Józef Młynarczyk: "Widzew był wielką rodziną, a dziś..."

- W Widzewie spędziłem cztery lata, których nigdy nie zapomnę. Najszczęśliwsze chwile w karierze przeżyłem w Łodzi - mówi Józef Młynarczyk, legenda łódzkiego klubu
ROZMOWA Z

JÓZEFEM MŁYNARCZYKIEM

NAJLEPSZYM BRAMKARZEM W HISTORII WIDZEWA, SREBRNYM MEDALISTĄ MISTRZOSTW ŚWIATA, ZDOBYWCĄ PUCHARU EUROPY Z FC PORTO. DZIŚ M.IN. TRENEREM BRAMKARZY REPREZENTACJI POLSKI DO 21 LAT

Jarosław Bińczyk: Będzie pan na meczu z GKS Katowice?

Józef Młynarczyk: Nie wiem, bo mam obowiązki zawodowe. Postaram się szybko wszystko pozałatwiać, żeby spotkać się z kolegami. Ale mecz jest wcześniej, więc mogę nie zdążyć.

Piłkarze ostatni raz zagrają w lidze na starym stadionie. Jak pan go wspomina?

- Przyszedłem do Widzewa w 1980 roku, kiedy zespół był praktycznie poukładany, istniał już nie tylko na polskim rynku. Byli w nim piłkarze o znanych nazwiskach, ze Zbyszkiem Bońkiem na czele. To był wielki kolektyw, który wiedział, po co przychodzi na zajęcia i o co gra. Głośno było o jego sukcesach w europejskich pucharach. Choć już w Odrze Opole miałem za sobą grę w pucharach i reprezentacji, to na stadionie Widzewa ukształtowałem się jako bramkarz. Pokazaliśmy się z dobrej strony w Europie, wystarczy sobie przypomnieć nasze mecze z potęgami. Spędziłem tam cztery lata, których nigdy nie zapomnę. Najszczęśliwsze chwile w karierze przeżyłem w Łodzi. Ubolewam tylko nad tym, że wtedy naszych największych meczów nie mogliśmy rozgrywać na naszym stadionie, bo był za mały. Ale na nim przygotowywaliśmy się do sprawiania późniejszych niespodzianek. Nie zapomnę nigdy tych kibiców, którzy wspierali nas wszędzie. Byli z nami na dobre i na złe, znakomicie nas dopingowali.

To był jeden z pierwszych stadionów typowo piłkarskich w tamtych czasach?

- Nie był za duży, kibice siedzieli blisko boiska i podczas meczów robili taki widzewski kocioł. Na zgrupowaniach reprezentacji słyszałem od chłopaków z innych drużyn, że jak jechali na Widzew, to wszyscy się bali. Grało się tutaj ciężko, trudno było o punkty. Wtedy klub był jedną wielką rodziną, na czele z prezesem Ludwikiem Sobolewskim, kierownikiem drużyny Stefanem Wrońskim, paniami z sekretariatu i innymi. Dziś to wszystko zostało zmarnowane.

No właśnie, co pan myśli teraz, patrząc na tak szybki upadek słynnego klubu?

- Dzieje się coraz gorzej. Żal na to patrzeć. Powody są jasne: ludzie zarządzający Widzewem nie potrafią tego robić. Ubolewam nad tym, co się dzieje. Jak można w tak krótkim czasie rozmienić na drobne tak wielką markę, jaką był Widzew? Już zginęła z ekstraklasy i jeśli nic się nie zmieni, a nic nie wskazuje na to, że nastąpi szybka poprawa, spadnie z pierwszej ligi. Pamiętam, gdy z Odrą przyjeżdżałem na stadion, to miał jeszcze drewniane trybuny. Ale w drużynie byli tacy piłkarze jak Możejko, Grębosz czy Kostrzewiński i wielu innych. Jak ci starsi panowie muszą się czuć, widząc, co dzieje się z ich dzieckiem. Dziś każdy przeciwnik przyjeżdża na Widzew jak po pewne punkty. To przykre i bardzo smutne