Andrzej Grajewski chce ratować Widzew. My w to nie wierzymy [OPINIA]

- Chcielibyśmy wierzyć w dobre intencje Andrzeja Grajewskiego, w to, że z dobroci serca chce pomóc Widzewowi. Ale nie wierzymy - piszą Jarosław Bińczyk i Bartłomiej Derdzikowski, dziennikarze ?Wyborczej? i Łódź.sport.pl.


Andrzeja Grajewskiego nie widzieliśmy na Widzewie przez lata. Aż do ostatniej zimy, kiedy zaczął pojawiać się na sparingach. Nikt go nie przeganiał, więc zachęcony tym latem jeszcze bardziej zbliżył się do klubu, podsyłając na treningi piłkarzy, których reprezentuje. W swoim stylu przekonywał, że są najlepsi. Gdy na boisku okazywało się coś zupełnie innego, swoich graczy porzucał. "Proszę mnie z nimi nie wiązać. To byłoby nieeleganckie" - mówił dziennikarzom.

Szefów Widzewa jednak tym nie zniechęcił i wkrótce reprezentował klub przy sprzedaży Eduardsa Visnakovsa. Przyszła jesień i Grajewski już rozdaje karty w drużynie. To on przekonał szefów Widzewa, by na trenerską ławkę wrócił Rafał Pawlak. Oczywiście były współwłaściciel klubu z al. Piłsudskiego działa w nim nieformalnie, co lubi najbardziej. Na początku wieku też rządził z tylnego siedzenia. Mianował się wtedy menedżerem generalnym. Dokumenty podpisywali inni i to oni tłumaczyli się później w prokuraturach, a było z czego...

Sylwester Cacek współpracy z Grajewskim się nie wypiera. "Uważam, że należy ściągać wszystkich ludzi z doświadczeniem" - tłumaczy. Chyba jest tak, że zniechęcony fatalną postawą drużyny, błędem z powierzeniem drużyny Włodzimierzowi Tylakowi i krytyką swoich działań, w ogóle zmęczony Widzewem, z ulgą oddał pion sportowy w zarządzanie jedynej osobie, która chciała go wziąć. Niech teraz ktoś inny to pociągnie, może wyjdzie lepiej.

"Jeżeli chcesz, by ktoś ci pomógł, to mogą to zrobić tylko widzewiacy" - przekonuje Grajewski, sugerując, że pomaga Widzewowi z sentymentu, dobroci serca, a do tego bezinteresownie. Na szczęście - tak jak my - nie wszyscy w to wierzą. Owszem, pamiętamy wkład Grajewskiego w sukcesy z lat 90. ubiegłego wieku, ale pamiętamy też, co później zrobił z klubem. O jego metodach i fatalnym traktowaniu ludzi słyszeliśmy dziesiątki opowieści tych, którzy musieli z nim współpracować. Pamiętamy, jakich piłkarzy wciskał do drużyny, jak w klubie gasło światło z powodu niezapłaconych rachunków, kolejkę wierzycieli, strajkujących pracowników, pożyczki na lichwiarski procent i w końcu upadek Widzewa.

Oczywiście każdy zasługuje na drugą szansę i chcielibyśmy wierzyć w dobre intencje Grajewskiego. Ale jakoś nie możemy uwierzyć w przemianę. Jak bardzo byśmy się nie starali, to z głowy nie wyjdzie nam myśl, że Grajewski robi to wszystko nie z miłości do klubu, ale dlatego, że widzi w tym szansę na zarobek dla siebie.

W wywiadzie, jakiego "zbawiciel" Widzewa udzielił "Wyborczej", wymienia też nasze nazwiska, mówiąc, że chcielibyśmy, aby trenerem drużyny był Radosław Mroczkowski (dodając oczywiście, że nie ma takiej możliwości). Rzeczywiście, uważamy Mroczkowskiego za bardzo dobrego fachowca, który w dodatku kocha klub. Poza tym ma rzadki wśród polskich trenerów dar: potrafi znaleźć piłkarski diament i go oszlifować. Widzew miał z tego nie tylko korzyści sportowe, ale też finansowe. Wystarczy wspomnieć Mariusza Stępińskiego, Thomasa Phibela, Bartłomieja Pawłowskiego czy Eduardsa Visnakovsa.

Prawdą jednak jest, że Mroczkowski nie jest jedynym trenerem Widzewa w ostatnich latach, którego ceniliśmy. Wiele dobrego możemy też powiedzieć o Michale Probierzu, Waldemarze Fornaliku, Pawle Janasie, Andrzeju Kretku i Czesławie Michniewiczu. Ich też uważamy za fachowców, cenimy ich warsztat i pamiętamy zaangażowanie w pracę. I ich wszystkich z klubu pozbył się Sylwester Cacek. Byli dla niego dobrzy tylko na krótką metę, do czasu, aż przekonali się, jak właściciel Widzewa zarządza, jakim ludziom daje władzę, i do czasu, kiedy przeciw temu protestowali. Dziś żaden z nich, łącznie z Mroczkowskim, nie ma o ludziach rządzących klubem z al. Piłsudskiego wiele dobrego do powiedzenia. Złych wspomnień mają aż nadto, ale wszyscy mają klasę i nie mówią o tym na głos. Dla dobra Widzewa.

Nie cenimy jako trenera Rafała Pawlaka. Jego wyniki mówią zresztą same za siebie. W ubiegłym sezonie prowadził drużynę w 12 meczach, z których przegrał aż dziewięć. Fatalny styl gry też pamiętamy, podobnie jak brak reakcji na to, co się dzieje na boisku. To on w dużej mierze przyczynił się do spadku z ekstraklasy. To jedna strona. A druga? Aż za dużo wiemy o tym, jak Pawlak kopał dołki pod Włodzimierzem Tylakiem. Jak za jego plecami go krytykował. Trudno nam za kogoś takiego trzymać kciuki. Tym bardziej że Pawlak to typ trenera figuranta, który w dodatku zrobi wszystko, by zdobyć posadę, a potem ją utrzymać.

Trzymamy kciuki za Piotra Szarpaka, który ma pomagać Pawlakowi w pracy, trzymamy kciuki za piłkarzy, za Widzew w ogóle. Pawlakowi i Grajewskiemu nie umiemy kibicować. Ten drugi mówi, że jest jednym z tych, którzy chcą wyciągnąć z błota tabliczkę z napisem "Widzew". A kto, jak nie pan, ją przed laty w błoto wrzucił i jeszcze porządnie w nim wytarzał?