Sport.pl

Widzew - Liverpool. Gol, który zmienił całe życie

Zanim zagraliśmy z Liverpoolem, byliśmy na audiencji u Jana Pawła II. Papież pogłaskał mnie po czole. Później się śmialiśmy, że miał duży udział w tym golu - o meczach z angielską drużyną i bramce życia opowiada Wiesław Wraga
Bartłomiej Derdzikowski: Ile razy opowiadał pan już dziennikarzom i kibicom o rywalizacji z Liverpoolem?

Wiesław Wraga: Nie jestem w stanie tego zliczyć. Wszyscy, których spotykam, a którzy kibicują Widzewowi, zawsze pytają o gola, którego strzeliłem Liverpoolowi. Są tacy, którzy opowiadają o nim swoim dzieciom, więc ta bramka przechodzi z pokolenia na pokolenie. Można ją zobaczyć na YouTubie i z tego co pamiętam, obejrzało ją już ponad 300 tys. ludzi. To niesamowite. Chociaż trochę mi przykro, że wszyscy pamiętają tylko tego gola, a przecież w pucharach strzeliłem ich pięć.

Ale tak ładny i ważny był właśnie ten.

- Każdy gol był inny. Ale ten z Liverpoolem rzeczywiście był wyjątkowy, do dziś rzadko się zdarza, by ktoś strzelił bramkę głową z 16 metrów.

Jeszcze do niej wrócimy... Do ćwierćfinału Pucharu Europy awansowaliście dzięki wyeliminowaniu Rapidu Wiedeń. Liverpool to był jednak znacznie trudniejszy rywal.

- Bez dwóch zdań to była wtedy jedna z najlepszych drużyn w Europie. Dla mnie mecze z Liverpoolem miały zresztą jeszcze inny wymiar. Jako dziecko zawsze marzyłem, by zagrać w Anglii. Marzenie się spełniło, i to jeszcze był słynny Liverpool.

Grali w nim wtedy m.in.: Bruce Grobbelar, Phil Neil, Graham Souness, Kenny Dalglish, Ian Rush. To wtedy były wielkie gwiazdy piłki.

- Wymienił pan prawie pół drużyny. To naprawdę był bardzo silny zespół. Lali wszystkich.

Baliście się?

- Wynik losowania przyjęliśmy bardzo spokojnie i na pewno się nie baliśmy. Teraz polscy piłkarze przeżywają stres nawet wtedy, jak mają zagrać dla 10 tys. widzów. Ja zawsze grałem dla kibiców, chciałem, by było ich jak najwięcej. Jaki sens ma gra aktora dla pustej widowni w teatrze?

Walczyliście o Puchar Europy czy myśleliście o najbliższym rywalu?

- Raczej o najbliższym meczu. Nikt nie mówił, że nasz cel to triumf w rozgrywkach. Naszym celem zawsze było wygranie kolejnego meczu.

Liverpool mieliście rozpracowany?

- Wtedy nie było specjalnych ludzi do rozszyfrowywania gry przeciwników. Oglądaliśmy na wideo jakieś mecze Anglików, trener Władysław Żmuda pokazywał nam, jak grać przeciwko nim, ale przecież nie było tych nagrań tyle, ile jest teraz.

Pamięta pan, jakie było zainteresowanie meczem?

- Z tego co słyszałem, to było zapotrzebowanie na 200 tys. biletów. Była nawet opcja, że zagramy na Stadionie Śląskim w Chorzowie, ale prezes Ludwik Sobolewski się na to nie zgodził, powiedział, że Widzew jest z Łodzi i zagra w Łodzi. Pamiętam jednak, że kibice zjechali się z całej Polski. Ja trafiłem do klubu ze Stargardu Szczecińskiego, prawie 500 km stąd. Zadzwonił do mnie prezes mojego byłego klubu i mówi: "Wiesiek, pomóż nam kupić 300 biletów". Pomogłem, ale za dwa dni znów dzwoni prezes: "Wiesiek, załatw jeszcze 300". Było ciężko, ale powiedział, że jak mi się nie uda, to tabliczki z napisem "Stargard Szczeciński" już nigdy nie przejadę. Nie miałem wyjścia. Proszę sobie wyobrazić - 600 kibiców przyjechało z końca Polski, by obejrzeć na żywo mecz Widzewa! Właśnie dzięki takim meczom ten klub ma do dziś tylu kibiców.

Może ktoś z tych 600 osób ze Stargardu siedział na słupie oświetleniowym, bo i tam byli wtedy ludzie.

- Byli, do tego siedzieli na hałdach śniegu, wszędzie, gdzie się dało. Do dziś nikt nie wie, ilu widzów było na tym meczu. Mówią i piszą, że ponad 40 tys., ale na pewno więcej.

Pamięta pan dzień meczu?

