Widzew pokonał Zagłębie i na 100 proc. utrzymał się

Piłka nożna nie jest grą sprawiedliwą. Co z tego, że Zagłębie lepiej grało w piłkę od Widzewa, skoro przegrało. Dzięki temu łódzka drużyna na 100 proc. utrzymała się w ekstraklasie
Niedzielny mecz na pewno przejdzie do historii, bo po raz pierwszy w ekstraklasie widzewiacy u siebie zagrali przy pustych trybunach. Najgorsze, że nie wiadomo, z jakiego powodu. Bo tłumaczenie, że policja nie była w stanie zapewnić bezpieczeństwa na stadionie, jest niepoważne. W tym roku przy al. Piłsudskiego nie zdarzyło się nic, co dałoby wojewodzie łódzkiej pretekst to niewpuszczenia kibiców.

Trener Czesław Michniewicz lubi zaskakiwać. Jeśli chodzi o elokwencję, to z pewnością nie ma sobie równych w ekstraklasie, a i w Europie miałby wielkie szanse na czołówkę. Stara się także pokazać, że nie ma w zespole świętych krów. Po przyjściu do Widzewa jego pierwszą ofiarą padł najlepszy w rundzie jesiennej zawodnik Bruno Pinheiro. W piątek na pytania dziennikarzy, dlaczego konsekwentnie pomija Portugalczyka w składzie, odpowiedział nerwowo, że nie pamięta, czy ktoś dopominał się wcześniej o występy Sebastiana Madery, przyszłego reprezentanta Polski.

Wydawało się jednak, że w spotkaniu z Zagłębiem będzie musiał postawić na Pinheirę, bowiem kontuzjowani są dwaj inni stoperzy: Sebastian Madera i Wojciech Szymanek. Alternatywa wydawał się być Ugo Ukah, przywrócony do pierwszej drużyny po wyroku za jazdę pod wpływem alkoholu.

Michniewicz jednak postawił na swoim i znalazł trzecie wyjście. Był nim Sebastian Zalepa z zespołu Młodej Ekstraklasy. 21-letni stoper o imponujących warunkach fizycznych (194 cm wzrostu) karierę zaczynał w łódzkim ChKS-sie, a do Widzewa trafił zimą z SMS-u.

Debiutant - już drugi w ostatnim czasie po Piotrze Mrozińskim (zagrał przeciwko Jagiellonii Białystok) - zaczął dość nerwowo. Ale pojedynki główkowe wygrywał regularnie. Dał się też we znaki rywalom w inny sposób, ponieważ przy pierwszym rzucie rożnym dla Widzewa tak szarpał się z Bartoszem Rymaniakiem, że rozerwał mu koszulkę. Lubinianin nawet poskarżył się sędziemu. Im jednak dłużej trwał mecz, tym Zalepa był pewniejszy, instruowany przez starszych kolegów. - Cieszę się, że nie popełniłem poważnego błędu - mówił szczęśliwy po meczu. Szczęśliwy, bo jak przyznał, od siódmego roku życia kibicował Widzewowi i właśnie spełniło się jego marzenie. - Byłem na wielu meczach, także wyjazdowych. A pod stadionem jest wielu moich kolegów.

To nie koniec zaskakujących zmian, bowiem na ławce rezerwowych mecz zaczęli Darvydas Sernas, Przemysław Oziębała i Nika Dzalamidze, a w jedenastce Rafał Grzelak. Jedyny, który grał w poprzednim meczu z Zagłębiem bez udziału kibiców (w 2002 roku w Pucharze Polski). Łodzianie wygrali wtedy 4:2.

Goście nie przegrali czterech kolejnych spotkań wyjazdowych, grając w nich bardzo ofensywnie. Teraz też zaczęli z trzema napastnikami i widać było, że nie zamierzają się bronić. Szybko atakowali widzewiaków nie pozwalając im rozgrywać piłki. Tylko w pierwszych ośmiu minutach Dawid Plizga trzykrotnie strzelał sprzed pola karnego. Dwa razy efektem były rzuty rożne, bo piłka odbiła się od obrońców.

Widzew tradycyjnie rozpoczął spokojnie i czekał na kontry. Pierwsza groźna mogła zakończyć się golem, gdyby nie przerwał jej sędzia, który zobaczył spalonego Prejuce Nakoulmy. Szkoda, bo

akcja była prawidłowa, a widzewiak wychodził sam na sam z bramkarzem. W 35. min świetna akcje przeprowadził Piotr Grzelczak, ale jego mocny strzał z ostrego kąta odbił Bojan Isailović. To było pierwsze celne uderzenie na bramkę w tym spotkaniu, co nie świadczy najlepiej o jego poziomie.


40 minut nudów wynagrodziła akcja z 41. min. Wtedy najaktywniejszy w Widzewie Dudu założył siatkę Przemysławowi Kocotowi, po końcowej linii wbiegł w pole karne i popisał się kapitalnym lobem nad bramkarzem, a Krzysztofowi Ostrowskiemu pozostało tylko z metra wbić głową piłkę do bramki.

