Felieton: Niech widzewski charakter wróci na boisko

Na poniedziałkowej gali z okazji 100-lecia Widzewa zaprezentowano złotą i srebrną jedenastkę drużyny. Z wyróżnionych piłkarzy do Filharmonii Łódzkiej przyjechało siedmiu, w tym trzech pracujących w klubie. Przypadek?
Zbigniew Boniek, Józef Młynarczyk, Włodzimierz Smolarek, Władysław Żmuda, Marek Citko, Andrzej Michalczuk, Sławomir Majak, Jacek Dembiński, Daniel Bogusz, Dariusz Gęsior, Tadeusz Gapiński, Radosław Michalski, Artur Wichniarek, Roman Wójcicki - ich wszystkich łączy udana (a w niektórych przypadkach wspaniała) widzewska przeszłość. Teraz łączy ich również to, że zostali przez kibiców wybrani do złotej i srebrnej jedenastki 100-lecia Widzewa. I że nie zjawili się na gali, na której ogłoszono wyniki plebiscytu.

Z 22 wyróżnionych piłkarzy na uroczystość w Filharmonii Łódzkiej przyszło siedmiu. Trzech z nich - Tomasz Łapiński (złota jedenastka), Mirosław Tłokiński i Paweł Janas (srebrna jedenastka) - jest pracownikami klubu. Co z pozostałymi? Jak tłumaczyli organizatorzy, nie mogli przyjechać "z przyczyn niezależnych od klubu".

Do czego zmierzam? Do dobitnej symboliki pustych pierwszych rzędów, które miały zostać wypełnione najwybitniejszymi trenerami i zawodnikami w historii klubu. A wypełnione nie były nawet w połowie. Zaproszeni na uroczystą galę goście mieli prawo odczuwać niedosyt. Ale czy odczuwali go szefowie klubu?

Śmiem wątpić. Wizja budowy Widzewa Sylwestra Cacka, właściciela klubu (jak i jego najbliższych współpracowników) niewiele ma bowiem wspólnego z piłkarzami. Domeną tego Widzewa jest patos i elitarność graniczące ze snobizmem. Dowodów na gali było aż nadto. Szefowie klubu przy organizacji obchodów wyraźnie zapomnieli, że widzewski charakter nie rodził się w Genewie (gdzie teraz przenoszą się obchody), w Filharmonii Łódzkiej czy też - jak przekonują w kampanii reklamowej - w karnecie.

Widzewski charakter zrodził się dawno temu. Był dziełem piłkarzy pokroju Bońka, trenerów pokroju Franciszka Smudy i prezesów pokroju Ludwika Sobolewskiego. Polegał na walce o każdy metr boiska, niesamowitej wierze w zwycięstwo i wspaniałej atmosferze na trybunach. Objawiał się w legendarnych meczach z Legią Warszawa, Broendby Kopenhaga, Juventusem Turyn, Liverpoolem czy Manchesterem City.

Wielkości Widzewa nie budowały pięknie wygłaszane słowa i gale organizowane w gustownych miejscach. O wielkości Widzewa decydowały gole Bońka, strzały głową z 16 metrów Wiesława Wragi, bramki Sławomira Majaka, Dariusza Gęsiora i Andrzeja Michalczuka czy charyzma Smudy.

To właśnie filmowe przypomnienie tych spotkań było najpiękniejszą chwilą gali. Naładowany energią Smuda wyskakujący w powietrze po kolejnych golach strzelanych Legii wywołał uśmiech na twarzach wszystkich gości. Podobnie zresztą jak legendarny już komentarz radiowy Tomasza Zimocha ze spotkania z Broendby.

Widzewski charakter rodził się też w sercach fanów, którzy od lat należą do najlepszych w kraju. W ramach obchodów 100-lecia szefowie klubu zapewnili im jednak tylko piknik. Niedzielna impreza w parku 3 Maja była dużym sukcesem. Przez obiekty Łodzianki przewinęło się tysiące sympatyków Widzewa, którzy całymi rodzinami mogli uczcić święto swojego ukochanego klubu. Czy to nie za mało za lata wspierania klubu i drużyny?

Patrząc na puste pierwsze rzędy filharmonii, byłem zszokowany, że aż tylu wybitnych gości nie przyjechało na galę. Przypominając sobie szaleńczą radość Smudy, niesamowity komentarz Zimocha czy wreszcie tysiące ludzi na niedzielnym pikniku, doszedłem jednak do wniosku, że nie ma w tym niczego dziwnego.

Magia Widzewa od zawsze była bowiem związana tylko i wyłącznie ze sportem. A najpiękniejsze w historii klubu chwile to te, które były przepełnione wielkimi emocjami i zwyczajnością ludzi, którzy widzewską piłkę tworzyli. Wielki Widzew nigdy nie znał patosu, elitarności i snobizmu. Nie potrzebował, by przygrywała mu orkiestra z Genewy (jak przez pół poniedziałkowej gali).

Charakter zrodził się na boisku i trybunach. I jeśli mogę mieć jakieś życzenie na 100-lecie klubu, to właśnie takie, by tam powrócił. Inaczej na kolejnych obchodach pustych rzędów w filharmonii może być jeszcze więcej.