- Byliśmy na zgrupowaniu w Spale, było zimno, chyba z ośmiu chłopaków się rozchorowało, mieli dosyć wysoką gorączkę. Pamiętam też, że na trasie Spała - Łódź pozdrawiali nas kibice, wielu z nich szykowało się na mecz. Atmosfera robiła się coraz bardziej gorąca, dziennikarze jeszcze ją podgrzewali. Ale nic dziwnego, bo w Polsce za dużo takich meczów nie było. Cały kraj tym żył, wszyscy nam kibicowali. I myślę, że tamtemu pokoleniu to zostało. Jak Lech Poznań gra teraz z angielską drużyną, to trzymają kciuki za naszych, ja trzymam. Z młodymi jest inaczej.

Kiedy graliście z Liverpoolem był jeszcze stan wojenny...

- Z tego co pamiętam, w ogóle miało nie być transmisji z Anglii i chyba Widzew zapłacił za nią. W klubie były wtedy pieniądze ze sprzedaży Bońka do Juventusu. Na meczu wyjazdowym był ambasador Polski w Anglii. Wszedł do szatni i powiedział nam, byśmy chociaż przez te dwie godziny zrobili ludziom w kraju radochę.

Wróćmy do pierwszego meczu w Łodzi...

- To był mecz walki. Ale to było normalne, bo do Widzewa przychodzili tylko piłkarze, którzy nogi nie odstawiali, to było oczywiste od początku. Dla nas to była walka. A dla Anglików? Myślę, że trochę nas zlekceważyli, sądzili pewnie, że walną Polaczków i wrócą do domu. A z tego co pamiętam, to w Łodzi żadna angielska drużyna nie zdobyła nigdy gola, a grały tu dwa Manchestery i Ipswich. No i Liverpool też nie strzelił. Zresztą do dziś tak zostało, bo jak ŁKS grał z Manchesterem w latach 90., to też w Łodzi gola nie zdobył.

Bramkę nr 1 dla was strzelił Mirosław Tłokiński.

- Wiedzieliśmy, że Bruce Grobbelar lubi odwalić jakiś numer, i rzeczywiście odwalił. A Mirek się przyczaił i było 1:0 dla nas. I było fajnie.

Potem padł gol nr 2. Po akcji ze Smolarkiem z lewej strony dośrodkował Grębosz, a Pan, mający 168 cm wzrostu, strzelił gola, o którym mówiliśmy na początku - głową z 16 metrów.

- Wszedłem z ławki niewiele wcześniej. Miałem żal do trenera, że nie grałem od początku. W lidze wychodziłem w pierwszym składzie, a w takim meczu zacząłem na ławce. Wcześniej wszedłem też w trakcie gry z Rapidem i zdobyłem gola. Mówili potem, że trener Żmuda wyciągał asa z rękawa. Ale szczerze, to ja nie chciałem być żadnym asem, chciałem grać od początku. A gol? Piękna była już sama akcja. Śmiejemy się do dziś z kolegami, że Adaś [Andrzej Grębosz - przyp. red.] pierwszy i jedyny raz w życiu dobrze kopnął piłkę lewą nogą. Ale wrzuta była ładna, trzeba przyznać. Nabiegłem na piłkę, ale na pewno nie mierzyłem. Jak ktoś w takiej sytuacji twierdzi, że mierzy, to kłamie. Mi wyszło jak z podręcznika. Dobrze, że wpadło, bobym już nie żył. Za mną Zdzisiek Rozborski już szykował się do uderzenia z woleja. Po meczu powiedział, że gdybym nie trafił, toby mnie zabił.

Ile razy oglądał pan tego gola?

- Nie wiem, to chyba niepoliczalne. To zresztą nie jest tak, że ja go chcę oglądać. Tyle że jak tylko się gdzieś pojawiam, to wszyscy zaraz go puszczają [też to robimy - przyp. red.]. Wiąże się z nim jeszcze jedna historia. Zanim zagraliśmy z Liverpoolem, byliśmy we Włoszech na zgrupowaniu. Mieliśmy audiencję u Jana Pawła II. Gdy papież się z nami witał, pogłaskał mnie po czole i powiedział: "Taki młody, a już w piłkę gra". Później się śmialiśmy, że miał duży udział w tym golu.

Nie jest pan trochę zły, że wszyscy zapamiętali pana głównie z powodu tej jednej bramki? Minęło 27 lat i znów ktoś zawraca panu nią głowę.

- Czy zły? Z jednej strony czuję już trochę przesyt, ale z drugiej to straszna frajda. Bo to był naprawdę piękny gol. Oglądam mecze w telewizji i czasami się zdarzy, że któryś z piłkarzy uderzy pięknie głową z daleka i komentatorzy mówią, że to byłaby bramka w stylu Wragi. To przyjemne.

Po wygranej 2:0 w Łodzi, w Polsce była...

- Wielka radość. Jak wróciłem do domu, to na klamce kwiaty wisiały. Do klubu przychodziły gratulacje. Jak jechaliśmy na jakiś mecz gdzieś w Polsce, to proszę sobie wyobrazić, nie gwizdali na gości, tylko witali nas oklaskami.

