Sport.pl

Ekstraklasa. Michniewicz: Wolę ginąć za swoje błędy

Czesław Michniewicz, trener, który rozstał się wczoraj z Widzewem, opowiada o tym jak pracuje się w klubach ekstraklasy oraz jak podsunięto mu pod nos nowy kontrakt z warunkami zupełnie innymi od ustalonych z właścicielem klubu Sylwestrem Cackiem.
Przemysław Iwańczyk: Nie przedłużył pan umowy z Widzewem. Co pan teraz zrobi?

Czesław Michniewicz: Pakuję się, bo kiedy ustaliłem z właścicielem klubu warunki nowej trzyletniej umowy, nie wywoziłem z Łodzi zimowych ciuchów i trochę się tego nazbierało. Teraz to wszystko trzeba zabrać z powrotem do Gdyni.

Przy ostatecznym spotkaniu z władzami klubu dostał pan do podpisu kontrakt krótszy o jedną trzecią i niższy o połowę od wcześniej ustalonych warunków?

- W polskiej piłce problemem było dotychczas dotrzymywanie kontraktów do końca i na to zawsze jestem przygotowany. Za to rzadko zdarza się, by nie doszło do podpisania umowy, która została już umówiona. Nie ja jeden jednak, jak się okazuje, bo w podobnej sytuacji znalazł się w Lechu Poznań Bartosz Bosacki.

Nie przekonało właściciela klubu, że z marnym składem zakończył pan rozgrywki na dziewiątym miejscu?

- Widziałem perspektywy, by być z tym zespołem jeszcze wyżej. Stworzyłem ciekawą grupę złożoną z młodych i doświadczonych piłkarz, myśląc o kolejnych sezonach, bo pierwszą propozycję przedłużenia kontraktu dostałem już w lutym na zgrupowaniu w Portugalii. Poprosiłem wówczas pana Cacka, byśmy się wstrzymali, zobaczyli, jakie będą efekty mojej pracy wiosną, by uniknąć niepotrzebnych rozczarowań. Ludzie, którymi mieliśmy grać w nowym sezonie, nie byli wymagający finansowo, nie rujnowali klubowego budżetu.

Jak się z tym wszystkim czuję? Źle, inaczej byłbym człowiekiem bez ambicji. Źle także dlatego, że interesowały się mną inne kluby, którym odmówiłem ze względu na Widzew. Źle, bo czeka mnie kolejny okres bez pracy, minimum kilka miesięcy. Mam za to nauczkę, że słowa są ulotne, liczy się to, co na papierze, na przyszłość będę ostrożniejszy.

O ile wyższej pensji pan zażądał w porównaniu do zeszłego sezonu?

- Rozmowy z właścicielem o wysokości mojego kontraktu zajęły pół minuty, więc nie była to kwota z kosmosu, ale przystępna dla Widzewa. Sprawę uznałem za zamkniętą w momencie, kiedy podaliśmy sobie ręce z panem Cackiem, akceptując wszystkie warunki. Nawet nie naciskałem, by podpisywać papier, liczyłem, że umowa to umowa.

Nie mogłem zaakceptować nowej wersji nie tylko ze względu na długość kontraktu i jego wysokość. Na pewne rzeczy trener zgodzić się nie może...

Nie chciał pan wystawiać składu podawanego na kartce przez działaczy?

- Wolę ginąć za swoje błędy i przekonania niż pomyłki i racje innych. W Polsce wszyscy wiedzą, jak zrobić lepiej, ale nie wiedzą, jak zrobić dobrze. Ja wolałem robić dobrze Widzewowi, więc grali typowani przeze mnie piłkarze, na których ja mogłem zawsze liczyć, nawet jeśli byli to debiutanci.

Nie jestem uprzedzony do obcokrajowców, ale kilku u mnie nie grało i robiono z tego problem. Mieliśmy w składzie na niektórych pozycjach wielu zawodników, a na innych było goło. Jakoś sobie jednak z tym problemem poradziliśmy. Zarząd przyznawał mi rację i dlatego po sezonie wytypowałem kilka nazwisk zawodników w którymi powinniśmy się zainteresować. Wracając do pytania, w każdym meczu grał mój skład.

Ilu piłkarzy sprowadzono do Widzewa bez pana wiedzy?

- Wielu z nich było umówionych już wcześniej, nim przyszedłem do Widzewa. A ja chciałem wprowadzić model, że pod każdym piłkarzem, który przychodzi, podpisuję się ja. W końcu trener za to odpowiada, jest rozliczany z wyników. Wyznaję zasadę, że jeżeli z pięciu transferów trzy wypalają, to można uznać łowy za udane. Jeśli statystyka mówi, że na pięciu sprawdza się jeden, to znaczy, że ktoś popełnił błędy. Jeśli spojrzymy, ilu piłkarzy jest teraz w Widzewie niechcianych i jaką część budżetu przejadają, to znaczy, że trzeba coś zmienić.

Od początku pracy w Widzewie nie szukałem popleczników we władzach, robiłem swoje. Były dyskusje i pytania, dlaczego gra ten, a nie tamten. Chętnie w takie rozmowy wchodziłem, ale skład zawsze był mój, presji z zewnątrz nie ulegałem.

A może nie przedłużono z panem umowy, bo na konferencjach prasowych miał pan wiele do powiedzenia, a klub w komunikacji posługuje się zazwyczaj komórką PR?

- Widzewem nie interesuje się kilka osób, ale setki tysięcy. Oni chcą częstych, rzetelnych informacji, a nie zdawkowych odpowiedzi. Więc dawałem im to, czego oczekiwali. Tak było wszędzie, czy to Łódź, czy to Poznań, czy Lubin.

Czym jest dla pana widzewski charakter?

- Boniek, Smolarek, Młynarczyk, Smuda, Broendby, wygrana z Legią 3:2...

A płacenie "po widzewsku", jak mówią piłkarze?

- Że każdy płaci za siebie. Ciastka, herbata czy niekiedy piwko i winko do kolacji płaciliśmy często sami za siebie. Było przy tym zawsze trochę śmiechu i żartów.

Co dalej?

- Wybieram się na ryby. Nie do Szwecji na łowiska, tylko w Polsce. Rzucam wędkę i czekam na propozycje, może ktoś się złapie na haczyk. A ten nie jest pusty, przynętą jest kilka miesięcy przyzwoitej pracy w Widzewie. Zobaczymy jak zadziała.

To prawda, że jeszcze tego lata chciała pana Legia?

- Nie chcę tego nawet komentować. Nie jestem starą panną, która opowiada, ilu to chłopaków mnie chciało, a na końcu i tak została sama.

Więcej o: