Widzew coraz silniejszy, ale wciąż za słaby na puchary

W sobotę beniaminek z al. Piłsudskiego wygrał drugi z rzędu mecz. Dzięki temu niespodziewanie liczy się w walce o europejskie puchary. Czy jednak na nie zasługuje?
Gdyby przed sezonem ktoś powiedział, że dwie kolejki przed końcem widzewiacy będą mieć trzy punkty mniej od Legii, która kupuje piłkarzy za milion euro (Ivica Vrdoljak), i jeden więcej od mistrza Polski Lecha Poznań, to z pewnością zostałby uznany za piłkarskiego ignoranta. A jednak beniaminek, który tydzień temu mógł spokojnie odetchnąć bez obawy, że wróci do I ligi, teraz wciąż ma szansę na europejskie puchary. Wystarczy, że wygra dwa ostatnie spotkania i...

Dla Widzewa sezon był za krótki. Bo kiedy zespół już się na dobre rozkręcił, raptem zostały mu dwa mecze. W przypadku drużyny z al. Piłsudskiego bardzo długo trwało nabieranie doświadczenia. Widzewiacy od początku grali ładnie, zbierali komplementy, ale równie niefrasobliwie tracili punkty. Co z tego, że byli chwaleni po spotkaniach z Lechem czy wyjazdowym z Wisłą, nowym mistrzem Polski, skoro ich zdobyczą oprócz klepania po plecach był jeden remis. Co z tego, że w dwumeczu z PGE GKS-em Bełchatów stworzyli sobie trzykrotnie więcej okazji do zdobycia goli, skoro wywalczyli tylko jeden punkt. I tak można by długo wymieniać. Gdyby widzewiacy mieli w sobie więcej cwaniactwa, spokojnie mogli już teraz być przed Jagiellonią Białystok. Bo pod względem piłkarskim nie powinni mieć kompleksów w stosunku do żadnego polskiego rywala.

Mówią o tym fachowcy. Już dzisiaj kilku widzewiaków bez większych kłopotów poradziłoby sobie w Wiśle, Legii czy Lechu, nie mówiąc już o Jagiellonii, Śląsku Wrocław czy Lechii Gdańsk. Łódzkiej drużynie brakowało jednak doświadczenia, przez co traciła pewne - wydawałoby się - punkty (np. we Wrocławiu czy z Bełchatowem). Podkreślał to trener Czesław Michniewicz, na poparcie swojej tezy dający przykład Ruchu Chorzów. - Jego doświadczeni piłkarze, jak Malinowski czy Grzyb, w końcówce po każdym starciu leżą na boisku przez kilkadziesiąt sekund, dając odetchnąć kolegom - opowiadał.

W sobotę w Krakowie jego piłkarze odrobili lekcję i mimo desperackich ataków gospodarzy utrzymali prowadzenie. W końcówce długo wznawiali grę, ociężale się podnosili, a mając okazje do kontr, starali się przetrzymywać piłkę. Za to należy im się pochwała. Ale do ideału jest jeszcze daleko. Przez blisko pół godziny łodzianie grali z przewagą jednego zawodnika, czego nie było widać. Gdyby nie pomoc sędziego Roberta Małka, 10 zawodników Cracovii byłoby bardzo blisko wyrównania, bowiem należał im się rzut karny po faulu Bartosza Kanieckiego na Bartłomieju Dudzicu. Z drugiej strony suma szczęścia jest równa zeru, bowiem gol dla Cracovii padł po akcji, która zaczęła się od kilkumetrowego spalonego Aleksandra Suworova.

Wracając jednak do drugiej połowy, chwilami wydawało się, że to łódzki zespół ma jednego piłkarza mniej, ponieważ dał się zepchnąć do defensywy. Gola nie stracił, okazji gospodarze też dobrych nie mieli, co jest zasługą dobrze grających defensywy i pomocy. Postacią nr 1 był w obronie Jarosław Bieniuk, który przegrał tylko jeden pojedynek indywidualny (z Saidim Ntibazonkizą w pierwszej połowie). Miał też niefortunną interwencję przy straconym golu, kiedy zmienił lot piłki, która trafiła pod nogi niepilnowanego Sławomira Szeligi. Więcej winy ponoszą w tej sytuacji pomocnicy, którzy nie upilnowali swojego byłego kolegi klubowego.

Cracovia grała najprostszymi środkami, czyli wrzucała piłkę w pole karne, najczęściej górą. Tam zaś królował Bieniuk, wygrywając wszystkie główki. Mimo 34 lat szybko poruszał się po boisku, grał twardo, a nawet ostro. W niczym nie przypominał zawodnika, który na początku sezonu grał bojaźliwie, jakby bał się o swoje zdrowie. Teraz to jeden z liderów zespołu. Skąd taka przemiana? Może stąd, że wśród stoperów konkurencja jest duża i musi walczyć o miejsce w jedenastce. Szkoda tylko, że w środę nie zagra przeciwko Lechii Gdańsk z powodu żółtych kartek. - Spokojnie, może go zastąpić Sebastian Zalepa - zapowiedział Michniewicz.