Brazylijczyk w kolejnym meczu pokazał, że jest w świetnej formie. W niedzielę musiał biegać za dwóch, bo lewy pomocnik nie przemęczał się zbytnio. Po Grzelaku widać było jednak bardzo długą przerwę w występach w ekstraklasie. Przede wszystkim brakowało mu szybkości, jakby bał się, że nie zdąży wrócić przy kontrze.

W sumie łódzka drużyna prowadziła zasłużenie, bo choć krócej była przy piłce, to jednak pod bramką była groźniejsza. Mogłoby być jeszcze lepiej, gdyby lepiej spisywał się Mindaugas Panka. Litwin, który znów był kapitanem, miewał już dużo lepsze występy. Może wpływ na jego postawę miała nieobecność Sernasa, z który rozumie się świetnie...

Druga połowa zaczęła się znacznie lepiej niż pierwsza, bo od trzech celnych strzałów. To o jeden więcej niż przed przerwą, kiedy Isailović musiał interweniować tylko po uderzeniu Grzelczaka i wijąc piłkę z siatki po główce Ostrowskiego. Zarówno Serb, jak i Bartosz Kaniecki musieli się sporo natrudzić, by złapać piłkę po uderzeniach Panki oraz Szymona Pawłowskiego i Martinsa Ekwueme.

Zagłębie wyszło na boisko bardzo zdeterminowane i zepchnęło Widzew do defensywy. Momentami desperackiej, a wtedy popełnia się zwykle wiele błędów. Pomyłek łodzian nie potrafili wykorzystać Pawłowski i David Abwo. Obaj z bliska strzelali głową z podobnym skutkiem - obok bramki. Wcale nie gorszą okazję miał Plizga, lecz jego mocne uderzenie z 16 m obronił Kaniecki.

Trener Michniewicz zastąpił Nakoulmę Sernasem, ale niewiele to zmieniło. Jego drużyna ograniczała się do wybijania piłki sprzed swojej bramki, ale tam byli już przeciwnicy. Wydawało się, że jest ich znacznie więcej. W Widzewie nie było nikogo, kto uspokoiłby grę, przytrzymał dłużej piłkę. Jedynym, który próbował to robić, był Ostrowski. Sam jednak niewiele mógł zdziałać. Czuć było, że wyrównanie jest tylko kwestią czasu.

Gol dla Zagłębia padł po akcji wcale nie brzydszej od tej, po której prowadzili gospodarze. W roli głównej wystąpili Plizga i Pawłowski. Pierwszy lobem przerzucił piłkę nad obrońcami, a drugi uderzeniem z woleja nie dał szans Kanieckiemu. Szkoda, że przez politykę, która wkroczyła do sportu, kibice nie mogli na żywo obejrzeć tak pięknych bramek. Jedynie spod stadionu słychać było: - Nic się nie stało, hej Widzew nic się nie stało - tak zareagowała ponad tysięczna grupa najwierniejszych fanów, który zgromadzili się na parkingu.

Goście krótko cieszyli się z remisu. Na boisku pojawił się Dzalamidze i miał udział przy prowadzeniu. Po wymianie piłki z Panką Fernando Dinis tak się wystraszył, że choć nikt go nie atakował, podał prosto na nogę Sernasa, a ten zdobył najłatwiejszego z dziesięciu dotychczasowych goli. Wystarczyło mu tylko prosto kopnąć, ponieważ Isailović był daleko od bramki.

Była to akcja przypadkowa, która jednak niczego gospodarzy nie nauczyła. Znów zamiast grać w piłkę, biegali między przeciwnikami. Nic dziwnego, że trener Michniewicz szalał przy linii bocznej. - Sernik, trzymaj. Spokojnie Adi. Bliżej, bliżej. Trzymaj Nika - wykrzykiwał. I doczekał się, bo jego drużyna utrzymała prowadzenie i wygrała. Czy zasłużenie? Z pewnością nie, ale przecież w tym sezonie przegrali lub zremisowali kilka spotkań, w których byli lepsi. Tak było choćby dwukrotnie z PGE GKS-em Bełchatów czy niedawno ze Śląskiem we Wrocławiu. To z pewnością sukces, bo przecież Zagłębie wiosną przegrało na wyjeździe dopiero drugi raz, z czego pierwszy pod wodzą Jana Urbana.

Widzew - Zagłębie 2:1 (1:0)

Gole: Ostrowski (41.), Sernas (74.) - Pawłowski (66.)

Widzew: Budka, Zalepa, Bieniuk, Dudu - Ostrowski (88. Oziębała), Broź, Panka Ż, Grzelak (70. Dzalamidze) - Nakoulma (59. Sernas), Grzelczak

Zagłębie: Isailović - Kocot (69. Błąd), Rymaniak, Reina, Dinis - Osmanagić (46. Ekwueme), Dąbrowski (88. Rakels), Plizga - Abwo, Traore, Pawłowski

Sędziował Paweł Gil z Lublina

Mecz bez kibiców

Więcej o: