Hanna Zdanowska odpowiada Widzewowi: Sprawdzam klub

- Bardzo mi zależy, żeby nowy stadion Widzewa powstał. Pytanie, czy zależy na tym również szefom klubu? - pyta prezydent Łodzi. Deklaruje, że miasto może przeznaczyć na ten cel nawet 120 mln zł
Szefowie klubu z al. Piłsudskiego o budowie nowego stadionu mówią od ponad trzech lat. I chociaż przez ten czas wiele razy wprowadzali zmiany w tej inwestycji (m.in. odnośnie do pojemności obiektu, kosztów jego budowy i terminu oddania go do użytku), to jedno pozostawało bez zmiany - stadion wybudować mieli za pieniądze swoje i inwestorów, których sami znajdą. Od miasta chcieli tylko wydzierżawić tereny, na których od dziesiątek lat swoją siedzibę ma Widzew. Ale przez miesiące oczekiwania rosły. W listopadzie klub chciał już, żeby miasto przebudowało drogi wokół stadionu (przewidywalny koszt 70 mln zł) oraz sprzedało grunty pod budowę obiektu z bonifikatą rzędu 30 mln zł.

Z nowymi władzami Łodzi i prezydent Hanną Zdanowską rozmowy trwają od dwóch miesięcy. Do zgody wciąż jest jednak bardzo daleko. Obie strony co chwilę zrzucają na siebie odpowiedzialność za opóźnienia i kolejne problemy. Medialna wymiana zdań doprowadziła w końcu do spotkania Zdanowskiej z Animuckim. Do porozumienia jednak nie doszło.

Co więcej, w tym tygodniu przyszłość inwestycji stała się jeszcze bardziej niepewna. We wczorajszej "Gazecie" zamieściliśmy fragment listu prezesa Widzewa do prezydent Łodzi. Animucki grozi w nim nawet likwidacją klubu, jeśli władze Łodzi do końca lutego nie podejmą decyzji w sprawie budowy nowego stadionu. Szefowie Widzewa liczą, że władze Łodzi podpiszą umowę na warunkach, które - ich zdaniem - ustalono w 2010 r. Z siedmiu oczekiwań klubu najważniejsze to właśnie te o infrastrukturze i bonifikacie.

Animucki tłumaczy, że powodem wysłania listu było przedstawienie przez miasto scenariusza, którego klub zaakceptować nie może. Jest nim propozycja, żeby całą inwestycję przeprowadzić na zasadzie partnerstwa prywatno-publicznego. Według tego scenariusza Widzew wybudowałby stadion, a miasto drogi wokół niego. - Nie akceptujemy żadnych spółek czy wspólnych inwestycji z samorządami, w tym z urzędem miasta. W Łodzi partnerstwo publiczno-prywatne nigdy nie doprowadziło w sposób bezproblemowy do przeprowadzenia dużej inwestycji. Przy dotychczasowej szybkości wydawania decyzji przez UMŁ budowa stadionu wydłużyłaby się o kolejnych kilka albo kilkanaście lat - twierdzi stanowczo Animucki.

Jest pat, bo według Zdanowskiej innego rozwiązania niż partnerstwo nie ma! - To jedyne wyjście, żebym mogła się pod tym podpisać i nie iść do prokuratury - przekonuje prezydent. Dlaczego? - Bo nie ma możliwości, żeby miasto na cele komercyjno-sportowe sprzedało grunt poza przetargiem z tak olbrzymią bonifikatą. Na to nie pozwala prawo - twierdzi. I dodaje, że o tym warunku wiedzieli właściciele Widzewa. - Jest mi szalenie przykro, że prezes Animucki, który doskonale zna prawo, zabiega o rzeczy, które są nierealne do spełnienia.

Prezydent Łodzi dodaje również, że nie trzeba tworzyć spółki, by móc zrealizować inwestycję. - Pan Animucki cały czas mówi, że nie ma zaufania do miasta. W związku z tym przedstawiamy mu taką propozycję partnerstwa, która stuprocentowe zaufanie wymusi - deklaruje.

Zdaniem magistratu, jeśli klub przyjmie ofertę, budowa stadionu będzie mogła rozpocząć się już za dziewięć miesięcy. Co istotne, według obliczeń urzędników, koszty miasta przy realizacji inwestycji będą o wiele większe niż zapisane w budżecie 70 mln zł. Teraz suma ta ma wzrosnąć do 120 mln zł. - Deklaruję, że te pieniądze również się znajdą - obiecuje Zdanowska.

W listopadzie prezes Widzewa wspominał, że na wybudowanie stadionu dla 30 tys. widzów potrzeba 400-500 mln zł. Pytany przez dziennikarzy, skąd klub weźmie tyle pieniędzy, nie chciał odpowiedzieć jednoznacznie, wspominał m.in. o kredytach i dofinansowaniu z Unii. W czwartek w liście Animucki napisał, że wystarczy 270 mln zł. To jednak wciąż ogromna suma. Tym bardziej że problemy finansowe Widzewa nie są tajemnicą - miał kłopoty z wypłatami dla piłkarzy, a długi ma nawet poza klubem. Zdanowska: - Mówię: "sprawdzam". Niech pan Animucki przedstawi, jakimi środkami dysponuje Widzew na budowę obiektu.

Prezydent ma również żal do przedstawicieli klubu za sposób, w jaki próbuje załatwić sprawę. - Gdy prezes Animucki 7 lutego dostarczył mi list, spytałam się, czy będzie chciał go upowszechnić. Powiedział, że tak się nie stanie i czeka na moją odpowiedź [Widzew w czwartek opublikował pismo - przyp. red.]. Czy w ten sposób postępują partnerzy w biznesie? - pyta rozżalona Zdanowska.

Twarda postawa miasta wyklucza możliwość zaakceptowania warunków Widzewa. Z kolei sądząc po stanowczości Animuckiego, bardzo wątpliwe, że klub zgodzi się na propozycję Zdanowskiej. Czy to oznacza, że nowy piłkarski obiekt przy al. Piłsudskiego nie powstanie? - Chciałabym wyraźnie podkreślić, że bardzo mi zależy na powstaniu stadionu na Widzewie. Pytanie, czy zależy na tym również przedstawicielom Widzewa - kończy prezydent.

Animucki napisał w liście m.in., że jeśli miasto nie spełni warunków klubu, to stadion może wybudować za własne pieniądze. Jeśli tego nie zrobi, to Widzew albo wyprowadzi się z Łodzi, albo zostanie zlikwidowany.