Podobno Wojciech Jaruzelski nawet wam gratulował.

- Gratulował. A kto nie miał z tego zwycięstwa radochy.

Ale jeszcze był rewanż.

- Wiedzieliśmy, że będzie ciężko. I szybko straciliśmy gola. Marek Filipczak wyskoczył z ręką do piłki i był karny. No i zaczął się kocioł. Na trybunach było prawie 50 tys. ludzi, ale zapewniam, że atmosfery, jaką robili, nie można porównać z tą na naszych stadionach. To było jak z innej planety. Po pierwszym golu Anglicy myśleli, że już nas mają.

Ale kolejne dwa zdobyliście wy.

- I oni, i kibice nie wiedzieli, co się stało, byli w szoku. Już pod koniec byliśmy spokojni, nawet jak Liverpool zdobył dwa gole. Zresztą po tym drugim sędzia skończył mecz. Angielscy kibice, ci z trybuny za bramką, ci najbardziej żywiołowi, bili nam brawo. Potem był powrót do Polski. Jak lądowaliśmy, byłem w kabinie pilota, superwrażenie. Smolarek i Tłokiński wracali w czapkach angielskich policjantów. Kibice witali nas już na lotnisku w Warszawie i oczywiście w Łodzi, pod stadionem. Było ich tysiące. Wynosili nas autokaru na rękach i zanosili do klubu.

A ile zarobiliście za wyeliminowanie Liverpoolu?

- Ja dostałem 144 tys. zł. W 1983 r. dostałem talon na rumuńską dacię, zapłaciłem za nią 610 tys. Można więc powiedzieć, że za dojście do półfinału Pucharu Europy dostałem ćwierć dacii. Szału nie było, ale przecież nie o to chodziło.

Nie żałuje pan pewnie, że prawie 30 lat temu trafił do Widzewa?

- Na wiosnę 1982 roku mogłem iść do każdego klubu w Polsce. Ale Widzew był mistrzem Polski, grał w pucharach. To zadziałało. Czy żałuję? Gdy wyjechałem z domu prawie 500 km, nie miałem nawet 19 lat. Nie było mi łatwo wszystko zostawić...

Gdyby pan nie wyjechał wtedy do Łodzi, to nie byłoby tego gola z Liverpoolem.

- Może zrobiłbym coś innego? Chciał mnie Lech Poznań, który później był dwa razy mistrzem Polski. Z Widzewem nim nie byłem.

Ilu jest mistrzów Polski, a ilu piłkarzy strzeliło takiego gola? Wolałby pan mistrzostwo?

- (chwila zastanowienia ) Jednak bramkę. Tym bardziej że Lech tamto mistrzostwa kupił. Mojego gola kupić by się nie dało. Za żadne pieniądze.

2 marca 1983 r.

Widzew - FC Liverpool 2:0 (0:0)

Gole: Tłokiński (49.), Wraga (80.)

Widzew: Młynarczyk, Świątek, Grębosz, Wójcicki, Kamiński, Filipczak (72. Wraga), Rozborski, Romke, Surlit, Tłokiński, Smolarek.

Liverpool: Grobbelaar, Neal, Hansen, Lawrenson, A. Kennedy, Whelan, Lee, Johnston (82. Hodgson), Souness, Dalglish, Rush.

Widzów: 40 tys.

16 marca 1983 r.

FC Liverpool - Widzew 3:2 (1:1)

Gole: Neal (16., rzut karny), Rush (80.), Hodgson (90.) - Tłokiński (3., rzut karny), Smolarek (53.)

Widzew: Młynarczyk, Świątek, Wójcicki, Tłokiński, Kamiński, Romke, Rozborski (70. Woźniak), Wraga (82. Myśliński), Surlit, Filipczak, Smolarek.

Liverpool: Grobbelaar, Neal, Hansen, Lawrenson, A. Kennedy (65. Fairclough), Lee, Johnston, Souness, Whelan (39. Thompson), Rush, Hodgson.

Widzów: 50 tys.

Wybieramy wielki mecz wielkiego Widzewa

Klub z al. Piłsudskiego w tym roku obchodzi jubileusz 100-lecia. Z tej okazji "Gazeta" z pomocą swoich Czytelników i kibiców Widzewa postanowiła wybrać mecz, który zapadł w ich pamięci najbardziej, ich zdaniem ten najlepszy. A wybierać jest z czego, bo od połowy lat 70. widzewiacy rozegrali mnóstwo wspaniałych spotkań, i to nie tylko z polskimi przeciwnikami. Grali jak równy z równym m.in. z Manchesterem City, Manchesterem United, Liverpoolem i Juventusem Turyn. I wygrywali.

Przez kilka najbliższych tygodni - do 4 grudnia - w każdy piątek i sobotę przypomnimy w "Gazecie" dziesięć naszych zdaniem najważniejszych i najlepszych meczów Widzewa. Także tam można znaleźć kupony do głosowania.