Sport.pl

Piłkarz Widzewa: Rzadko zgadzam się z dziennikarzami

Już się przyzwyczaiłem, że muszę zagrać absolutnie bezbłędnie, by któryś z dziennikarzy mnie pochwalił - mówi zawodnik Widzewa, który niespodziewanie wywalczył sobie miejsce w podstawowym składzie
Damian Bąbol: Zdążyliście już zapomnieć o porażce z Wisłą Kraków?

Wojciech Szymanek: O tej naszej plamie na Wiśle? [relację ze spotkania w Krakowie zatytułowaliśmy "Plama na Wiśle" - przyp. red.] (śmiech ). Jeszcze nie, bo cały czas analizujemy to spotkanie. Dziś spotykamy się na drugim treningu i będziemy o nim rozmawiać [rozmawialiśmy we wtorek w południe - przyp. red.]. Przed zajęciami zbieramy się wszyscy i będziemy słuchać uwag trenera. Poza tym każdy już zdążył zobaczyć własne dobre i złe zagrania. Dostaliśmy płyty z nagraniem tego meczu i samodzielnie analizowaliśmy nasz występ.

Czyli następnym razem nie pozwolicie, aby rywal przebiegł z piłką przez całe boisko i prawie zdobył gola?

- Nigdy na coś takiego nie powinniśmy pozwolić, ale niestety, tak się stało. Byliśmy akurat w takim ustawieniu, gdzie większość zawodników pobiegła w pole karne na rzut rożny. Bardzo nam zależało na wyrównaniu. Przyznaję, że w tej sytuacji trochę złamałem ustalenia taktyczne. Źle zrobiłem, że nie zostałem z tyłu. To jest mój błąd, ale z drugiej strony chciałem wprowadzić trochę ożywienia przy naszych stałych fragmentach gry. Melikson wyprowadził świetną kontrę.

Wisła była rzeczywiście poza zasięgiem Widzewa?

- A kto tak powiedział? Ja tak nie uważam. Wręcz przeciwnie. Stworzyliśmy sobie kilka sytuacji i żałuję, że nie udało się nam wykorzystać przynajmniej jednej. Tak samo żałuję głupiej straty pierwszej bramki. Zapowiadała się ciekawa kontra z naszej strony, niestety, straciliśmy piłkę, a chwilę później Wisła szczęśliwie strzeliła gola. To nie było żadne superuderzenie, a do tego jeszcze piłka odbiła się od słupka.

Najwyższe oceny po tym meczu zebraliście pan i Sebastian Madera, czyli dwaj środkowi obrońcy.

- Najczęściej tak jest, że w starciu z silnymi zespołami najwięcej pracy mają stoperzy i bramkarz. Na nich skupiona jest największa uwaga. A jeśli chodzi o noty, to wystawiają je dziennikarze. Szczerze przyznam, że bardzo rzadko się z nimi zgadzam. Już nawet przestałem czytać relacje z meczów czy recenzje swojej gry. Zauważyłem, że łódzka prasa może nie tyle mnie nie lubi, ale bardzo często krytykuje. Już się przyzwyczaiłem, że muszę zagrać absolutnie bezbłędnie, by któryś z dziennikarzy mnie pochwalił.

No właśnie, słyszałem, że źle znosi pan krytykę. Ponoć przejmuje się pan też tym, co piszą na forach?

