Sport.pl

Piłkarz Widzewa: Rozbieżności finansowe to wymówka

W środę 29-letni piłkarz oficjalnie pożegnał się z klubem z al. Piłsudskiego. Spędził w nim ponad trzy lata. W tym czasie zaliczył spadek z ekstraklasy, dwukrotnie wygrał pierwszą ligą, a w ostatnim sezonie otarł się o miejsce premiowane grą w pucharach.
Damian Bąbol: Dlaczego Widzew nie przedłużył z panem kontraktu?

Wojciech Szymanek: Trzeba się o to zapytać prezesów.

Nawet się pan nie domyśla?

- Nie. Od szefów usłyszałem tylko, że zadecydowały kwestie finansowe. Czyli taka sama wymówka jak w przypadku trenera.

A jaka jest prawda?

- Wydaje mi się, że Bogdan Straton zarabiał więcej ode mnie. Poza tym, jeśli chodzi o sprawy finansowe, to nigdy nie miałem wygórowanych żądań. To nie mógł więc być największy problem.

Był pan jednym z pierwszych, którzy upomnieli się o zaległości. Nie zapomnieli panu tego...

- Nie wiem, czym dokładnie kierowali się szefowie, ale być może tak było. Byłem jednym z pierwszych zawodników, którym zaproponowano przedłużenie umowy. Już w październiku wstępnie ją zaakceptowałem. Po tym zapadła jednak cisza. Później gdzieś przeczytałem, że zaszedłem za skórę działaczom, bo upomniałem się o pieniądze. Z drugiej strony, jeśli ktoś pyta o to, co mu się należy, to nie można traktować go jak intruza lub złodzieja. Zapytanie o zaległe pieniądze nie jest przecież niczym złym i nikt z tego powodu nie musi się obrażać. W ogóle o tę sprawę najlepiej pytać działaczy, ale oni pewnie będą się wykręcać w podobny sposób jak z trenerem Michniewiczem. Zapewne znowu wszyscy usłyszą, że głównym powodem tych rozstań były zbyt duże rozbieżności finansowe.

W środę liczył pan jeszcze, że szefowie usiądą z panem do rozmów?

- Absolutnie nie. Byłem spakowany już trzy tygodnie temu. Wiedziałem przecież, jaka jest sytuacja. Co prawda nie mówiłem tego głośno, ale tak naprawdę od pół roku spodziewałem się, że w czerwcu odejdę z Widzewa. Najpierw podjęto decyzję, że nie jadę na obóz do Portugalii. Starano się mnie odsunąć od drużyny.

Okazuje się, że to pan był powodem, dla którego trener Michniewicz nie podpisał umowy. Szkoleniowiec podkreśla to w wywiadach.

- Bez przesady... Teraz się śmieję, że stanowię jakiś symbol odejścia trenera. Ale tak wcale nie jest. Trener wymieniał moje nazwisko raczej jako przykład negocjacji z działaczami. Tłumaczył, że jeśli nie potrafi zatrzymać zawodnika, który grał na wysokim poziomie, a poza tym był tani, to o czym ma w ogóle z tymi ludźmi rozmawiać. Cieszę się natomiast, że trener Michniewicz mi zaufał. Myślę, że swoją postawą go nie rozczarowywałem. W sumie nawet dobrze się dzieje, że odchodzimy w tym samym czasie.

Co dalej będzie z Widzewem? Pana koledzy twierdzą, że teraz wszystko trzeba będzie budować od nowa.

- Nie będzie łatwo. Drużynę czeka dużo pracy, by się pozbierać po odejściu Michniewicza. To był człowiek, któremu każdy z nas zaufał, i fajnie się nam pracowało. Kto teraz może go skutecznie zastąpić? Nikt nie przychodzi mi do głowy. Uważam, że musiałby przyjść naprawdę wielki trener z wielkim nazwiskiem, żeby zapełnić tę lukę. Ale tak się nie stanie... Z trenerem Michniewiczem nie tylko mieliśmy dobry kontakt, ale ceniliśmy go także za fachowość i ogromną wiedzę. Doskonale nas ustawiał taktycznie i motywował. Nie bał się także stawiać na młodych zawodników. Jeszcze kilka miesięcy temu nie słyszeliśmy o Zalepie czy Mrozińskim.

Widzew ma wobec pana jeszcze duże zaległości?

- W czwartek byłem w klubie, ale zamiast pieniędzy dostałem pamiątkową koszulkę. Kwota, jaka mi się należy, jest bardzo duża. Dziś [rozmowa była przeprowadzana w piątek po południu - przyp. red.] oficjalnie złożę wezwanie do zapłaty. Inaczej ciężko byłoby doczekać się tych pieniędzy.

Marcin Robak wynajął nawet w tej sprawie kancelarię adwokacką.

- Nie muszę wynajmować prawników, bo moja sytuacja jest prosta. Nie została mi wypłacona duża część pieniędzy, którą według kontraktu powinienem otrzymać. I tyle

Jak ocenia pan trzy lata, które spędził pan w klubie z al. Piłsudskiego?

- Kiedy przychodziłem do Widzewa, stawiano przed nim bardzo wysokie cele. Niestety, wszystkie ambitne plany pokrzyżowały spadki - najpierw w 2008 r. z ekstraklasy, a rok później PZPN zablokował nam do niej awans. Jeśli chodzi o sprawy organizacyjne, to życzę temu klubowi, aby panowały w nim takie porządki, jak to było podczas występów w pierwszej lidze. Pamiętam, jak Sylwester Cacek spotkał się z drużyną i stwierdził, że jest cenionym biznesmenem i nie wyobraża sobie, żeby swoim pracownikom nie wypłacać na czas pensji. Dodał, że nie może sobie pozwolić, aby krążyła o nim zła opinia. Kiedyś przed świętami klub spóźnił się trzy czy cztery dni z wypłatami. Pamiętam, że wtedy prezes Cacek spotkał Adriana Budkę, który był kapitanem, i powiedział mu, aby przeprosił całą drużynę za tę sytuację. Byliśmy w szoku, a zarazem cieszyliśmy się, że gramy w tak świetnie zorganizowanym klubie. Oby niedługo do Widzewa wróciły te same standardy.

* Wojciech Szymanek ma 29 lat. W Widzewie występował od rundy wiosennej 2008 r.

Więcej o: