Wielki Widzew w rękach małych ludzi

Marcin Animucki, prezes Widzewa, posunął się za daleko. Publicznie - na oficjalnej stronie klubu - zarzucił mi łamanie prawa. Ale dowodów nie przedstawił
Zarząd Widzewa nie przyznał mi akredytacji na mecze łódzkiej drużyny na stadionie przy al. Piłsudskiego. Trudno. Kupię bilet - tak jak kupowałem je prawie dekadę temu, zanim zostałem dziennikarzem - i usiądę wśród kibiców. To będzie nawet ciekawe doświadczenie: być wśród tych, dla których się pisze.

Dotychczas decyzji Widzewa nie komentowałem, uczynili to inni dziennikarze "Gazety Wyborczej" i "Expressu Ilustrowanego". Zrobił to nawet legendarny piłkarz Widzewa Zbigniew Boniek, uznając decyzję władz klubu za niedopuszczalną i wspominając o powrocie komuny.

Ale później Widzew, a dokładnie jego prezes Marcin Animucki, posunął się za daleko. Publicznie - na oficjalnej stronie klubu - zarzucił mi łamanie prawa. Ale dowodów nie przedstawia, rzuca jedynie hasła: Derdzikowski jest nierzetelnym dziennikarzem, Derdzikowski łamie prawo prasowe.

Za długo pracowałem na swoje nazwisko, by na to pozwolić. Przez prawie 10 lat pracy nikt takich zarzutów mi nie stawiał, Animucki i inni działacze klubu z al. Piłsudskiego robią to nadzwyczaj chętnie. Oskarżają, ale, jak wspomniałem, dowodów nie formułują. Do sądu nie pozwali mnie nigdy.

Za przykład podają jedynie dwa teksty, których byłem współautorem. Pierwszy z nich napisałem wspólnie z Kubą Wiewiórskim w lipcu ubiegłego roku. Napisaliśmy o Marcinie Kaczorowskim, niewidomym masażyście Widzewa, z którym klub nie chciał dalej współpracować. Przyznaję, że być może popełniliśmy wtedy błąd, nie prosząc od razu o opinię kogoś z Widzewa. Odpowiedź klubu opublikowaliśmy. Inna sprawa, że później oburzony Kaczorowski przedstawił w "Gazecie" zupełnie inną wersję kulis jego zwolnienia. Sprawa jest zresztą oczywista: Widzew nie chciał go już w klubie, tak jak nie chciał innych pracowników - od fizycznych po kierownika Tadeusza Gapińskiego. Miał do tego prawo, chociaż w przypadku Kaczorowskiego, jednego z symboli miłości do Widzewa, zrobił to nieelegancko. I o tym pisaliśmy. Przypominam - ponad rok temu! Później klub przyznawał mi akredytacje.

Drugi tekst, o którym wspomnieli działacze, zarzucając mi nierzetelność, jest z czerwca tego roku. Napisałem go wspólnie z Jarkiem Bińczykiem. Dostaliśmy informację, że piłkarzem łódzkiej drużyny może zostać Grzegorz Bronowicki. Nie chcieliśmy jej podawać bez sprawdzenia jej prawdziwości. Zadzwoniłem do menedżera piłkarza Mariusza Piekarskiego. Przyznał, że jest taki temat, ale ma problem, bo Marek Zub, dyrektor sportowy Widzewa, nie odbiera telefonów od niego. Jego wypowiedź przytoczyliśmy. Aby dochować rzetelności, chciałem dać szansę do obrony Zubowi. Nie odebrał telefonu, o czym napisaliśmy. To wszystko. Gdzie złamałem prawo? W którym miejscu byłem nierzetelny? Gdzie na to dowody, panie Animucki?

O tym, że zalazłem za skórę działaczom Widzewa, wiem, bo dawali mi to do zrozumienia. Byli wściekli choćby wtedy, kiedy napisałem o dzieciach trenujących przy al. Piłsudskiego, których rodzicie chcieli zorganizować w klubie wigilię. Działacze kazali im płacić za skorzystanie z kawiarni. Sylwester Cacek, właściciel Widzewa, przyznał zresztą później Jarkowi Bińczykowi, że to był błąd jego niedoświadczonych pracowników. Stwierdził też: "Ale po co o tym pisać?".

Byli też wściekli, kiedy umieściliśmy Cacka w naszej corocznej sportowej "Antydziesiątce". Właściciela Widzewa skrytykowaliśmy za zatrudnienie w roli trenera Janusza Wójcika. Animucki miał o to do mnie pretensje. Na korytarzu urzędu miasta przy świadkach dawał mi do zrozumienia, że niedługo zasady naszej współpracy się zmienią (chociaż nawet nie byłem podpisany pod tym tekstem). Teraz wiem, o czym mówił...

Na publiczne oskarżenia o łamanie prawa i dziennikarską nierzetelność pozwolić nie mogę. Tym bardziej że oskarżają ludzie Sylwestra Cacka, właściciela gazety "Futbol News". Głównym tematem jej pierwszego numeru był Leo Beenhakker i jego rzekomy handel piłkarzami. To tekst pełen insynuacji i anonimowych wypowiedzi, zwykły paszkwil rodem z najgorszych tabloidów. Beenhakker rzecz jasna prawa do obrony nie dostał.

Przykładów na nierzetelność w gazecie Cacka jest zresztą znacznie więcej. Ani on, ani nikt z jego pracowników nie ma prawa - także moralnego - mówić mi, a tym bardziej pouczać mnie publicznie, czym jest dziennikarska rzetelność.

Nie ma takiego prawa Marcin Animucki, którego tak naprawdę - przynajmniej z dwóch powodów - w Widzewie być już nie powinno. Po pierwsze - przez ponad rok zapewniał dziennikarzy i kibiców, że Widzew będzie grał w ekstraklasie. Powtarzał to wielokrotnie, zarzekał się, że innej możliwości nie ma! Tymczasem piłkarze już drugi sezon z rzędu muszą grać w pierwszej lidze. Animucki albo się bardzo pomylił - a to znaczy, że nie nadaje się na swoje stanowisko - albo po prostu kłamał na potrzebę chwili.

Po drugie - prezes Widzewa cały czas jest w zarządzie PZPN-u, w ostatnich miesiącach głównego wroga klubu. Podczas wojny nie można być równocześnie w obu armiach. Chyba że na pierwszym miejscu stawia się własną karierę, a honor to obce słowo.

Mimo braku akredytacji będę pisał o Widzewie, chociaż będzie to trochę trudniejsze niż dotychczas. Najbardziej żałuję, że nie będę mógł uczestniczyć w konferencjach prasowych i zadawać pytań, choćby panu Animuckiemu, bo to jedyna okazja, by zrobić to oficjalnie, patrząc sobie w oczy. A tak pozostanie mi wysyłanie pytań do biura prasowego. Jest wtedy sporo czasu na zredagowanie wymijającej odpowiedzi.

I mimo braku akredytacji na pewno nie obrażę się na Widzew. Jestem dumny, że mogę o nim pisać, bo to wielki klub. To nie jego wina, że trafił na małych ludzi.