- Komentarzy w internecie staram się w ogóle nie czytać. Ich autorami są osoby, które najczęściej nie skończyły jeszcze 18 lat, a forum traktują jako miejsce, gdzie mogą się wyżyć. A jak odbieram krytykę? Na pewno negatywne opinie zostawiają ślad. Można mówić, że zdanie innych mnie interesuje, ale nie da się od tego całkowicie uciec. Szkoda, że po meczu, w którym uważam, że zagrałem dobrze, ludzie potrafią się pastwić tylko nad jednym błędem. Tak było w spotkaniu z Koroną Kielce. Raz minąłem się z piłką w polu karnym, ale przecież bez żadnych konsekwencji. Mimo to większość osób zapamiętała właśnie to moje nieudane zagranie. Nie chcę jednak, żeby wydźwięk tej wypowiedzi był taki, że się żalę. Tak nie jest. Mam już tyle lat, że przestałem się tym wszystkim przejmować. Może gdybym był młodszy, tobym teraz siedział w domu i się denerwował. Wiem, że dobrze przepracowałem okres przygotowawczy. Czuję się w dobrej formie.

Po rundzie jesiennej został pan wystawiony na listę transferową. Dla wielu było to zaskoczenie, że znalazł się pan w podstawowym składzie w meczu z Lechem Poznań.

- Domyślam się... Tydzień przed inauguracją ligi nie wystąpiłem w sparingu z Legią Warszawa. Grałem za to w zespole Młodej Ekstraklasy. Teraz jestem w pierwszej drużynie i muszę sobie radzić z dodatkową presją. Zdaję sobie sprawę z tego, że na moją postawę na boisku zwraca się jeszcze większą uwagę.

Odejdźmy na chwilę od spraw sportowych. To prawda, że trener Czesław Michniewicz wstawił się za panem, kiedy upomniał się pan o zaległe pieniądze? Ponoć groziło panu przesunięcie do drugiej drużyny?

- Doszły mnie słuchy, że miałem nie jechać na obóz do Portugalii. Nie znałem jednak konkretnego powodu. Jeśli jednak to wszystko się przeanalizuje, to może rzeczywiście było coś na rzeczy. Niepisaną rolą starszych zawodników jest reprezentowanie zespołu w rozmowach z zarządem. Owszem, kilka razy zapytałem, kiedy otrzymamy pensję i jak wyglądają sprawy finansowe. Może zarząd planował przesunąć mnie do rezerw? Ale nie dlatego, że się odezwałem, tylko z powodu formy, jaką prezentowałem w rundzie jesiennej. Trzeba się szefów o to spytać.

Aż tak krucho jest z finansami w Widzewie?

- Są opóźnienia w wypłatach, ale katastrofy czy strasznej biedy nie ma. Bez przesady. Na pewno mamy za co żyć. Dostaliśmy zapewnienia od prezesów, że w ciągu kilkunastu dni wszystkie zaległości zostaną wyrównane. Trzymamy ich za słowo i czekamy.

Czyli macie co do garnka włożyć?

- (śmiech ) Mamy, mamy. Kiedyś czytałem niesamowitą historię, jak piłkarze, chyba ze Stargardu Szczecińskiego, chodzili do lasu zbierać grzyby i jagody, bo nie starczało im na jedzenie. Jeden się nawet struł. Nam to nie grozi.

Przed Widzewem mecz z Polonią Warszawa. Drużynę poprowadzi Piotr Stokowiec, z którym pracowaliście w Widzewie.

- Na pewno nie będzie miał nic do stracenia. W razie porażki nie będzie głównym winowajcą, bo to nie on przygotowywał zespół do rundy wiosennej. Będzie chciał wygrać, to jasne. Ale my też chcemy w końcu zdobyć trzy punkty na wyjeździe. Tylko o tym myślimy. Już nawet nie komentujemy kolejnej zmiany trenera w Polonii. Wszyscy się już przyzwyczailiśmy, że Józef Wojciechowski traktuje swój klub jak grę na PlayStation. Jeszcze trochę i pobije chyba rekord Europy pod tym względem. Dla mnie też będzie to mecz inny niż reszta... po kilku latach powrót na Konwiktorską. Sentymentów na boisku nie będzie żadnych.

* Wojciech Szymanek ma 29 lat. W Widzewie występuje od wiosny 2008 r. Wcześniej był zawodnikiem greckiego AO Egaleo i Polonii Warszawa