Wielkim atutem Widzewa jest boczna obrona. Dudu to najlepszy asystent w ekstraklasie, który w Krakowie zaliczyć dziewiąte kluczowe podanie. Na prawej stronie defensywy świetnie odnalazł się Adrian Budka, bardzo udanie zastępujący kontuzjowanego Souheila Ben Radhię. Obaj spisywali się dużo lepiej od kandydującego do kadry Łukasza Mierzejewskiego.

Kolejny świetny występ zaliczył Krzysztof Ostrowski, który wypracował pierwszą bramkę (odebrał piłkę obrońcy i wyłożył ją jak na tacy Piotrowi Grzelczakowi). Jego akcję z Dudu (jak przy drugim golu) naprawdę można pokazywać jako zwiastun wszystkich europejskich lig. Mindaugas Panka i Łukasz Broź zdominowali pomocników Cracovii z okrzyczanym jako wielki talent Mateuszem Klichem. Widać jednak, że obaj mają kłopoty z rozłożeniem sił, bo w końcówce znów drużyna dała się zdominować przez chaotycznie atakującego przeciwnika.

Słabiutki występ zaliczył Przemysław Oziębała, który gasł z minuty na minutę. Po przerwie zmarnował kapitalną szansę, którą wypracował mu Grzelczak, a poza tym był widoczny tylko po nieudanych zagraniach. Zresztą dość wcześnie domagał się zmiany, lecz... został na boisku do końca. Dlaczego? - Niech mi pan wskaże, kogo miałem wprowadzić? - pytał Michniewicz. I wyjaśniał, że nie miał dublera na prawej pomocy, a poza tym Oziębała występował na nietypowej dla siebie pozycji. To nie jest argument, ponieważ w ostatnich fragmentach meczu można było odnieść wrażenie, że siły na boisku są wyrównane, bo po prawej stronie Widzew miał dziurę. Może trener nie powinien obrażać się na stoperów, a wtedy można by przesunąć Wojciecha Szymanka na bok, zaś Budkę do drugiej linii. Jednak doświadczeni Ugo Ukah czy Bruno Pinheiro zostali w Łodzi...

O tym, że nie warto obrażać się na piłkarzy, pokazuje przypadek Grzelczaka. Za czasów Andrzeja Kretka grał najczęściej jako lewy pomocnik, a mimo to strzelił trzy gole. Michniewicz przesunął go... na ławkę rezerwowych. Później w ośmiu meczach rozegrał w sumie 164 minuty, dwukrotnie zaczynając mecze od początku. Kiedy dostał szansę, pokazał, na co go stać. W czterech ostatnich spotkaniach zdobył cztery bramki i to on jest teraz kluczowym napastnikiem w klubie. Z Cracovią miał trzy szanse, a więc jego skuteczność była imponująca.

Inna sprawa, że przy Darvydasie Sernasie Grzelczakowi gra się łatwiej, bo przeciwnicy pieczołowicie pilnują Litwina. Najlepszy snajper Widzewa w Krakowie nie miał ani jednej okazji, ale bardzo ciężko pracował dla drużyny. Z dobrej strony pokazali się również zmiennicy - Nika Dzalamidze w końcówce starał się brać na siebie ciężar gry, dużo biegał też Riku Riski. Trener dał szansę występu kolejnemu bardzo młodemu debiutantowi Sebastianowi Radzi (wcześniej zagrali Piotr Mroziński i Zalepa).

Widzew miewał już znacznie lepsze mecze, po których tracił punkty. W Krakowie zagrał przeciętnie, ale na gospodarzy to wystarczyło. Naprawdę widać było sporą różnicę między obiema drużynami. Po raz pierwszy w tym sezonie łodzianie wygrali dwa razy z rzędu i sprawili, że zaczęło się wielkie przewidywanie wyników i wielkie liczenie punktów. Niespodziewanie drużyna ma szansę zająć miejsce w pierwszej trójce i zagrać w europejskich pucharach. - My o tym nie myślimy, interesuje nas wygranie następnego meczu - twierdzi Broź. W środę jego zespół podejmuje Lechię (o godz. 19), a w niedzielę zakończy rozgrywki w Zabrzu.

Z pewnością narażę się wiernym kibicom, ale puchary to dla Widzewa obecnie za wysokie progi. W zespole jest bowiem stanowczo za wiele luk, a klubu nie stać na transfery. Lepiej więc nie podniecać się nadmiernie, bo historia polskiej ligi pokazała, że ci, którzy za szybko weszli na szczyt, później boleśnie z niego spadali. Gdy jednak uda się utrzymać podstawowych zawodników, a dodatkowo uzupełnić lub nawet wzmocnić skład, to za rok wszystko jest możliwe. Organizacyjnie też klubowi wiele brakuje do polskiej czołówki (patrz: opóźnienia w wypłatach).



Więcej o: