Sport.pl

Trzy punkty dla Widzewa zdobył...

Gdyby Maciej Mielcarz bronił tak, jak strzelali jego koledzy z ataku i pomocy, Widzew straciłby punkty z Sandecją Nowy Sącz
Poniedziałkowe popołudnie to nie jest dobra pora na rozgrywanie meczów ligowych. Skoro piłkarze zaczynają grę o godz. 17.30, to trudno się dziwić, że na trybunach jest pusto. Na dodatek szalikowcy Widzewa postanowili nie dopingować swojej drużyny. Zamiast zagrzewać ją do walki, wywiesili napis "Stop cenzurze na stadionach". Jakby to zawodnicy Widzewa byli winni temu, że PZPN karze za wywieszanie transparentów.

Nic dziwnego, że w pierwszej połowie spotkanie przypominało sparing, i to słaby. Piłkarze, zwłaszcza łódzcy, też sprawiali wrażenie, jakby protestowali. Być może przeciw protestowi swoich kibiców...

Nic dziwnego, że na boisku nie było widać różnicy między beniaminkiem I ligi a klubem z ekstraklasy, bo gdyby nie PZPN, Widzew by w niej przecież grał. Choć z drugiej strony Sandecja to fałszywy beniaminek. Dlaczego? Bo większość jej piłkarzy doświadczeniem jeśli nie dorównuje, to przewyższa gospodarzy. Jano Frohlich, Madrin Piegzik, Rafał Berliński czy Arkadiusz Aleksander mają za sobą po kilkadziesiąt meczów w ekstraklasie.

Goście grali bardzo mądrze w środku pola, atakowali łodzian daleko od swojej bramki, uniemożliwiając rozpędzenie się zwłaszcza Mindaugasowi Pance i Łukaszowi Grzeszczykowi. Im dłużej trwała gra, tym zespół z Nowego Sącza atakował odważniej. W pierwszej połowie nie prowadził, bowiem Maciej Mielcarz okazał się lepszy od Arkadiusza Aleksandra i Dariusza Gawęckiego.

A Widzew protestował, nie wykorzystując stuprocentowych okazji. Oto zmarnowane w pierwszej połowie: * Grzelczak - sam na sam, ale strzelił w kładącego się na ziemi bramkarza; * Dudu - minął dwóch rywali, bramkarz wybił piłkę na róg; * Grzelczak - dostał piłkę od Robaka, ale zagubił się, choć miał przed sobą tylko bramkarza; * Budka dośrodkował, ale strzał głową Grzelczaka z trudem złapał bramkarz; * Robak wyłożył piłkę Grzeszykowi, ale ten spudłował z dziesięciu metrów. Wystarczy! To był pokaz już nawet nie nieskuteczności, ale indolencji. Nic dziwnego, że jakiś zziębnięty kibic krzyknął do piłkarzy: "Co wy robicie? W telewizji was pokazują!".

Po przerwie kibice zaczęli dopingować, ale poziom się nie zmienił. Na szczęście widzewiakom pomógł Rafał Jędrszczyk, który tak nieudolnie przyjmował piłkę w polu karnym, że odbił ją ręką. Sędzia długo się zastanawiał, ale w końcu wskazał na jedenasty metr. Marcin Robak bez kłopotu pokonał Mariusza Różalskiego.

W miarę upływu czasu ludzi na trybunach przybywało, ale ci, którzy przyszli, chyba żałowali, iż nie zostali w domu. Widzewiacy robili wszystko, by ich zniechęcić. Gubili piłkę, niecelnie podawali, wybierali najgorsze rozwiązania. Dlatego Mielcarz miał więcej pracy niż w czterech poprzednich spotkaniach. W fenomenalny sposób obronił zwłaszcza strzał byłego widzewiaka Aleksandra, który główkował z czterech metrów.

W 70. min zawodnicy Sandecji omal nie zlinczowali sędziego, który nie zauważył ręki Panki. Jedyne, co zarobili, to żółta kartka dla Aleksandra.

A Widzew męczył się i męczył... Nawet jak przypadkiem stworzył sobie okazję, to ją marnował. Poza tym słabo spisywali się obrońcy - kiksy i straty piłki przytrafiały się nawet kadrowiczowi Jarosławowi Bieniukowi. Dlatego całą premię za trzy punkty powinien dostać Mielcarz!

Widzew - Sandecja 1:0 (0:0)

Gole: Robak (61., karny)

Widzew: Mielcarz - Broź, Madera Ż, Bieniuk, Dudu - Budka, Grzeszczyk (46. Kuklis), Panka, Ostrowski (82. Juszkiewicz) - Robak, Grzelczak (69. Oziębała)

Sandecja: Różalski - Makuch, Jędrszczyk, Frohlich, Borovicanin - Bębenek, Stefanik (72. . Zawadzki), Berliński, Gawęcki, Piegzik (72. Skrzypek) - Aleksander Ż (80. Chlipała)

Sędziował Mariusz Złotek z Gorzyc

Widzów: 5400