GKS Tychy - Widzew Łódź 1:0. Piłka nożna to prosta gra. Komplikujesz - przegrywasz

Piłkarze GKS Tychy pokazali widzewiakom, że piłka nożna to prosta gra i czasem najprostsze rozwiązania okazują się najskuteczniejsze. Łódzka drużyna skomplikowała ją za bardzo
PIŁKA NOŻNA. Jeszcze nie tak dawno, ledwie ponad tydzień temu, optymistycznym planem Widzewa na dwa pierwsze mecze były dwa zwycięstwa. Chociaż to nawet nie tyle plan optymistyczny, co po prostu plan konieczny, zważywszy na to, jak trudna jest sytuacja łódzkiej drużyny po fatalnej jesieni. Ostatnie miejsce w tabeli i 13 punktów straty do bezpiecznej strefy mówią wszystko. Widzew miał wygrywać od początku, nieważne jak...

Do pierwszego meczu z Sandecją Nowy Sącz nie doszło, drugi, już na boisku, widzewiacy przegrali. Miało być sześć punktów, jest zero. Co prawda inne drużyny walczące o pozostanie w I lidze też tracą, ale miejsce dające utrzymanie Widzewowi jest o jeden punkt dalej. - Ktoś może powiedzieć, że Widzew miał się zmienić, tymczasem znów przegrał. Nie zgodzę się. W Widzewie zmieniło się bardzo dużo - mówił po porażce trener Wojciech Stawowy. Zmienił się trener, zmieniła się drużyna, zmienił się styl gry. Tylko jedno jest stałe: Widzew znów został pokonany.

A wcale nie musiał, bo piłkarsko przewyższał sobotniego rywala. Ale w I lidze często nie umiejętności decydują o wyniku. Trener Czesław Michniewicz mówił kiedyś, że aby osiągnąć sukces na zapleczu ekstraklasy, trzeba mieć bardzo dobrego bramkarza oraz bramkostrzelnego napastnika.

W meczu z GKS Maciej Krakowiak spisywał się między słupkami widzewskiej bramki naprawdę nieźle. Kilka razy uratował drużynę, dwa razy naprawdę pokazał kunszt. Ten warunek Widzew więc spełnił. Gorzej było z przodu, i to zdecydowanie. Wystarczy wspomnieć, że w całym meczu łodzianie oddali dwa celne strzały, i to takie, które nie sprawiły jakiejkolwiek trudności Sebastianowi Przyrowskiemu. Uderzenia z dystansu? Brak. Z pola karnego? Brak...

David Kwiek w roli środkowego napastnika nie sprawdził się, lewoskrzydłowy Edgar Bernhardt nie był wiele lepszy. Grę drugiego skrzydłowego Mariusza Rybickiego lepiej w ogóle przemilczeć. Grał tak jak jesienią, nie ma sensu torturować czytelników opisem jego boiskowych poczynań. Widzew stara się grać tak jak gra Barcelona, tyle tylko, że tam pomocnicy podają do Neymara i Messiego, a w łódzkim zespole do Kwieka i Rybickiego. I warto o tym przed ustaleniem taktyki na mecz pamiętać...

To może strzały po stałych fragmentach gry? Nic z tych rzeczy, chociaż Widzew miał ich zdecydowanie więcej od rywali. W całym meczu miał 13 kornerów przy ledwie trzech tyszan. Do tego doszły dośrodkowania z bocznych sektorów po rzutach wolnych. Tyle że widzewiacy właściwie ani razu nie zagrozili bramce GKS. A gospodarze właśnie po stałym fragmencie wbili łodzianom gola na wagę trzech punktów. - Mamy to opanowane niemal do perfekcji - chwalił się trener Tomasz Hajto. - W sparingach, po dośrodkowaniach Radzewicza i Grzeszczyka, zdobyliśmy 14 goli.

Widzew za to często w ogóle rezygnował z wbijania piłki pod bramkę rywali. - Cały czas pracujemy nad stałymi fragmentami gry. Nie mamy wysokiego zespołu, ale próbujemy innych sposobów - mówił Stawowy. - To nie jest tak, że z tego rezygnujemy. To czasem metoda na wygrywanie meczów.

GKS Hajty zagrał w sobotę prostą piłkę, nie kombinował jak Widzew. Tyszanie agresywnie atakowali łodzian i czekali na okazje do kontr. Szans, o czym już wiemy, szukali też po stałych fragmentach gry. No i mieli napastnika z prawdziwego zdarzenia, jakiego brakowało w Widzewie. 38-letni Maciej Kowalczyk swoją jedną dobrą szansę wykorzystał. A Widzewowi pozostała satysfakcja, że przed przerwą miał zdecydowaną przewagę w utrzymywaniu się przy piłce. Ile punktów dzięki temu przybyło?

Po meczu żaden z widzewiaków nie wyglądał na załamanego. - Ten mecz jest przegrany, ale ja otrzymałem optymistyczny przekaz. W pierwszej połowie graliśmy bardzo dobrze. Ci, którzy będą nas skreślać, mają oczywiście prawo do swoich opinii. Przekonamy się, jak to będzie wyglądało na koniec sezonu. Przed nami wiele spotkań - mówił Stawowy. Niektórzy piłkarze, jak Bernhardt i Rok Straus, w ogóle nie chcieli rozmawiać. - Jak wygramy, to porozmawiam - rzucił ten pierwszy.