra żółtymi kartkami.

Co ciekawe, Tylak nie zdecydował się w przerwie zmienić żadnego ze swoich zawodników, nawet najsłabiej spisującego się na boisku Wrzesińskiego. Na boisku pozostał także kompletnie niewidoczny Visnakovs. Wydaje się, że w drugiej połowie szkoleniowiec Widzewa poradził swoim graczom próbować więcej strzałów z dystansu, bowiem na takie zdecydowali się Kozłowski, Kwiek i Augustyniak. Do bramki doleciała próba tylko pierwszego z nich, a piłkę bez problemu złapał Marek Kozioł. Prowadzący gospodarze grali swobodnie, a na finezyjną akcję zdecydował się duet Traore-Bębenek. Całe szczęście, że w porę zainterweniował Kozłowski, bo kapitan Sandecji miał niemal stuprocentową sytuację. Tylak na zmianę zdecydował się dopiero w 61. minucie, a na boisko za Visnakovsa wszedł Duda. I trzeba przyznać, że jeśli Łotysz myśli o zatrudnieniu w nowym klubie, musi odzyskać formę. Chwilę później znów o sobie dał znać Grzeszczyk. Po stracie Wrzesińskiego podopieczni Jozefa Kostelnika wyprowadzili kontrę, a Traore sprytnie zagrał do Bębenka. Ten z kolei świetnie dośrodkował do kompletnie niepilnowanego Grzeszczyka, a były pomocnik Widzewa po raz drugi głową pokonał Krakowiaka. Tylak nareszcie zareagował i Wrzesińskiego zastąpił powracający dopiero do kontuzji Veljko Batrović. Wydawało się, że z minuty na minutę widzewiacy mają coraz mniej chęci do gry. Gospodarze ogrywali łodzian jak juniorów, pozwalając sobie na swobodę nawet pod polem karnym (!) Widzewa. Trudno znaleźć jakiekolwiek pozytywy w grze Widzewa, szczególnie, że to Sandecja wciąż dominowała na boisku. Niewiele brakowało, a byłoby 3:0, bo obrońcy Widzewa kompletnie nie pilnowali napastnika Sandecji. Nie reagował także trener Włodzimierz Tylak, który do Nowego Sącza pojechał chyba w roli kibica. Jedynymi jego radami z ławki rezerwowych było niezbyt głośne "no, grajcie!". No to grali... i przegrali 0:2 po naprawdę kompromitującym meczu.

Sandecja Nowy Sącz - Widzew Łódź 2:0 (1:0)

Bramki: Łukasz Grzeszczyk 8, 63

Sandecja: Kozioł - Makuch (66. Bartków), Cicman, Szufryn CZ (2xŻ), Frańczak Ż, Bębenek, Urban Ż (59. Szczepański), Nather, Danek Ż (56. Kalisz), Grzeszczyk, Traore

Widzew: Krakowiak - Kozłowski, Nowak, Mroziński, Del Toro, Augustyniak (88. Warchoł), Kasprzak, Rybicki, Wrzesiński (65. Batrović), Kwiek, Visnakovs (61. Duda).