Widzew wrócił do ekstraklasy

Tylko rok piłkarze Widzewa grali na zapleczu ekstraklasy. Choć do zakończenia sezonu pozostały dwie kolejki, drużyna z al. Piłsudskiego może już w spokoju przygotowywać się do gry w ekstraklasie


Wczoraj widzewski stadion kolejny raz w tym roku zapełnił się. Kibice, ci prawdziwi, najwytrwalsi, przyszli świętować awans. Przez cały sezon byli z drużyną nie tylko podczas meczów na własnym stadionie, ale także na wyjazdach. Tuż po rozpoczęciu gry zrobili na trybunach świetny show. Chcieli pokazać władzom klubu, że na Widzewie zawsze będzie miejsce dla żywiołowych fanów z szalikami. Udało się, tym bardziej że zrobili to w inteligentny i kulturalny sposób. Szkoda, że później - na szczęście na chwilę - bez sensu skupili się na obrażaniu ŁKS-u i Lecha Poznań.

Od pierwszego gwizdka dużo ciekawego działo się też na boisku. Piłkarze wsparci dopingiem prawie 9 tys. ludzi od razu ruszyli do ataku. Efekt? Już w 5. min Przemysław Oziębała odebrał na prawym skrzydle piłkę obrońcy Znicza i płaskim mierzonym strzałem z ostrego kąta nie dał szans Adrianowi Bieńkowi. To dziesiąty gol Oziębały w tym sezonie, a szósty na wiosnę.

Ale goście, którzy mieli jeszcze teoretyczne szanse na baraże do ekstraklasy, nie zamierzali się poddawać. Chwilę po golu gospodarzy mogli zdobyć swojego. Tomasz Feliksiak przegrał jednak pojedynek sam na sam z Maciejem Mielcarzem. Ale później znów do głosu doszli piłkarze Janasa. W 11. min Tomasz Lisowski bardzo mocno dośrodkował z rzutu wolnego, Bieniek odbił piłkę przed siebie, ale żaden z widzewiaków nie zdążył z dobitką. Wart wzmianki jest też strzał głową Oziębały z 20. min po dośrodkowaniu Robaka. Mógł być piękny gol, ale piłka minęła bramkę. Podobnie jak kilka minut później, kiedy pod widzewską bramką przed znakomitą szansą na gola stanął Tomasz Chałas.

Później tradycyjnie już w meczu Widzewa tempo gry spadło i spotkanie nie było już tak ciekawe. Gospodarze starali się długo rozgrywać piłkę i czekać na okazję do kontry. Ale przed przerwą łodzianie znów zaatakowali. W 43. min Łukasz Grzeszczyk z lewej strony dośrodkował w pole karne, a Mindaugas Panka z bliska nie dał szans bramkarzowi Znicza. Na przerwę widzewiacy mogli zresztą schodzić, prowadząc różnicą trzech goli, ale bardzo aktywny Grzeszczyk już w doliczonym czasie gry przegrał pojedynek sam na sam z Bieńkiem.

Pruszkowianie skupili się na pilnowaniu Marcina Robaka, dzięki czemu jednak więcej swobody mieli pozostali widzewiacy. I potrafili to wykorzystać.

Młody pomocnik, sprowadzony zimą z Wisły Płock, był też pierwszym widzewiakiem, który wyróżnił się w drugiej połowie. W 55. min fantastycznie strzelił z dystansu, ale zmierzającą pod poprzeczkę piłkę zdołał z najwyższym trudem odbić bramkarz pruszkowian. Dobitka Budki głową też była nieskuteczna, bo piłkę zatrzymał obrońca.

Gospodarze prowadzili 2:0, ale mimo to nie rezygnowali z ataków. Sprawiali wrażenie, jakby chcieli zrekompensować swoim kibicom to, że mimo wszystko w tym sezonie nie grali pięknie. Prowadząc różnicą dwóch goli, nacierali, jakby wciąż był remis. Oczywiście nie wszystko wychodziło im jak należy, ale pochwały i tak się widzewiakom należą.

Warto też wspomnieć, że bardzo dobrze spisywała się kierowana przez Jarosława Bieniuka defensywa Widzewa. Na pochwały zasługują też drugi środkowy obrońca Piotr Stawarczyk (wygryzł z pierwszego składu Ugo Ukaha) i coraz lepszy w roli defensywnego pomocnika Wojciech Szymanek. Goście rzadko byli pod bramką łodzian i Mielcarz w drugiej połowie nie miał wiele pracy. Duża w tym zasługa m.in. tej trójki.

A co działo się z przodu? Tempo gry spadało, więc i sytuacji pod bramką Znicza było mniej. Ale jednak były. W 83. min przed znakomitą szansą stanął Robak. Po podaniu Panki najlepszy strzelec Widzewa był sam na sam z Bieńkiem - strzelił obok niego, ale też obok bramki. Do zdobycia 21. bramki w sezonie zabrakło jednak niewiele. Później blisko powodzenia był Łukasz Masłowski.

Niewykorzystane okazje nie popsuły jednak kibicom święta. Wygrana 2:0 ze Zniczem w zupełności wystarczyła, by ich ukochana drużyna wróciła do ekstraklasy. Tam, gdzie miejsce Widzewa. Później zaczęła się feta, jeszcze nie tak efektowna, jak się spodziewano. Ale w klubie woleli dmuchać na zimne, dlatego nie przygotowali największych atrakcji. Były jednak szampan, pokaz sztucznych ogni i przede wszystkim euforia na trybunach. Sympatycy beniaminka ekstraklasy długo nie wychodzili ze stadionu, zaś piłkarze przez kilka minut tańczyli z radości na środku boiska.

Kibicom i piłkarzom podziękował też Marcin Animucki, prezes klubu. - Życzę wszystkim miłego wieczoru, aż do rana - stwierdził. Nie był na stadionie Sylwestra Cacka, właściciela Widzewa, który jest w Chinach, gdzie negocjuje z firmami gotowymi wybudować nowy stadion.

Tak więc na górze tabeli I ligi prawie wszystko jest już jasne, bo grę w ekstraklasie zapewniło sobie też Zagłębie Lubin.

Widzew - Znicz 2:0 (2:0)

Gole: Oziębała (5.), Panka (43.)

Widzew: Mielcarz - Broź, Stawarczyk, Bieniuk, Lisowski - Szymanek - Budka (88. Masłowski), Grzeszczyk (68. Miloseski), Panka, Oziębała (90. Sernas) - Robak.

Znicz: Bieniek - Aleksa (56. Maciej Rybaczuk), Kokosiński, Klepczarek, Januszewski - Florian (84. Misiuk), Osoliński, Ekwueme Ż, Kaczmarek - Feliksiak (72. Mikołaj Rybaczuk), Chałas.

Sędziował: Grzegorz Stęchły z Jarosławia

Widzów: 9 tys.