Sport.pl

Widzew Łódź na luzie. Znów wygrał na wyjeździe

- Do końca sezonu chcemy nie przegrać meczu - zapowiadali niedawno piłkarze Widzewa. No i spełniają swoje plany
Mecz w Ostrowcu z całą pewnością nie był hitem 24. kolejki pierwszej ligi. Przewaga łódzkiej drużyny nad trzecim miejscem, czyli pierwszym, które nie daje awansu, jest tak duża, że piłkarze bez większej presji mogą zaliczać kolejne występy. Do końca sezonu, a raczej do początku ekstraklasy, pozostało im tylko 11 spotkań (licząc jeszcze mecz z KSZO). Gospodarze też nie musieli się specjalnie mobilizować na bardziej utytułowanych rywali, bo nie grozi im ani spadek z ligi, ani tym bardziej awans.

W Ostrowcu piłkarze obu drużyn mogli więc grać na luzie i po pierwszym gwizdku sędziego ani jedni, ani drudzy nie rzucili się na rywali. W pierwszym kwadransie lekką przewagę mieli gospodarze - tak chyba wypadało przed ich kibicami. Pod bramką Macieja Mielcarza nic jednak z tego nie wynikało. I kiedy piłkarze trenera Czesława Jakołcewicza pokazali już swoim fanom, że Widzew im niestraszny, a oni tak bardzo się starają, do ataku ruszyli goście. Ten kwadrans oddali rywalom na ich stadionie, bo im też tak chyba wypadało, z grzeczności, a potem zadali dwa bardzo bolesne ciosy. A właściwie trzy...

Pierwszy bolał dosłownie, bo bomba Dudu z rzutu wolnego trafiła w głowę jednego z obrońców i powaliła go na ziemię. Drugi cios odczuł już cały zespół, trenerzy, działacze i kibice KSZO. Odbitą piłkę przejął bowiem Piotr Kuklis (w dwóch ostatnich meczach był poza wyjściową jedenastką) i znakomicie dośrodkował prosto na głowę Krzysztofa Ostrowskiego. Wystarczyło, by skrzydłowy Widzewa ładnie się ukłonił i było 0:1. Cios nr 3 też zadał duet Kuklis - Ostrowski, ale w odwrotnej kolejności. Tym razem to ten drugi płasko dośrodkował przed bramkę KSZO, a Kuklis wepchnął piłkę do siatki pod Michałem Wróblem. Warto też wspomnieć, że widzewiacy zakończyli w ten sposób znakomitą kontrę rozpoczętą przez Darvydasa Sernasa. Kibice drużyny z Ostrowca co prawda krzyczeli: "Nic się nie stało", ale stało się, i to nic dla ich ulubieńców dobrego. Minęło niespełna 30 minut i było... po meczu.

Z dziennikarskiego obowiązku trzeba jeszcze wspomnień o niezłych szansach Tomasza Lisowskiego (grał po lewej stronie pomocy) i Sernasa oraz o niecelnym strzale Krystiana Kanarskiego po drugiej stronie boiska. W pierwszej połowie w bramkę Widzewa gospodarze nie trafili ani razu, goście za to aż siedem, chociaż specjalnie się nie wysilali.

W przerwie tylko trener Paweł Janas dokonał zmiany - Wojciecha Szymanka zastąpił Sebastian Madera. Nie była to jednak zmiana spowodowana chęcią sprawdzenia młodego stopera, ale kontuzją Szymanka, który nabawił się urazu stawu skokowego.

Pierwszą okazję w drugiej połowie (i swoją pierwszą w tym meczu) stworzyli za to gospodarze w 50. minucie. Mielcarz nie dał się jednak zaskoczyć i odbił piłkę przed siebie po strzale głową Michała Stachurskiego. Ale żeby nie było wątpliwości, gospodarze wcale nie ruszyli z furią na widzewiaków. Owszem, znów przez kwadrans mieli optyczną przewagę, ale oblężenia bramki gości i kolejnych okazji nie było. Ci z kolei grali swoim tempem, spokojnie i na luzie. Piłkarze KSZO niestety nie zmuszali ich do większego wysiłku i mecz był nudny i bez bramkowych okazji.

Tak było do 65. minuty, kiedy piłka po strzale z powietrza Souhaila Ben Radhi trafiła w słupek, a dobitka Marcina Robaka była niecelna. Tunezyjczyk zaliczył w Ostrowcu swój drugi występ w Widzewie, a pierwszy w wyjściowym składzie. Na pewno nie zawiódł, grał pewnie w obronie i włączał się do akcji ofensywnych (czego dowodem wspomniany strzał w słupek), ale prawdą też jest, że i wczoraj, i w sobotę rywali naprzeciw siebie miał słabych i dlatego na razie trudno ocenić jego faktyczną wartość.

Dobrze znana jest za to wartość najlepszego strzelca Widzewa. Niestety, w 70. minucie Robak nie wykorzystał sytuacji sam na sam z bramkarzem KSZO i strzelił tak jak gospodarze w pierwszej połowie - wysoko nad bramką. W Ostrowcu Robakowi nie szło. Dobrze spisywali się obrońcy, a w ofensywie na pochwały zasługiwali zwłaszcza Ostrowski i Kuklis. Ten drugi udowodnił, że ani Velibor Durić, ani Łukasz Grzeszczyk, których trener Janas ostatnio testował w środku pomocy, nie są w stanie zabrać mu miejsca w podstawowym składzie na dłużej.

Słabiej w Ostrowcu wypadł za to Sernas oraz lewe skrzydło z Lisowskim i Dudu. Ten drugi rzadziej niż zwykle włączał się do akcji ofensywnych. Ale spokojna wygrana Widzewa trochę go rozgrzesza.

Warte odnotowanie jest też wejście na boisko na ostatnie minuty Adriana Budki. Byłego kapitana drużyny z al. Piłsudskiego w ostatnich meczach w ogóle nie było w kadrze, a ostatni raz w lidze grał w listopadzie.

Podsumowując - piłkarze Pawła Janasa zaliczyli szósty mecz bez porażki na wyjeździe i jedenasty w ogóle. Trochę to nudne, ale i... fajne.

KSZO - Widzew 0:2 (0:2)

Gole: Ostrowski (16.), Kuklis (26.).

KSZO: Wróbel - Stachurski, Kardas (80. Dziewulski), Ciesielski, Matuszczyk - Frańczak, Skórnicki, Wieczorek (58. Folc), Cieciura (61. Kajca) - Cieśliński, Kanarski.

Widzew: Mielcarz - Ben Radhia, Szymanek (46. Madera), Bieniuk, Dudu Ż - Ostrowski (85. Budka), Panka, Kuklis, Lisowski - Sernas (68. Grzelczak) - Robak.

Sędziował: Piotr Siedlecki z Warszawy